San Escobar. Ministrowi Waszczykowskiemu do sztambucha

Witold Waszczykowski, szef polskiej dyplomacji, rozmawiał z delegacją San Escobar, o kandydaturze naszego kraju do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Minister sam się o tym pochwalił, podczas konferencji prasowej w Nowym Jorku:

Mamy okazje prawie do 20 spotkań z różnymi ministrami. Z niektórymi, jak np. na Karaibach, po raz pierwszy chyba w historii naszej dyplomacji. Na przykład z takimi krajami, jak San Escobar albo Belize. Każdy z tych krajów to jest jeden głos w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.

No i podniosło się w kraju larum, że szef dyplomacji to nieuk, że takiego państwa nie ma…

No bo rzeczywiście nie ma. No ale, może to pocieszy pana Waszczykowskiego, San Escobar jak najbardziej jest, istnieje. Choć w sumie może lepiej by było, aby szef naszej dyplomacji nie rozmawiał z jego wysłannikami. No chyba, że w o sprawie tych 400 kilogramów kokainy, jakie znaleziono niedawno w kartonach z bananami dla Lidla w Zgierzu

San Escobar

San Escobar

Bo San Escobar to nikt inny jak zmitologizowana postać Pablo Escobara, pamiętnego szefa Kartelu z Medellin, w latach 80-tych ubiegłego wieku, najpotężniejszej organizacji przestępczej w Amerykach i być może na świecie.

domowy ołtarzyk z figurką San Escobara, stylizowanego na Robin Hooda (fot: Frederico Ríos/EFE)

To jeden z wielu, czczonych w prawie całej Ameryce Łacińskiej tzw. Santos Populares. Czyli nieżyjących osób, często przestępców, otoczonych religijnym wręcz kultem. Robi się ich figurki, tatuuje ich wizerunki, powstają nawet dedykowane im święte obrazki i kaplice.

Zdarza się, że bandyci wzywają ich w swych modlitwach prosząc o ochronę przed policją, czy powodzenie w planowanym napadzie bądź zabójstwie.

I tak np. Wenezuela ma swoich Santos Malandros, Meksyk Jezusa Malverde i Juana Soldado,  Gwatelama Maximona, Chile Emila Dubois, a Kolumbia właśnie San Escobara.

Kto więc, cholera, kto wie? Może szef naszej dyplomacji naoglądał się „Narcos” i teraz, rzeczywiście, przywołuje Escobara w swych myślach, prosząc go o pomoc w negocjacjach? 😉

Mówiąc poważniej, rzecznik MSZ , Joanna Wajda, wytłumaczyła swego szefa w sposób następujący:

Tłumaczenie to jednak, delikatnie mówiąc, mocno nieporadne. Dlaczego? Bo państwa San Cristobal y Nieves też w sumie nie ma. San Cristobal y Nieves to jedynie hiszpańskie tłumaczenie nazwy jak najbardziej angielskojęzycznego, karaibskiego kraju Saint Kitts and Nevis. A minister Waszczykowski hiszpańskiego przecież nie zna. Jak więc się może w tym języku przejęzyczać?

Oto dyplomatyczna zagadka!

 

1
Obrazek

Prezent od PADI

Proszę, taki oto świąteczny prezent dostałem od PADI – największego na świecie stowarzyszenia instruktorów i szkół nurkowania. Prezent, bo – co by tu nie mówić – to jednak miło, gdy ktoś gdzieś dostrzega twoje zdjęcie i je poleca innym.

Podziękowania należą się też oczywiście Sergio, mojemu serdecznemu przyjacielowi i uczniowi, którego wyszkoliłem właśnie na divemastera. Zdjęcie to zrobiłem, gdy wpólnie świętowaliśmy koniec divemasterskiego kursu.

Sergio nie był zresztą jedyny – divemasterską klasę miałem trzyosobową i na tyle vipowską, że na weekendowe zajęcia na plaży nieopodal Port-au-Prince na Haiti, przyjeżdżali opancerzoną toyotą z trójką uzbrojonych ochroniarzy.

Na szczęście ochroniarze zostawali na lądzie…

P.S. Więcej zdjęć na moim instagramowym koncie.

0
Notatka na marginesie

Wesołych Świąt!

Bombkę, jak widzicie, znalazłem. Zamiast karpia będzie langusta. W miejsce śniegu i nart, upał i nurkowanie. Palmy zastąpią choinkę, a klapki ocieplane buty…

Ale i tak smutno trochę. Wigilia, Boże Narodzenie, to jednak okres, w którym najbardziej mi tęskno. Za rodziną, bliskimi, nocnym spacerem po sopockim molu, przeszywającym zimnym wiatrem i zmarzniętym nosem…

Najlepszego! Wszystkim! Gdziekolwiek jesteście!

 

0

Nurkowanie w Zombie Hole

Na nurkowanie na Zombie Hole przypłynąłem łodzią. Ale można też z brzegu. Bo z położonej na przedmieściach Saint Marc piaszczystej i – jak na Haiti – dość czystej plaży Amani Beach do krawędzi tej podwodnej dziury jest 10, góra 15 metrów. Nawet pływać nie trzeba, można dojść brodząc po pachy w wodzie.

Rzucając kotwicę doskonale widziałem zardzewiałe i pokrzywione metalowe krzesła, na których kilkanście dni wcześniej pałaszowałem z Lucasem pyszną langustę.

Tuż przy plaży, a właściwie na niej, jest niewielki, trzypiętrowy hotelik. Z zewnątrz zadbany, ładnie pomalowany, ale w środku – jeśli nie liczyć leniwie snujących się tam robotników – zupełnie pusty. Coś tam zawsze malują, skrobią, w coś stukają, coś przenoszą, cały czas się krzątają się, ale co tak naprawdę robią, mimo że wielokrotnie ich pracę obserwowałem, nie mam pojęcia.

Odkąd znam to miejsce, czyli od prawie pół roku, prace – remontowe chyba – cały czas trwają, ale zupełnie się nie posuwają. Przynajmniej żadne ich efekty nie są widoczne. W hotelu, poza rzadko sprzątaną toaletą i sklepikem monopolowym na parterze, serwującym na szczęście przyzwoicie schłodzone piwo, nie działa nic.

Pękate butelki z nagradzanym na wielu międzynarodowych konkursach haitańskim lagerem Prestige po plaży roznoszą najczęściej dzieci, ale kasę do ręki bierze tylko gruba Murzynka, która niezmiennie zaskakuje mnie tym, że choć nigdy nic nie notuje, to zawsze perfekcyjnie wie ile kto czego wypił.

Bo płaci się zawsze na koniec plażowania, przy jedynym wyjściu ze stromymi schodami wiodącymi na szczyt skarpy zwieńczonej parkingiem. A dokładniej porośnięty chwastami i rdzewiejącymi wrakami samochodów plac parkingowy.

Na langustę trzeba tam mieć czas. Na Amani Beach nie jest tak, że idziesz i zamawiasz w restauracji. Trzeba usiąść na tych pordzewiałych i pogiętych metalowych krzesłach i cierpliwie czekać. Bo po jakimś czasie, bliższym godzinie niż kilku minutom, pojawia się – prawie zawsze – młody, niski chłopak o zadziwiającej, jak na Haiti, urodzie – ciemnoliwkowej cerze i zielonych oczach. Mówi po kreolsku, trochę też po francusku, angielsku i hiszpańsku i cały czas się śmieje.

To co dzisiaj zjecie? Mam ośmiornicę, kraby i langusty. Wszystko świeżutkie! – zachwala. I najlepiej zamówić od razu wszystko. Bo zielonooki chłopak wtedy znika, bywa że na kolejną godzinę. Po czym wraca, mokry, ociekający jeszcze wodą, z wciąż widocznym śladzie po masce nurkowej na twarzy i komunikuje: –Niestety, krabów ani ośmiornicy jednak nie ma. Ale będą langusty!

No chyba, że akurat udało mu się złowić kraby. Wtedy nie ma langust i ośmiornicy. Bo jeszcze nigdy nie trafiłem, aby były dwie, nie wspominając o trzech, rzeczy na raz.

Po potwierdzeniu menu nasz kucharz-rybak znika ponownie i gdzieś za zamykającym plaże murem, na garnku postawionym na ognisku, gotuje, w morskiej wodzie, złowione stworzenia. Gdy są gotowe przynosi je w plastikowych pudełkach-tackach, zazwyczaj ze smażonymi bananami i bardzo ostrym sosem.

Nie jest to fast-food. Od złożenia zamówienia do otrzymania jedzenia mijają zazwyczaj prawie trzy godziny. Ale jedzenie jest przednie.

No ale tym razem nie byłem na Amani Beach aby rozkoszować się pikantynymi owocami morza popijanymi zimnym piwem Prestige. Tym razem przypłynęliśmy odwiedzić podwodnych zombie – no wiecie, te żywe trupy, tak obecne w haitańskim folklorze i wywodzące się z wciaż żywej w tym państwie religii voodoo…

Zombie Hole to jedna z największych atrakcji nurkowych Haiti. Podwodna odchłań, znajdująca się właśnie kilkanaście metrów od plaży Amani, na przedmieściach miasta Saint Marc. Wystarczy dać krok i głębokość zmienia się z niecałych dwóch metrów do około 140.

Zombie Hole

Tak wygląda świat z głębokości 50 metrów.

Ale nie jest to jedna ze znanych chociażby z Belize, Bahamów, czy Egiptu blue holes. W Zombie Hole nie nurkuje się w błękit, tu bardzo szybko robi się mroczno. Nie ma też wielu ryb wokół. Jest pusto i tajemniczo. Ściany dziury porastają nieliczne koralowce i gąbki (była tu kiedyś największa elephant ear sponge na świecie, ale ponoć podczas trzęsienia ziemi w 2010 r. spadła w odchłań), jest też dużo śmieci zagonionych przez morskie fale w tą dziurę. Jakieś sprzęty, fragmenty mebli, stare sieci rybackie. Jest też i piasek, dużo piasku, cały czas osuwającego się w głąb Ziemi. A także historia o pociągu, który ma znajdować się na samym dnie Zombie Hole, co nie jest nieprawdopodobne, bo tuż obok, praktycznie po plaży, przebiegała kiedyś linia kolejowa łącząca Saint Marc ze stolicą, Port-au-Prince.

Wszystko to nadaje temu miejscu wyjątkowego klimatu, takiej postapokaliptycznej, madmaxowej atmosfery i czyni nazwę nadzwyczaj adekwatną. To, zdecydowanie, nurkowisko w stylu hate me or love me, ale jednak większości się podoba.

Mnie też.

0

Huragan Matthew: beauty of the fury…

Huragan Matthew – najsilniejszy od ponad dekady na Karaibach. O tym jak bardzo boleśnie uderzył on w Haiti, napisałem już, całkiem sporo, na tierralatina.pl.

Zostało mi jednak kilka zdjęć, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Bo cyklonowym perturbacjom, tak jak bardzo wielu innym żywiołom, nie da się – mimo wszystko – odmówić piękna. Ta moc natury, furia przyrody, ma w sobie coś bardzo hipnotyzującego. Przyznam, że całkowicie rozumiem „wariatów”, którzy z kamerami gonią trąby powietrzne, czy podchodzą do potoków wulkanicznej lawy.

To piękno ma, oczywiście, swoje granice.

Bo ja jednak miałem wielkie szczęście, że w momencie gdy huragan Matthew przeszedł nad Haiti, znalazłem się prawie 150 kilometrów od strefy największych zniszczeń.

Na położonym na północ od stolicy – Port-au-Prince – Wybrzeżu Les Arcadins, gdzie nie niego oczekiwałem, dramatycznych wydarzeń nie było, choć morze i tak pokazało swą nieokiełznaną siłę, wyrzucając chociażby na sąsiednią plażę kilkutonowe głazy, z których jakiś lokalny milioner ułożył sobie falochron. A także jego wypasioną motorówkę z czterema 300-konnymi silnikami.

Miałem szczęście, bo na południu kraju prędkość wiatru przekraczała w tym samym czasie 200 km/h i równała z ziemią nawet murowane domy. A to już nie jest piękna furia. To po prostu śmiertelny kataklizm.

Gdy poleciałem tam w ostatnich dniach z humanitarnym transportem lekarstw i środków do uzdatniania wody, nie wyjąłem nawet aparatu z plecaka. Ogrom zniszczeń po prostu przytłacza, a ja nie potrafię, nie chcę, fotografować ludzkiego cierpienia.

Miasteczka wokół Les Cayes, czy Jérémie wyglądają tak jakby przejechała przetoczyła się przez nie pancerna brygada, burząc i wgniatając wszystko w grunt. Albo jakby wybuchła gdzieś w pobliżu bomba atomowa i okolicę zmiotła fala uderzeniowa. Nawet z palmowych plantacji zostały tylko smutne, pozbawione liści kikuty, takie wyrastające z ziemi gołe, łyse pale…

Continue Reading →

0

Nurkowanie na Los Testigos

Choć od naszej nurkowej wyprawy eksploracyjnej na wenezuelski archipelag Los Testigos minął juz prawie rok, nadarzyła się właśnie okazja aby ją przypomnieć. Bo oto mój współnur, fotograf Alexis Golding, przygotował w końcu krótki wspomnieniowy filmik.

Zapraszam więc, wraz z nim, na podwodny lot przez wyspy Los Testigos…

„Lot”, bo prawie wszystkie nurkowania na tym wenezuelskim archipelagu odbywają się w silnych, czy wręcz bardzo silnych prądach. Zresztą sami zobaczcie:

 

Filmik powstał przede wszystkim z myślą o nas samych – uczestnikach ubiegłorocznej ekspedycji. Dlatego dużo w nim płetwonurków, a mało w sumie podwodnych atrakcji archipelagu. Ale, w zalinkowanym powyżej ubiegłorocznym wpisie, znajdziecie – jeśli jeszcze jej nie widzieliście – galerię zdjęć z owego wyjazdu, zarówno tych z lądu, jak i spod wody.

Los Testigos – obok wysp Los Roques – to, zdecydowanie, jedno z najciekawszych, nurkowo, miejsc w Wenezueli. A że w różnych wodach tego kraju wykonałem już prawie 500 nurów, to – że się tak nieskromnie wyrażę – jako takie rozeznanie o nurkowaniu w Wenezueli chyba mam. 😉

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.