Cytat

Historia kołem się toczy…

Venezuela me dio lo que yo no tenía, lo que no habría podido tener en Chile nunca, que fue una manera sensual de ver el mundo. Y eso, una vez que lo incorporé, me sirvió para la vida, para la literatura. Yo no habría podido escribir La Casa de los Espíritus si me hubiera quedado en Chile. Ese libro es cierto que responde a la nostalgia por Chile, pero tiene todo el color y el sabor de haber vivido en Venezuela. Yo más nunca volví a vivir en Chile. La dictadura duró 17 años, y en ese tiempo tus hijos crecen en otro país. No te los vas a llevar de vuelta. Me costaron mucho los dos primeros años en Caracas, porque no entendía las reglas del juego, que eran tan distintas a las chilenas. No entendía o no aceptaba, la alegría venezolana, la exuberancia, la abundancia, las ganas de parranda. Chile es un país muy sobrio, y venía de una dictadura brutal. Yo venía de un invierno cerrado, severo, y caigo en esta Venezuela hedonista, entonces me costó habituarme. Pero una vez que la acepté, la amé. Venezuela siempre fue un país que recogió gente, que acogía a los que venían de otros países escapando de la violencia, la miseria, y de las dictaduras. Venezuela era el país que tenía las puertas abiertas siempre, y ahora les toca a ellos irse...
Isabel Allende
0

Śnieg wzruszenia

 

Radość? Wzruszenie? Oniemiałość? –Chyba wszystkiego po trochu. Ale najwięcej jednak wzruszenia, nawet mi kilka łez spłynęło później po policzkach. – opowiada Alesia, znajoma wenezuelska adwokatka, 28-letnia autorka i główna bohaterka powyższego filmiku.

Co ją tak wzruszyło? Śnieg oczywiście. Widziany „na żywo” po raz pierwszy w życiu!

My, Europejczycy, zwłaszcza z północnego-wschodu naszego kontynentu, bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że dla większości mieszkańców Ziemi śnieg jest czymś równie mitycznym i abstrakcyjnym jak zaprzęg reniferów ciągnący po niebie sanie ze Świętym Mikołajem.

I nie przypadkowo użyłem tego właśnie porównania. Pamiętam jak do Polski przyjechała ze mną Diana, też Wenezuelka. Odwiedziliśmy Trójmiasto w okresie świąteczno-noworocznym i bawiło mnie niezmiernie, że trzydziestokilkuletnia pani architekt, z radością i fascynacją małego dziecka, codziennie obserwowuje jak wydychane na mrozie powietrze zamienia się „w dym”. A potem była nocna wizyta w Tesco… I Diana stanęła jak wryta przez piramidą ze, sprzedawanych w promocji, metalowych sanek. –Co to takiego?– zapytała się marszcząc czoło. A ja oniemiałem.

I, co gorsze, nie wiedziałem co odpowiedzieć! Bo nauczony hiszpańskiego między Chile, Peru, Ekwadorem i Wenezuelą, gdzie zabawy zimowe raczej nie należą do normalnych tematów konwersacji, nie miałem wówczas najmniejszego pojęcia o istnieniu słowa „trineo„.

Musiałem więc improwizować: –To taki pojazd, którym się po śniegu jeździ. Dzieci się tym bawią!– tłumaczyłem. Diana patrzyła na mnie w skupieniu próbując zrozumieć… I nagle jej twarz rozpromieniała: –Taki jak ma Święty Mikołaj, gdy go renifery ciągną, tak?– zapytała. –Dokładnie taki, tylko to jest mniejszy model!– ochoczo potwierdziłem, dumny że sprostałem zadaniu wprowadzaniu przybysza z Południa w tajniki naszych nordyckich zwyczajów.

I aby dopełnić zimo-inicjacji następnego dnia, z moim bratem Guciem, przekopaliśmy zagraconą sopocką piwnicę aby wyszarpać z niej nasze zakurzone i poobijane, drewniane jeszcze, sanki z dzieciństwa. Późniejszych zabaw na Łysej Górze, miejscu w którym wiele lat wcześniej nauczyłem się jeździć na nartach, było co nie miara. Mimo, że ta „góra” nagle wydała mi się jakoś znacznie mniejsza…

Wróćmy jednak do Alesii, pani adwokat z filmiku. –Widzieć te płatki śniegu spadające na przednią szybę, czuć to zimno wpadające do samochodu przez otwarte okno… To wszystko było dla mnie zupełnie nowe i wywoływało we mnie zarówno niepokój jak i tysiąc innych emocji na raz! Nie mogłam powstrzymać łez!– opowiadała mi później.

Najwspanialsze w tym wszystkim było jednak to, że śnieg i to zimno poznałam we własnym kraju. W Wenezueli!– dodała wzruszona.

Tak proszę Państwa, Wenezuela to nie tylko karaibskie plaże, wspaniałe nurkowania i najwyższy na świecie wodospad, to znacznie więcej niż oblepiająca wilgotność tropików, Amazonia i deszczowe, pierwotne lasy. To także, o czym często zapominamy (albo zwyczajnie nie wiemy), wysokie Andy z m.in. malowniczą drogą łączącą stan Trujillo i Meridę, wiodącą przez położoną na wysokości 4118 m n.p.m. przełęcz, zwaną, niewiedzieć czemu, Orlim Szczytem (Pico El Águila).

To właśnie tam, na tej właśnie drodze, Alesia po raz pierwszy w swym życiu, dosłownie kilka dni temu, zobaczyła śnieg, popłakała się i nakręciła powyższe ujęcia.

Mnie też, muszę to przyznać, obrazy te poruszają. Choć z innych powodów…

Im lepiej poznaję Wenezuelę, jej naprawdę wyjątkowe miejsca i atrakcje, tym bardziej ogarnia mnie złość i bezsilność. „Kraj zmarnowanych możliwości” – tak możnaby go nazwać. Gigantyczny, roztrwoniony potencjał. Państwo, które ma wszystko aby być jednym z największych na kontynencie turystycznych magnesów – ba, które nim onegdaj było – a które nieustannie, od kilku dobrych lat, stacza się odchłań totalnego chaosu i anarchii

Smutno na to patrzeć. Zwłaszcza z bliska.

Wenezuela coraz bardziej mnie boli…

0

XDEEP, czyli moja wersja patriotyzmu

Powiem szczerze, i pewnie kilku osobom się tym narażę: futbolowe sukcesy biało-czerwonych ani mnie ziębią, ani grzeją. Z ich porażkami jest zresztą tak samo.

W najmniejszym stopniu nie potrafię się zidentyfikować z naszą reprezentacją, a tym bardziej ze stadionowymi emanacjami patriotyzmu. Na te wszystkie biało-czerwone szaliki, flagi, śpiewy, koszulki z orzełkiem i generalnie emocje jakie towarzyszyły chociażby niedawnemu turniejowi we Francji, patrzę zazwyczaj z mieszanką zaciekawienia i zdziwienia, ale czasem też i zażenowania.

Myślę, że wynika to, przede wszystkim, z braku zainteresowania futbolem. Absolutnego. Piłka nożna nigdy mnie nie porwała – nie miałem ani ulubionego klubu, ani zawodnika, a z tych kilku meczów na które trafiłem, czy to jako dziennikarz, czy też wyciągnięty przez znajomych, wychodziłem zawsze znudzony.

OK. Przyznaję, że fajnie byłoby gdybyśmy zostali mistrzem Europy. I jeszcze fajniej gdyby udało się nam kiedyś wygrać piłkarski Mundial. A także Eurowizję. Przydałaby się też kolejna Polka jako Miss World!

Wszystko to budzi we mnie mniej więcej taki sam poziom emocji. Niski dosyć.

Ale czy to robi ze mnie gorszego Polaka? Mam nadzieję, że nie, choć już kiedyś od kogoś usłyszałem, że skoro nie wiem kto to jest Szczęsny, to nie zasługuję na paszport z orzełkiem…

Tymczasem naprawdę bywam dumny z polskich sukcesów. I to bardzo. Ale po prostu inne sukcesy do mnie przemawiają. Zawsze np. bardzo się cieszę gdy w jakiejś zagranicznej księgarni wypatrzę wyeksponowaną książkę polskiego autora (ostatnio, w Caracas, „Una oración para la lluvia” Wojtka Jagielskiego), gdy polski film trafi na południowamerykańskie ekrany, albo gdy w jakimś egzotycznym miejscu wystawia, bądź występuje artysta z naszego kraju. Ba, nawet polski topiony serek w wenezuelskim spożywczym raduje mnie znacznie bardziej niż 8 goli strzelonych Gibraltarowi, czy jeden przeciw Irlandii Północnej. Puszę się też jak paw, gdy odkrywam że jeden z najbogatszych Wenezuelczyków kupił sobie luksusowy katamaran, wybudowany na jego zamówienie w gdańskiej stoczni.

Dumny też jestem i to dumny właśnie jako Polak, gdy spotykam na Facebooku takie oto zdjęcie:

zdeep

 

Wykonano je w miniony weekend w największej w Wenezueli bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa. Oto 6 lokalnych nurków wyposażonych w uprzęże do bocznego mocowania butli (tzw. sidemount). I wszyscy oni wybrali nie model, który najłatwiej w Wenezueli dostać (Dive Rite), nie taki który najintensywniej się w tym kraju reklamuje (Hollis),  ale właśnie zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce XDEEP. Wybrali, gdyż uważają go za najlepszy!

Duma ma jest tym większa, że aż 5 z 6 widocznych na zdjęciu egzemplarzy sprowadziłem z Polski do Wenezueli właśnie ja.

W ogóle nurkowa branża jest dość sporym, jak na nasz kraj, ewenementem, dającym powody do patriotycznego zadowolenia. Nie wiem bowiem, czy poza nią jest jeszcze jakaś inna, choćby równie niszowa, w której młode polskie firmy weszły takim przebojem do naprawdę ścisłej światowej czołówki. Poza XDEEP mamy przecież też Santi, Ammonite i jeszcze kilka innych, których nie będę wymieniać, aby kogoś nie pominąć.

A Wy? Czym jest dla Wam patriotyzm? Jak się on objawia? Co sprawia, że jesteście dumni z Polski? Mazurek Dąbrowskiego, czy coś innego? Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami. Zwłaszcza, jeśli żyjecie z dala od Ojczyzny.

3

Thriller, czyli zamiana koła w Caracas

Ledwo co dzisiaj wjechałem na autostradę przecinającą Caracas, gdy poczułem charakterystyczne drżenie kierownicy, połączone z chlupoczącym odgłosem przebitej opony. „Kur*a mać!” – zakląłem pod nosem, zatrzymując się na prawym pasie. Bo jak na złość, oczywiście, stało się to w miejscu, w którym tego awaryjnego nie ma.

Światła awaryjne włączone. Ale co robić dalej?

Trójkąt! Trójkąt postawić, zanim ktoś zatrzyma się na moim tylnim zderzaku! Bo dookoła wszyscy pędzą jak oszaleli, a Wenezuelczycy, na widok stojącego samochodu z włączonymi światłami awaryjnymi, zazwyczaj najpierw naciskają na klakson i potem, w absolutnie ostatniej chwili – jakby byli zdziwieni, że to ich napastliwe trąbienie nie przywróciło sprawności zawalidrodze – próbują zmienić pas. I dopiero gdy to się nie uda, bo ci obok też przecież pędzą przed siebie, nie zważając na nic, zaczynają ostro hamować. I oczywiście znowu trąbią.

No dobrze. Czyli trzeba wysiąść z samochodu. – powiedziałem z niechęcią sam do siebie, bo to dość ryzykowna operacja. Zarówno ze względu na tych pędzących, jak i panujący upał.

Rzeczywiście, gdy tylko uchyliłem drzwi, to żar rozgrzanego tropikalnym słońcem asfaltu aż mnie przydusił. Ta mieszkanka temperatury, wilgotności, zapachu smoły, smarów i spalin, wydawała się być wręcz oblepiająca. Odruchowo więc zamknąłem się jeszcze w samochodzie na kilka sekund, nabrałem głęboki wdech jakże miłej, klimatyzowanej atmosfery jego wnętrza i ruszyłem do walki z zewnętrznym wrogiem. Najpierw szybko do tylnych drzwi, bo w moim samochodzie trójkąt kryje się za oparciem tylniej kanapy, a potem – jak kamikadze – naprzeciw pędzącym samochodom. Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty, piąty i już musiałem uskoczyć, bo jakiś obłąkaniec za kierownicą by o mnie zahaczył. No dobra, spróbuję podejść jeszcze trochę…

Trójkąt ostatecznie stawiam jakieś 15 metrów za samochodem, oczywiściew w ogłuszającym akompaniamencie klaksonów. Stawiam i czym prędzej zmykam do chłodnego wnętrza mojego kulawego pojazdu. Bo dalsze kroki trzeba dobrze obmyślić i zaplanować, a to lepiej robić z chłodną głową.

Pewnie sobie myślicie – cóż to za filozofia wymienić koło? Co tu obmyślać i planować?

A jednak… To przecież Wenezuela, gdzie gazety i znajomi co rusz raczą opowieściami w stylu: zatrzymał się na autostradzie i go obrabowali – zabrali zegarek, akumulator i koło zapasowe… Więc planować jednak trzeba, zwłaszcza gdy jest się samemu…

Piszę więc na whatsupowej grupie znajomych prośbę o rady i ratunek: „Złapałem gumę na autostradzie Prados del Este, na wysokości węzła Santa Fe, tuż przy zjeździe na Las Mercedes. Ktoś w pobliżu?„.

Pierwszy odzywa się Humberto: „Uważaj z telefonem. Nie wychodź na zewnątrz samochodu z telefonem w ręku!”. A zaraz potem pisze Jorge: „Jak siedzisz w samochodzie to zarygluj koniecznie drzwi od środka. Pamiętaj o tym co przytrafiło mi się w styczniu!

W styczniu Jorge miał wypadek. Wracał z Barcelony (w Wenezueli też jest Barcelona) do Caracas i też przebił oponę, w dodatku przy dużej prędkości. Stracił panowanie i wpadł do rowu. Nic mu się bardzo poważnego na szczęście nie stało, ale był mocno pocharatany i pokrwawiony przez rozbitą przednią szybę. W dodatku drzwi się zablokowały i nie mógł wydostać się na zewnątrz. Gdy po kilku minutach zatrzymał się w końcu obok jakiś samochód, Jorge miał nadzieję że nadeszła pomoc. Ten ktoś jednak zatrzymał się aby Jorge okraść. Zdjął mu zegarek z krwawiącej ręki, zabrał z bagażnika jego torbę i próbował nawet sięgnąć do spodni, żeby sprawdzić czy nie ma tam portfela… Gdy już sobie zabrał, to co go interesowało, to bez słowa odjechał.

„Siedź spokojnie. Jestem teraz u siebie w sklepie, czyli za 20 minut powinienem dojechać tam gdzie jesteś. Potwierdź mi tylko, czy masz koło zapasowe w dobrym stanie.” – gdy przeczytałem wiadomość od Marwana odetchnąłem z ulgą. We dwójkę będzie raźniej. A zapas jest OK, już to w pośpiechu sprawdziłem, wracając ze stawiania trójkąta.

No dobra. Nie będę aż tak bezczynnie czekał. Wyciągnę przynajmniej to koło, żeby – jak przyjedzie Marwan – jak najszybciej dokonac zmiany.

W terenowych pickupach, takich jak ten mój, koło bardzo często znajduje się pod samochodem. I jest do niego niezbyt łatwy w obsłudze mechanizm opuszczania, napędzany przez taką długą, dwuczęściową korbę wkładaną przez specjalny otwór nad tylnim zderzakiem.

OK, za tylnim siedzeniem znalazłem właśnie ten specjalny długi pręt, ale jak nim mam kręcić? Jak zrobić z niego korbę? Normalnie używa się do tego klucza, tego samego który służy do przykręcania/odkręcania śrub mocujących koło.

No właśnie! Ale gdzie on jest? W miejscu na niego przeznaczonym pustka, we wszelkich pozostałych zakamarkach też go brak.

Kur*a mać!” po raz drugi! Ktoś mi ten klucz zarąbał! Ukradł po prostu. Albo w warsztacie, podczas okresowego przeglądu, albo w myjni samochodowej. Innej możliwości nie ma. Co teraz?

Znowu WhatsApp. Do znajomych leci komunikat: „Brakuje mi klucza do demontażu koła. I czegoś aby zakręcić prętem do opuszczania zapasu! Pomocy! Help Ayuda!„.

Na szczęście po kilku minutach odzywa się Pepe: „Jestem teraz w pracy na zebraniu, jak tylko będę mógł, to ci podrzucę brakujące narzędzia. Myślę, że najdalej za pół godziny!„.

Mogę odetchnąć po raz drugi…

Pepe przyjeżdża pierwszy. W garniturze i pod krawatem. Klucz do koła świetny, ale to co miało pomóc w opuszczeniu koła nie pasuje. Kombinujemy na różne sposoby, ja właśnie włażę pod samochód, gdy ostro hamuje przy nas motor. Oboje nerwowo aż podskoczyliśmy, bo w Caracas malandros, czyli lokalne bandziory, bardzo często poruszają się motorami. Bo wiadomo – szybki dojazd, szybka ucieczka. I do tego – jeden prowadzi, drugi strzela.

Na nasze szczęście, tym razem, na motorze przyjechał Marwan.

Szybka narada i ustalamy, że pojedzie on z Pepe do jego domu i wróci z narzędziem, które – mamy nadzieję – pozwoli nam uwolnić zapasowe koło. Znowu zostaję sam. Rygluje się wewnątrz samochodu i przez moje przyciemnione szyby patrzę z niepokojem jak wokół gęstnieje ruch. Korek byłby teraz czymś najbardziej niebezpiecznym – najwięcej napadów na kierowców samochodów, rozbojów na autostradzie, dokonuje się właśnie w godzinach szczytu, gdy wszyscy stoją.

A ja jestem łatwym celem. Bo nie dość, że samochód mam unieruchomiony, to jeszcze jedna bocznych szyb, ta w tylnich drzwiach, po prawej stronie nie jest zaciemniona. Od czasu, gdy w listopadzie ubiegłego roku, włamano mi się do zaparkowanego samochodu przez tę właśnie szybę, nie udało mi się, tej nowej, zaczernić. Podjeżdżałem wprawdzie do serwisu kilka razy, ale zawsze – z jakiegoś powodu nie udawało się tego zrobić: albo nie było akurat prądu, albo brakowało tego koloru folii przyciemniającej, którą mam na pozostałych oknach, albo nie było magika, który się jej przyklejaniem zajmuje.

Ta sprawa zaciemnionych szyb w Wenezueli jest zresztą szalenie ciekawa. Bo to nie tropikalne słońce jest podstawowym powodem zacieniania wnętrza samochodu. Chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo. Specjalna folia nie tylko utrudnia wybicie szyby, ona też – jeśli jest odpowiednio ciemna – sprawia że nie można dojrzeć co się dzieje we wnętrzu samochodu.

Ja np. szyby mam tak ciemne, że przez te boczne (przednia jest trochę jaśniejsza) nie tylko nie sposób dojrzeć, czy np. coś pozostawiłem w zamknętym samochodzie na siedzeniu, ale też wręcz nie widać czy ktoś w nim siedzi.

I o to właśnie chodzi. Bo np. samotna osoba za kierownicą (albo np. matka z dzieckiem) jest znacznie łatwiejszym łupem, niż 5 postawnych mężczyzn…

Prawie wszyscy w Wenezueli mają więc mniej lub bardziej ciemne (bądź „lustrzane”) szyby. Na początku trudno się oczywiście przyzwyczaić do tej ograniczonej widoczności, zwłaszcza gdy się jeździ po słabo oświetlonym mieście, już po zachodzie słońca. Ale czego się nie robi dla choć odrobiny bezpieczeństwa? Bądź jego poczucia, nawet złudnego. Zwłaszcza, że z czasem się do tych ciemności za oknem przywyka.

Tak bardzo, że gdy byłem jakiś czas temu na ślubie Szymona w Boliwii, i jeździliśmy po La Paz jego samochodem, ja długi czas nie mogłem się pozbyć wrażenia, że na tych ulicach jest coś innego, coś dziwnego. Aż w końcu zrozumiałem! Po prostu odwykłem od tego, że widzi się innych kierowców. Że można podglądać to ich intymne życie za kółkiem. To jak się z kimś kłócą, że rozmawiają przez telefon, poprawiają makijaż, czy dłubią w nosie.

W Caracas takich widoków nie ma. Po ulicach poruszają się pojazdy. Ludzi w ich wnętrzach nie widać.

Znowu wycie motocyklowego silnika. To Marwan z narzędziami. Przywiózł od Pepe duże kombinerki, którymi udaje się nam w końcu zakręcić prętem opuszczającym koło. Wyciągamy je. Nieśmigana nówka, trochę mniejsza niż ta które mam obecnie, ale na szczęście rzeczywiście dobrze napompowana. Luzujemy śruby na tym przebitym, a ja zza tylniej kanapy wyciągam lewarek. Na szczęście jego nikt mi stamtąd nie ukradł. Ustawiam we właściwym miejscu i kręcę.

Kręcę.

I kręcę…

Podnośnik rośnie coraz bardziej. W pewnym momencie pojawia się pomarańczowa linia, oznaczająca że już bardziej nie powinno się go wydłużać, ale ja, mimo to, się nie poddaje. Liczę chyba na jakiś cud. I kręcę do oporu.

Ale samochód nawet nie drgnie… Lewarek, w maksymalnym swym rozciągnięciu nawet go nie dotyka… Marwan wymownie patrzy na mnie, ja na niego. Nic nie musimy nic mówić. Oboje wiemy co się stało.

Mój samochód jest podniesiony o 3 cale. To ponad 7 centymetrów. Modyfikacji tej dokonał pierwszy właściciel. Który jednak fabrycznego lewarka, o czym się teraz przekonaliśmy, nie wymienił.

Rozglądamy się wokół, szukamy jakichś kamieni, cegły może. Ale cegły jednak na autostradzie nie leżą, nawet w Wenezueli…

Nie ma innego wyjścia. Marwan wsiada na motor i ponownie mnie zostawia. –Zobaczę, może gdzieś coś znajdę.– mówi. I znajduje! Blisko na szczęście. Wkrada się na teren placu budowy i po sprezentowaniu kilkuset boliwarów stróżowi wraca z dwoma drewnianymi klockami. Chyba z jakiejś palety. Nieważne zresztą z czego.

To co się liczy, to fakt, że nawet tylko jeden z nich wystarcza aby fabryczny lewarek spełnił swoją funkcję. Koło zmieniamy błyskawicznie. Zajęło to nam jakieś góra 10 minut.

Już kończymy gdy niespodziewanie zatrzymuje się przy nas samochód. I to nie przez przypadek, bo zatrzymuje się przed nami i się jeszcze w naszym kierunku cofa. Znowu spięcie i nerwy w kłębek!

To nurek!– Marwan na szczęście jako pierwszy zauważa naklejkę PADI. Oboje jesteśmy instruktorami i znamy to środowisko, więc od razu się uspokajamy. Wyglądam za dokręcanego koła i dostrzegam też biało-czerwony znaczek z literami PL! Cholera, o co tu chodzi? Czyżby upał aż tak dawał się we znaki?

Zanim zdążyłem pozbierać myśli i połączyć fakty drzwi zatrzymanego forda się otwierają i wychodzi z niego rozpromieniona Ula z dymiącym kubkiem w ręku! –Kawy chcecie chłopaki?– zagaduje.

Ula to nasza koleżanka, od lat mieszkająca w Caracas Polka, dziewczyna Pepe. –Przejeżdżałam właśnie, zobaczyłam stojący samochód i w ostatniej chwili skojarzyłam, że to możecie być wy. Wszystko już OK? Koło zmienione?– dopytuje się.

Tak, wszystko już OK. Dzięki!– odpowiadamy, gdy szybko luzem wrzucamy do samochodu lewarek, drewniane klocki i pozostałe narzędza. Nie tracimy już też czasu na podwieszanie przebitej opony pod samochodem – po prostu ląduje na pace. –Nie przedłużajmy tego i tak mieliśmy dużo szczęścia. Nie nadużywajmy go.– popędza Marwan i ma rację.

Szybkie buzi, buzi z Ulą, Marwan odpala motocykl i się rozjeżdżamy. –Wszystko już OK, koło zmienione!– piszę na whatsupowej grupie, uspokajając znajomych. A Marwan po chwili wrzuca poniższe zdjęcie:

kolo

Jest 16:30. Pierwszą wiadomość z prośbą o pomoc wysłałem o 12:15.

Najważniejsze, że udało się przed zmrokiem.” – podsumowuje Jorge. –Opona do naprawy, czy wymiany? Bo z oponami teraz bardzo ciężko. Ja już do mojego jeepa już od 3 miesięcy szukam.– psuje humor Humberto.

Naprawdę psuje. Bo niestety, z tego co widziałem, oponę mam do wymiany…

0

Oficjalny Kult Chaveza, czyli Rewolucja jako religia

W Wenezueli dzisiaj manifestacje. W chyba wszystkich dużych miastach na ulicach tłumy domagające się od Narodowej Rady Wyborczej jak najszybszej organizacji referendum w sprawie, przewidzianego w Konstytucji (szczęściarze!), przedterminowego zakończenia mandatu prezydenta Nicolasa Maduro.

O protestach dowiedzieć się można z internetowych serwisów informacyjnych, z – szalenie w Wenezueli popularnego – twittera, czy nawet z niektórych prywatnych stacji telewizyjnych. Ale już nie z publicznego kanału VTV, który już dawno osiągnął mistrzostwo świata w kreowaniu wirtualnej rzeczywistości.

Ja o opozycyjnych manifestacjach dowiedziałem się z autopsji, w mieście, bo dziś rano musiałem zostawić samochód w warsztacie, na okresowy przegląd, skąd planowałem wrócić komunikacją publiczną. Skończyło się na 7-kilometrowym spacerze przez Caracas. Bo gdy dotarłem do Nuevo Circo, czyli najbliższej warsztatowi stacji metra, ze zdumieniem odkryłem, że była zamknięta. Jakiś remont? – wtedy jeszcze pomyślałem. Dopiero gdy następna była równie zamknięta i kolejna, na innej linii, także, zacząłem podejrzewać, że ta niespodziewana niedostępność metra jest jednak polityczna, a nie techniczna.

Przy stacji Bellas Artes, także – jak na poprzednich – z wejściem pod ziemię zamkniętym opuszczną kratą, nie miałem już wątpliwości. Bo tam tłumek wściekłych ludzi napierał na kilku strzegących tej kraty policjantów, wyzywając ich od „bezmyślnych sługusów reżimu”, a sam reżim od „skorumpowanych tchórzy”…

O co chodzi? Otóż jest to juz niemal standardowa procedura wenezuelskiej, rewolucyjnej władzy – gdy opozycja wzywa do manifestowania zamyka się całkowicie, bądź częściowo metro, a niektóre autobusowe linie puszcza się innymi trasami. Wszystko po to aby maksymalnie utrudnić ludziom dotarcie w miejsce protestu. Dzisiaj, dodatkowo, Boliwariańska Gwardia Narodowa kontrolowała także wszystkie jadące w kierunku stolicy międzymiastowe i podmiejskie autokary. I wszyscy ci, przy których znaleziono jakiekolwiek symbole opozycyjnych partii byli z tych środków transportu wysadzani na stołecznych rogatkach. –Chcecie do Caracas? To idźcie sobie na piechotę!– mówiono im.

Ale ja w sumie nie o opozycyjnej manifestacji chciałem tu pisać. Tylko o wirtualnej rzeczywistości państwowego kanału telewizji. Bo gdy, po parogodzinnym spacerze i po pokonaniu kilku policyjnych kordonów, dotarłem w końcu do zaprzyjaźnionego sklepu nurkowego, w którym od kilkunastu dni regularnie, popołudniami, korzystam z w miarę stabilnego łącza internetowego, włączyłem też telewizję aby zerknąć jaka jest sytuacja w mieście.

Na Globovisión, mimo że już dawno nie jest kanał sympatyzujący z opozycją, pokazywano akurat jak policja brutalnie rozpędza starsze osoby i jak wyłapuje z protestującego tłumu ludzi z transparentami. A na VTV? Tam właśnie prezydent Maduro zapewniał, że w Wenezueli nigdy nie będzie referendum odwoławczego skierowanego przeciw jego osobie. –Nie będzie go ani w tym roku, ani w przyszłym, ani w 2020. Nie będzie go dlatego, że lud mnie kocha!– naprawdę tak mówił.

Ale to nie wszystko. Najlepsze było po wystąpieniu Maduro. Wtedy bowiem prezentator zapowiedział uroczystym, mszalnym niemal głosem, coś w rodzaju: „W dniu takim jak dziś pamiętać musimy bardziej niż kiedykolwiek o naszym Ojcu, o Ojcu naszej niepodległości, o Ojcu Boliwariańskiej Rewolucji, o Ojcu który mieszka w każdym wenezuelskim sercu„. I natychmiast potem wyemitowano to:

 

Dla tych, którzy nie rozumieją hiszpańskiego, służę tłumaczeniem:

Wierzę w Cháveza: Ojca, stwórcę przyszłości!
Syna ludu Bolivara, Manueli i Zamory.
Obrońcę i budowniczego socjalistycznej Ojczyzny.
Wierzę w Cháveza, jako Chrystusa ubogich.
Wojownika miłości.
W jego święte słowo, które leczy najbiedniejszych.
Wierzę w Cháveza i cud naszej Wielkiej Ojczyzny.
Za swoje poświęcenie, dziś jest wiatrem stepowym,
Naszym wiecznym obrońcą.

Przyznaję, że oniemiałem. Do wielu rzeczy Wenezuela mnie przyzwyczaiła i niewiele może mnie tu jeszcze zaskoczyć. Ale to Wierzę w Cháveza mnie jednak wmurowało. I nie dlatego, że kult jednostki, że modlitwa… To wszystko już było. Nawet sam tekst tej modlitwy był w sumie mi znany, bo jest po prostu krótszą wersją rewolucyjnego credo, o którym pisałem tu już trzy lata temu.

Różnica polega na tym, że wtedy, oraz gdy przedstawiano modlitwę „Chavezie nasz”, próbowano zachować pozory tego, że są to oddolne, spontaniczne i ludowe wyrazy uwielbienia wobec nieżyjącego rewolucyjnego przywódcy. Tymczasem teraz to już propaganda bez mydła, z oficjalnego rządowego kanału, nie raz, nie dwa, tylko – jak powiedzieli mi znajomi regularnie zerkający na VTV – regularne, kilka razy dziennie, namawianie do modlenia się do Hugo Cháveza. Nowa religia. Rządowy kult Chaveza.

Trochę to jednak przerażające, prawda?

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.