Huragan Matthew: beauty of the fury…

Huragan Matthew – najsilniejszy od ponad dekady na Karaibach. O tym jak bardzo boleśnie uderzył on w Haiti, napisałem już, całkiem sporo, na tierralatina.pl.

Zostało mi jednak kilka zdjęć, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Bo cyklonowym perturbacjom, tak jak bardzo wielu innym żywiołom, nie da się – mimo wszystko – odmówić piękna. Ta moc natury, furia przyrody, ma w sobie coś bardzo hipnotyzującego. Przyznam, że całkowicie rozumiem „wariatów”, którzy z kamerami gonią trąby powietrzne, czy podchodzą do potoków wulkanicznej lawy.

To piękno ma, oczywiście, swoje granice.

Bo ja jednak miałem wielkie szczęście, że w momencie gdy huragan Matthew przeszedł nad Haiti, znalazłem się prawie 150 kilometrów od strefy największych zniszczeń.

Na położonym na północ od stolicy – Port-au-Prince – Wybrzeżu Les Arcadins, gdzie nie niego oczekiwałem, dramatycznych wydarzeń nie było, choć morze i tak pokazało swą nieokiełznaną siłę, wyrzucając chociażby na sąsiednią plażę kilkutonowe głazy, z których jakiś lokalny milioner ułożył sobie falochron. A także jego wypasioną motorówkę z czterema 300-konnymi silnikami.

Miałem szczęście, bo na południu kraju prędkość wiatru przekraczała w tym samym czasie 200 km/h i równała z ziemią nawet murowane domy. A to już nie jest piękna furia. To po prostu śmiertelny kataklizm.

Gdy poleciałem tam w ostatnich dniach z humanitarnym transportem lekarstw i środków do uzdatniania wody, nie wyjąłem nawet aparatu z plecaka. Ogrom zniszczeń po prostu przytłacza, a ja nie potrafię, nie chcę, fotografować ludzkiego cierpienia.

Miasteczka wokół Les Cayes, czy Jérémie wyglądają tak jakby przejechała przetoczyła się przez nie pancerna brygada, burząc i wgniatając wszystko w grunt. Albo jakby wybuchła gdzieś w pobliżu bomba atomowa i okolicę zmiotła fala uderzeniowa. Nawet z palmowych plantacji zostały tylko smutne, pozbawione liści kikuty, takie wyrastające z ziemi gołe, łyse pale…

Continue Reading →

0

Nurkowanie na Los Testigos

Choć od naszej nurkowej wyprawy eksploracyjnej na wenezuelski archipelag Los Testigos minął juz prawie rok, nadarzyła się właśnie okazja aby ją przypomnieć. Bo oto mój współnur, fotograf Alexis Golding, przygotował w końcu krótki wspomnieniowy filmik.

Zapraszam więc, wraz z nim, na podwodny lot przez wyspy Los Testigos…

„Lot”, bo prawie wszystkie nurkowania na tym wenezuelskim archipelagu odbywają się w silnych, czy wręcz bardzo silnych prądach. Zresztą sami zobaczcie:

 

Filmik powstał przede wszystkim z myślą o nas samych – uczestnikach ubiegłorocznej ekspedycji. Dlatego dużo w nim płetwonurków, a mało w sumie podwodnych atrakcji archipelagu. Ale, w zalinkowanym powyżej ubiegłorocznym wpisie, znajdziecie – jeśli jeszcze jej nie widzieliście – galerię zdjęć z owego wyjazdu, zarówno tych z lądu, jak i spod wody.

Los Testigos – obok wysp Los Roques – to, zdecydowanie, jedno z najciekawszych, nurkowo, miejsc w Wenezueli. A że w różnych wodach tego kraju wykonałem już prawie 500 nurów, to – że się tak nieskromnie wyrażę – jako takie rozeznanie o nurkowaniu w Wenezueli chyba mam. 😉

0
Cytat

Historia kołem się toczy…

Venezuela me dio lo que yo no tenía, lo que no habría podido tener en Chile nunca, que fue una manera sensual de ver el mundo. Y eso, una vez que lo incorporé, me sirvió para la vida, para la literatura. Yo no habría podido escribir La Casa de los Espíritus si me hubiera quedado en Chile. Ese libro es cierto que responde a la nostalgia por Chile, pero tiene todo el color y el sabor de haber vivido en Venezuela. Yo más nunca volví a vivir en Chile. La dictadura duró 17 años, y en ese tiempo tus hijos crecen en otro país. No te los vas a llevar de vuelta. Me costaron mucho los dos primeros años en Caracas, porque no entendía las reglas del juego, que eran tan distintas a las chilenas. No entendía o no aceptaba, la alegría venezolana, la exuberancia, la abundancia, las ganas de parranda. Chile es un país muy sobrio, y venía de una dictadura brutal. Yo venía de un invierno cerrado, severo, y caigo en esta Venezuela hedonista, entonces me costó habituarme. Pero una vez que la acepté, la amé. Venezuela siempre fue un país que recogió gente, que acogía a los que venían de otros países escapando de la violencia, la miseria, y de las dictaduras. Venezuela era el país que tenía las puertas abiertas siempre, y ahora les toca a ellos irse...
Isabel Allende
0

Śnieg wzruszenia

 

Radość? Wzruszenie? Oniemiałość? –Chyba wszystkiego po trochu. Ale najwięcej jednak wzruszenia, nawet mi kilka łez spłynęło później po policzkach. – opowiada Alesia, znajoma wenezuelska adwokatka, 28-letnia autorka i główna bohaterka powyższego filmiku.

Co ją tak wzruszyło? Śnieg oczywiście. Widziany „na żywo” po raz pierwszy w życiu!

My, Europejczycy, zwłaszcza z północnego-wschodu naszego kontynentu, bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że dla większości mieszkańców Ziemi śnieg jest czymś równie mitycznym i abstrakcyjnym jak zaprzęg reniferów ciągnący po niebie sanie ze Świętym Mikołajem.

I nie przypadkowo użyłem tego właśnie porównania. Pamiętam jak do Polski przyjechała ze mną Diana, też Wenezuelka. Odwiedziliśmy Trójmiasto w okresie świąteczno-noworocznym i bawiło mnie niezmiernie, że trzydziestokilkuletnia pani architekt, z radością i fascynacją małego dziecka, codziennie obserwowuje jak wydychane na mrozie powietrze zamienia się „w dym”. A potem była nocna wizyta w Tesco… I Diana stanęła jak wryta przez piramidą ze, sprzedawanych w promocji, metalowych sanek. –Co to takiego?– zapytała się marszcząc czoło. A ja oniemiałem.

I, co gorsze, nie wiedziałem co odpowiedzieć! Bo nauczony hiszpańskiego między Chile, Peru, Ekwadorem i Wenezuelą, gdzie zabawy zimowe raczej nie należą do normalnych tematów konwersacji, nie miałem wówczas najmniejszego pojęcia o istnieniu słowa „trineo„.

Musiałem więc improwizować: –To taki pojazd, którym się po śniegu jeździ. Dzieci się tym bawią!– tłumaczyłem. Diana patrzyła na mnie w skupieniu próbując zrozumieć… I nagle jej twarz rozpromieniała: –Taki jak ma Święty Mikołaj, gdy go renifery ciągną, tak?– zapytała. –Dokładnie taki, tylko to jest mniejszy model!– ochoczo potwierdziłem, dumny że sprostałem zadaniu wprowadzaniu przybysza z Południa w tajniki naszych nordyckich zwyczajów.

I aby dopełnić zimo-inicjacji następnego dnia, z moim bratem Guciem, przekopaliśmy zagraconą sopocką piwnicę aby wyszarpać z niej nasze zakurzone i poobijane, drewniane jeszcze, sanki z dzieciństwa. Późniejszych zabaw na Łysej Górze, miejscu w którym wiele lat wcześniej nauczyłem się jeździć na nartach, było co nie miara. Mimo, że ta „góra” nagle wydała mi się jakoś znacznie mniejsza…

Wróćmy jednak do Alesii, pani adwokat z filmiku. –Widzieć te płatki śniegu spadające na przednią szybę, czuć to zimno wpadające do samochodu przez otwarte okno… To wszystko było dla mnie zupełnie nowe i wywoływało we mnie zarówno niepokój jak i tysiąc innych emocji na raz! Nie mogłam powstrzymać łez!– opowiadała mi później.

Najwspanialsze w tym wszystkim było jednak to, że śnieg i to zimno poznałam we własnym kraju. W Wenezueli!– dodała wzruszona.

Tak proszę Państwa, Wenezuela to nie tylko karaibskie plaże, wspaniałe nurkowania i najwyższy na świecie wodospad, to znacznie więcej niż oblepiająca wilgotność tropików, Amazonia i deszczowe, pierwotne lasy. To także, o czym często zapominamy (albo zwyczajnie nie wiemy), wysokie Andy z m.in. malowniczą drogą łączącą stan Trujillo i Meridę, wiodącą przez położoną na wysokości 4118 m n.p.m. przełęcz, zwaną, niewiedzieć czemu, Orlim Szczytem (Pico El Águila).

To właśnie tam, na tej właśnie drodze, Alesia po raz pierwszy w swym życiu, dosłownie kilka dni temu, zobaczyła śnieg, popłakała się i nakręciła powyższe ujęcia.

Mnie też, muszę to przyznać, obrazy te poruszają. Choć z innych powodów…

Im lepiej poznaję Wenezuelę, jej naprawdę wyjątkowe miejsca i atrakcje, tym bardziej ogarnia mnie złość i bezsilność. „Kraj zmarnowanych możliwości” – tak możnaby go nazwać. Gigantyczny, roztrwoniony potencjał. Państwo, które ma wszystko aby być jednym z największych na kontynencie turystycznych magnesów – ba, które nim onegdaj było – a które nieustannie, od kilku dobrych lat, stacza się odchłań totalnego chaosu i anarchii

Smutno na to patrzeć. Zwłaszcza z bliska.

Wenezuela coraz bardziej mnie boli…

0

XDEEP, czyli moja wersja patriotyzmu

Powiem szczerze, i pewnie kilku osobom się tym narażę: futbolowe sukcesy biało-czerwonych ani mnie ziębią, ani grzeją. Z ich porażkami jest zresztą tak samo.

W najmniejszym stopniu nie potrafię się zidentyfikować z naszą reprezentacją, a tym bardziej ze stadionowymi emanacjami patriotyzmu. Na te wszystkie biało-czerwone szaliki, flagi, śpiewy, koszulki z orzełkiem i generalnie emocje jakie towarzyszyły chociażby niedawnemu turniejowi we Francji, patrzę zazwyczaj z mieszanką zaciekawienia i zdziwienia, ale czasem też i zażenowania.

Myślę, że wynika to, przede wszystkim, z braku zainteresowania futbolem. Absolutnego. Piłka nożna nigdy mnie nie porwała – nie miałem ani ulubionego klubu, ani zawodnika, a z tych kilku meczów na które trafiłem, czy to jako dziennikarz, czy też wyciągnięty przez znajomych, wychodziłem zawsze znudzony.

OK. Przyznaję, że fajnie byłoby gdybyśmy zostali mistrzem Europy. I jeszcze fajniej gdyby udało się nam kiedyś wygrać piłkarski Mundial. A także Eurowizję. Przydałaby się też kolejna Polka jako Miss World!

Wszystko to budzi we mnie mniej więcej taki sam poziom emocji. Niski dosyć.

Ale czy to robi ze mnie gorszego Polaka? Mam nadzieję, że nie, choć już kiedyś od kogoś usłyszałem, że skoro nie wiem kto to jest Szczęsny, to nie zasługuję na paszport z orzełkiem…

Tymczasem naprawdę bywam dumny z polskich sukcesów. I to bardzo. Ale po prostu inne sukcesy do mnie przemawiają. Zawsze np. bardzo się cieszę gdy w jakiejś zagranicznej księgarni wypatrzę wyeksponowaną książkę polskiego autora (ostatnio, w Caracas, „Una oración para la lluvia” Wojtka Jagielskiego), gdy polski film trafi na południowamerykańskie ekrany, albo gdy w jakimś egzotycznym miejscu wystawia, bądź występuje artysta z naszego kraju. Ba, nawet polski topiony serek w wenezuelskim spożywczym raduje mnie znacznie bardziej niż 8 goli strzelonych Gibraltarowi, czy jeden przeciw Irlandii Północnej. Puszę się też jak paw, gdy odkrywam że jeden z najbogatszych Wenezuelczyków kupił sobie luksusowy katamaran, wybudowany na jego zamówienie w gdańskiej stoczni.

Dumny też jestem i to dumny właśnie jako Polak, gdy spotykam na Facebooku takie oto zdjęcie:

zdeep

 

Wykonano je w miniony weekend w największej w Wenezueli bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa. Oto 6 lokalnych nurków wyposażonych w uprzęże do bocznego mocowania butli (tzw. sidemount). I wszyscy oni wybrali nie model, który najłatwiej w Wenezueli dostać (Dive Rite), nie taki który najintensywniej się w tym kraju reklamuje (Hollis),  ale właśnie zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce XDEEP. Wybrali, gdyż uważają go za najlepszy!

Duma ma jest tym większa, że aż 5 z 6 widocznych na zdjęciu egzemplarzy sprowadziłem z Polski do Wenezueli właśnie ja.

W ogóle nurkowa branża jest dość sporym, jak na nasz kraj, ewenementem, dającym powody do patriotycznego zadowolenia. Nie wiem bowiem, czy poza nią jest jeszcze jakaś inna, choćby równie niszowa, w której młode polskie firmy weszły takim przebojem do naprawdę ścisłej światowej czołówki. Poza XDEEP mamy przecież też Santi, Ammonite i jeszcze kilka innych, których nie będę wymieniać, aby kogoś nie pominąć.

A Wy? Czym jest dla Wam patriotyzm? Jak się on objawia? Co sprawia, że jesteście dumni z Polski? Mazurek Dąbrowskiego, czy coś innego? Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami. Zwłaszcza, jeśli żyjecie z dala od Ojczyzny.

3

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.