Wenezuela – korupcja i gospodarcze rekordy

Za każdym razem gdy przyjeżdżam do Wenezueli zaskakuje mnie jak wiele w tym kraju się zmienia. Niestety, generalnie na gorsze. Jak tak dalej pójdzie to pułkownikowi Chávezowi uda się to, czego nawet PRL-owi za czasów mej młodości się nie udało – do cna wyplenić we mnie jakiekolwiek lewicowe sympatie…

Choć jedno muszę przyznać – socjalizm w wydaniu wenezuelskim niesamowicie uczy obywateli przedsiębiorczości. Wszystko się tu da załatwić, wszystko kupić, zrobić każdy interes, wiedzieć trzeba tylko z kim, gdzie i za ile. Kombinuje niemal każdy.

Nie dziwię się, że Chávez ma wciąż znaczne poparcie – taki permisywizm można lubić. „Tu nie ma żadnych zasad, tu wszystko jest możliwe!” – powtarza z entuzjazmem znajomy Polak mieszkający w Caracas od prawie 20 lat.

Oczywiście, jak w każdym kraju Ameryki Łacińskiej, także w Wenezueli kasty uprzywilejowane zawsze istniały. Teraz jednak cwaniacy kręcą lody na każdym szczeblu społecznej drabiny. Od ministrów, po drobnych bandytów. Korupcja i przestępczość – to dwa chyba najbardziej spektakularnie rozwijące się w Wenezueli zjawiska.

Ta pierwsza jak taki gigantyczny bluszcz ogarnia wszystko i wszystkich, dociera niemal wszędzie.

Mały przykład – jak na centralnie sterowaną gospodarkę przystało, obrót dewizami jest w Wenezueli od 2003 roku reglamentowany i kontrolowany. Oficjalnie jeden dolar to 2,15 nowych, tzw. „silnych” boliwarów. A euro to 3,41. Oczywiście kurs ten to ekonomiczna fikcja i czarny rynek, mimo teoretycznych wysokich kar pieniężnych a nawet więzienia, ma się świetnie.

Np. na lotnisku w Caracas, tuż po przylocie, gdy nie miałem żadnych boliwarów niezbędnych na dojazd do miasta, miałem w zwyczaju wymieniać 50 dolarów lub euro, oczywiście nie w kantorze oferującym oficjalny kurs, ale u… policjanta. A dokładniej u funkcjonariuszy Guardia Nacional, tej ponoć elitarnej formacji. Zawsze miło i… bezpiecznie, bo przecież są silnie uzbrojeni.

Przyznaję się, że podczas pierwszej mej wizyty w Wenezueli,  w 2006 roku, miałem lekkiego cykora, gdy to mundurowy zaproponował mi wymianę. –A może to prowokacja? – przemknęło mi przez głowę. Ale funkcjonariusz zamiast kajdanek wyciągnął z bocznej kieszeni swego moro potężny plik banknotów i w kilkadziesiąt sekund interes był ubity.

Z czasem wymianą na lotnisku zaczęło się trudnić coraz więcej osób. Boliwary proponują przyjezdnym bagażowi przy taśmach na których wyjeżdżają walizki, taksówkarze, personel w sklepach wolnocłowych (bo w Caracas mała wolnocłówka jest także na przylocie), sprzątacze, a nawet agenci służb antanarkotykowych. W sumie myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. A jednak!

Kilka dni temu, gdy ponownie zameldowałem się w Caracas, wypełniłem kartę emigracyjną i odstałem swoje w kolejce do kontroli paszportowej, opadła mi szczęka… Bo oto funkcjonariuszka służby granicznie ONIDEX, bezmyślnie kartkując mój paszport w tę i we w tę, nie podnosząc znad niego nawet głowy, zapytała się nagle: –Nie masz dolarów do sprzedania?– Naprawdę mnie zatkało i w pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem. Ale ona powtórzyła: –Nie masz dolarów do sprzedania?– Za mną gigantyczna kolejka, na ścianie hasło „Socialismo o muerte”, a ona chce handlować dolarami? –Nie nie mam-, wydusiłem z siebie zaskoczony. –Mam tylko euro– dodałem zgodnie z prawdą. A ona na to: –Nie ma sprawy, euro też kupuje-.

I w sumie prawie już sięgałem do portfela i to nie dlatego, że potrzebne mi były boliwary, bo te akurat miałem, ale po prostu z ciekawości, jak, przy tylu świadkach, transakcja zostanie przeprowadzona. Coś mnie jednak tknęło i się zapytałem jaka jest jej cena. Ona na to, że 4,5 boliwara za euro. –To znacznie lepiej niż kurs oficjalny– zapewniła mnie.

Gdyby nie fakt, że od tej cinkciary zależało, czy zostanę wpuszczony do Wenezueli, czy też nie, powiedziałbym co o niej myślę… A tak tylko ugryzłem się w język i wycedziłem, że dziękuję. Bo złodziejka, chciała okraść nie tylko swoją socjalistyczną ojczyznę, ale też i mnie!

Dlaczego okraść? Bo następnego dnia, w strzeżonym przez policję lokalu w centrum Caracas, gdzie swe „biura” ma kilkunastu cinkciarzy wymieniałem jedno euro na sześć „bolos”.

I tak jest ze wszystkim. Non stop trzeba uważać i mieć się na baczności, bo każdy próbuje zrobić mniej lub bardziej lewy interes.

Całkiem niedawnom w biurze Conviasa, wenezuelskich państwowych linii lotniczych: –Bilet do Maracaibo, na jutro, dostanę?– pytam się. Babka z kilogramem makijażu na twaryz, szlifuje sobie pilniczkiem paznokcie i nie zerkając nawet na komputer odpowiada znudzonym głosem: –Nie ma-. –A na pojutrze?– nie daję za wygraną. –Pojutrze też nie ma– nawet na mnie biurwa nie spojrzała. -No to może to pomoże?– Przesuwam w jej kierunku 10 eurasów. Tym razem patrzy mi już prosto w oczy i z uśmiechem pyta: –To na kiedy ten bilet? Na jutro, czy na pojutrze?– Bilet powrotny kosztuje mnie 380 VEF, czyli razem z prezentem dla pani urzędniczki niecałe 70 euro.

Nie trzeba być ekonomistą, aby zorientować się, że system w którym wszyscy kręcą, kradną i kombinują nie jest w stanie długo funkcjonować. W końcu musi się załamać, nawet jeśli, tak jak w Wenezueli, jest zasilany wartkim strumieniem petrodolarów.

Pierwsze symptomy już widać, chociażby „przejściowe” braki w zaopatrzeniu w niektóre towary. Nie jakieś luksusy, ale np. mleko. A, według najnowszych prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma być jeszcze gorzej. IMF przepowiada na ten rok inflację w Wenezueli w wysokości 25,7 proc. Rząd twierdzi wprawdzie, że będzie 19,5 proc., ale to i tak najwięcej na całym kontynencie. I to mimo, że wspomniana kontrola dewiz ma właśnie, oficjalnie, zapobiegać inflacji.

Walce z nią pomóc miała także niedawna denominacja… Ale nie pomaga. IMF prognozuje, że rok 2009 będzie jeszcze „lepszy” i wenezuelska inflacja sięgnie 31 proc.

Ale w sumie Chavéz ma powody do dumy. Bo Wenezuela dostała się do ścisłej światowej czołówki. W inflacji właśnie. W tym roku wyprzedzi m.in. Azerbejdżan, Erytreę, Birmę i Etiopię, które jeszcze rok temu w tempie utraty wartości narodowej waluty były od Wenezueli lepsze. Teraz na czele rankingu pozostał przed Republiką Boliwariańską już tylko jedno państwo. Ale chodzi tu o Zimbabwe, które – trzeba to przyznać – jest poza wszelką konkurencją. Zimbabweńska inflacja w ubiegłym roku sięgnęła 108 tysięcy procent!

Wszystko jednak przed Chávezem. Mugabe rządzi swym krajem od ponad 20 lat, więc ma znacznie większe doświadczenie od Wenezuelczyka, który na swym prezydenckim stołku siedzi zaledwie 9 lat. Pułkownik Hugo nie kryje, że chciałby jeszcze długo porządzić, więc kto wie? Może rekord Zimbabwe zostanie z czasem pobity?

Póki co, zdaniem IMF, wenezuelska gospodarka hamuje i hamować będzie coraz ostrzej. Podczas gdy w ostatnich 4 latach wenezuelskie PNB rosło średnio o ok. 11 proc., tak na ten rok IMF przepowiada zaledwie 2 proc. wzrost. I nie można tu winić światowej koniunktury, bowiem cały kontynent ma mieć średnią ponad dwukrotnie wyższą, czyli 4,5 proc.

No ale Wenezuelczycy mogą się pocieszyć, że gospodarcze ekperymenty ich rządu w kość dają nie tylko im. Okazuje się, że podobnie jest w innych krajach próbujących zaszczepić wenezuelskie reformy. Inflacja w bratniej Boliwii przekroczy w tym roku, zdaniem IMF, 15 proc., czyli będzie największa od 17 lat. A w równie zaprzyjaźnionej Nicaragui spodziewać się można 13,8 proc. Też rekord dziesięciolecia.

, , ,

8 Responses to Wenezuela – korupcja i gospodarcze rekordy

  1. Mr Guru Limited 10 marca 2010 at 21:23 #

    Pierwszy wyjazd w 2006 wszystko tłumaczy. Trzeba było pojechać w latach 80-tych albo 90-tych. To co Ci się przytrafiło nie jest następstwem zmian jakie mają miejsce w Wenezueli. Takie zachowania były nagminne od dawna i wcale nie jest prawdą, że „za Chaveza” ludzie zaczęli kombinować. Żeby nastąpiły zmiany (de facto dotyczy też Polski) trzeba zacząć od postaw, trzeba dawać dzieciom przykład jak się robić powinno.

    • caraquena 11 marca 2010 at 16:17 #

      Mieszkam w Caracas wiekszosc mojego zycia. I to, ze Wenezuela za Chaveza ulegla totalnej degenaracji jest niestety prawda. Pisze niestety, bo uwazam ten kraj za swoj i, co gorsze, glosowalam na tego idiote w pierwszych wyborach. Jak wielu innym uwierzylam mu.

      Wzrost ilosci morderstw z 5000 do 17 000 w ciagu ostatnich 10 lat jest najlepszym podsumowaniem skutecznosci Chaveza. A takze coraz wieksze braki w zaopatrzeniu. Nie ma cukru, nie ma kawy, nie ma pradu, nie ma wody – socjalistyczny raj.

      • Chavez 12 marca 2010 at 14:51 #

        Współczuję nietrafionej emigracji i zapraszam do Tuskolandii. Tu jest wszystko: cukier, kawa, prąd, woda – kapitalistyczny raj. Z socjalizmu została propaganda w stylu goebbelsowskim, zamiast Trybuny Ludu – Gazeta Wyborcza. Za rządów PO przybyło ministrów, co mówią, że „Polska to dziki kraj”, afery korupcyjne mnożą się jak karaluchy w Wenezueli. „Polska to jest piękna kraj”, jak mówił onegdaj klasyk satyry w Polsce. Tutaj ludzie zarabiają 2000 tysiące PLN a wydają 4000. Jeszcze lepiej jest w Grecji; bardzo polecam.

        • caraquena 12 marca 2010 at 22:01 #

          Tylko sie osmieszasz robiac takie porownania. Swiadczyc to moze, ze po prostu nie masz najmniejszego pojecia o sytuacji w Wenezueli. Ale zauwazylam, ze mimo to uwielbiasz zabierac glos w dyskusjach o niej. Dziwne to.

          • Chavez 13 marca 2010 at 00:16 #

            Pewnie, że nie mam pojęcia o sytuacji w Wenezueli bo tam nigdy nie byłem, ale jak czytam te płaczliwe słowa o krzywdzie jaką Tobie tam robią, to mi się chce śmiać, że mimo to tam ciągle przebywasz. Pewnie, że się ośmieszam, ale lepiej się śmiać z siebie niż narzekać. Jak zauważył Franciszek książę de La Rochefoucauld – „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu” W Tuskolandii na razie zarzynają tylko biednych policjantów naćpane szczyle a tam mordują tysiące. To jest wstrząsające. Ja mam spokój, a jak mi znudzi, to pojadę do Grecji, chyba że Helmuty nie zechcą ratować Euro.
            Przyznam się Tobie, że również się pomyliłem w głosowaniu, ale nie żałuję.
            Uwielbiam Wenezuelę, bo mają piękne (chociaż często podrabiane) dziewczyny. I Cejrowski też uwielbia Wenezuelę. Spotykam się z południowcami, rzadko co prawda, ale podoba mi się ich luzacki styl życia. I mimo wszystko popieram (wirtualnie) Chaveza. To taki polski Donek, tylko samodzielny. Nie wisi na pasku USA, a nasz trzyma się torebki pani Angeli.
            Taki ich urok. Mi obydwoje nie przeszkadzają. Przyjeżdżaj do Polski, zaczniesz tęsknić za Chavezem i jego monologami w tv. Pozdrawiam serdecznie.

          • caraquena 13 marca 2010 at 00:59 #

            Osmieszasz sie. Ciagle.

          • Chavez 13 marca 2010 at 11:13 #

            Lepiej być śmiesznym niż smutasem, przynajmniej ja tak uważam. Cieszę się, że moje nieudolne posty wywołują u Ciebie jakikolwiek grymas na twarzy. Może to jest rodzaj uśmiechu?

Trackbacks/Pingbacks

  1. Korupcja to wenezuelski program lojalnościowy - Sur del Sur - 22 listopada 2008

    […] – jednego z placów na terenie gminy. -Dlaczego musisz mu płacić?- choć od dawna wiem, że korupcja zżera Wenezuelę – wciąż byłem zaskoczony całą, widzianą z tak bliska, sytuacją. -Bo takie są zasady w […]

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.