Notatka na marginesie

Z blogosfery do „realu”…

W życiu każdego blogera nadchodzi chyba zawsze taki moment, gdy staje twarzą w twarz ze swoim czytelnikiem. Który zresztą, bardzo często, sam pisze blog(a?). Mam bowiem wrażenie, że te dwie grupy: autorzy i czytacze blogów silnie się przenikają.

Może nie jest aż tak, że większość czytelników stanowią ci, którzy sami piszą blogi, ale na pewno stanowią oni lwią część tych, którzy nie są zupełnie anonimowi.

Tak przynajmniej jest u mnie: Andsol-brTrzy PapryczkiAniabuzuk – to chyba najczęściej powtarzające się wśród autorów komentarzy nicki. I pod każdym z nich kryje się właśnie autor bloga.

Są jeszcze tacy, którzy nie komentują, ale wiem o ich istnieniu. Bo np. wolą pisać maile, a nie komentarze. Tak samo jak Ci, o których istnieniu wiem tylko dlatego, że do mnie linkują. A co z pozostałymi? Kilka osób znam osobiście, bo to znajomi, rodzina… Ale to nadal pojedyńcze tylko sztuki…

Ze statystyk tymczasem wynika, że mam obecnie około 400 stałych czytelników. Czyli takich, którzy regularnie tutaj zaglądają. Czemu milczycie? Czemu się nie odezwiecie?

Skorzystajcie może z tej okazji i napiszcie w komentarzach, dlaczego interesuje Was to co piszę, kiedy i jak złapaliście latynoskiego bakcyla? A może także piszecie bloga? O czym, gdzie? Wiem, że niektórzy z Was mieszkają gdzieś w Ameryce Łacińskiej. Powtarzają się bowiem adresy IP z Peru, Ekwadoru, Chile, Brazylii, Urugwaju, Kostaryki, Argentyny… Napiszcie proszę co tam robicie, jak się tam znaleźliście… Może kiedyś będzie okazja się spotkać?

Takie spotkania bywają bardzo miłe. Np. kilka miesięcy temu spotkałem w Madrycie unę, autorkę znanego chyba wszystkim hiszpańskomówiącym, blogu: Hiszpański dla Ciekawskich. W sumie miałem tylko odebrać książkę, którą dawno, dawno temu wygrałem, pomagając rozwikłać zawiłości naszego ojczystego języka. Książka to ta, jeśli ktoś jeszcze nie czytał, polecam:

marquezcronica

Ale na książce się nie skończyło… Z uną i jej bliskimi miło spędziłem całą, calusieńką noc (bo tylko tyle miałem czasu między dwoma samolotami). Jakże miłą i jakże szaloną… Było pyszne jedzenie, były wspaniałe wina, były – a jakże – Nocne Polaków Rozmowy, ale bardziej o hiszpańskiej polityce, niż o polskim bagienku… 🙂 Udało się nam nawet o świcie zabłądzić w drodze do hotelu, w którym zostały moje bagaże. Na samolot jednak zdążyłem. I te męczące 10 godzin lotu, przespałem jak nigdy wcześniej… Jeszcze raz UNA, za wszystko, wielki dzięki!

Nie koniec to jednak pozablogowych znajomości. Kilka tygodni temu, na wenezuelskiej plaży, spotkałem Dwa Łosie. Te same, które jakiś czas temu pisały fantastyczny blog, ale później niewiedzieć czemu, przesiadły się na dziwną platformę, której blogową nazwać nie można i na której zawsze się gubię. 😉 Ale teksty nadal są tam wyśmienite… I znowu było sympatycznie, wesoło, ciekawie – takie konfrontowanie podróżniczych doświadczeń…

A Wy, inni blogerzy? Mieliście już jakieś pozablogowe spotkania z czytelnikami? Jakieś wrażenia, anegdoty? Podzielcie się, proszę…

16 Responses to Z blogosfery do „realu”…

  1. tres.pimientos 6 września 2008 at 23:18 #

    Też mieliśmy dość zaskakujące zdarzenie z pogranicza virtual-real, choć nie dotyczyło konkretnej fizycznej osoby.

    Zalatujemy do Santo Domingo, zajeżdżamy z lotniska do naszego ulubionego hotelu, wyczajonego kiedyś na świetnym hostelbookers.com, załatwiamy formalności i gdy recepcjonistka stuka w klawiaturę, pochodzimy do stołu z czasopismami.

    A tam na samym wierzchu kolorowej sterty leży ten numer Travelera, do którego wcześniej machnęliśmy teksty o Dominikanie i Haiti. Zresztą w części informacyjnej do tych artykułów hotel ten był wspomniany.

    To takie coś nam się przytrafiło. Aż potrząsnęliśmy głowami 🙂

    „Kronika…”, znakomita! Santiago Nasar, jakby próbował jednak w ostatniej chwili zmienić swe przeznaczenie, Santiago nieszczęśnik, zbierający z podłogi własne wyprute flaki i pakujący je z powrotem tam, gdzie ich miejscie… Niezmordowany zanim… zamordowany

    Marquez wspominał, że to jego jedyna pisarska robota, którą od początku do końca napisał tak, jak chciał, jak planował napisać, robota która nie wymknęła mu się spod kontroli. Mnóstwo ciekawych historii i anegdot, związanych ze swoim pisarstwem opowiada Marquez (jeszcze przed Nagrodą Nobla) swemu przyjacielowi Plinio Apuleyo Mendozie w książce Zapach owocu guawy. Rozmowy. Pewnie miałeś już okazję do niej zajrzeć. Jeśli nie – polecamy! 🙂

    Pozdrawiamy
    tres.pimientos

  2. duckser 7 września 2008 at 03:07 #

    Zgodnie z prośbą. Jeden z wielu anonimowych. Czytam na bieżąco (obowiązkowe codzienne sprawdzanie!) Sur del Sur (a dawniej Podróż na Południe) z zainteresowania tematami politycznymi. Nie znam drugiej takiej strony/bloga poza tymi typowo nastawionymi na politykę zagraniczną (portal PSZ, P. Wołejko i inne) z tak ciekawie opisanymi sprawami politycznymi w Ameryce Płd. Ponad to dobrze jest dla relaksu poczytać o innych sprawach niż polityka z nastawieniem na tą fascynującą część świata. Pozdrawiam i czekam na dalsze, oby jak najczęstsze wpisy.

  3. latinbrand 7 września 2008 at 21:44 #

    Ja też jestem jedną z wielu czytających. I choć sama bloga nie prowadzę, to czasami komentuję. Ameryką Łacińską zainteresowałam się przez mojego narzeczonego, a wkrótce męża, Argentyńczyka. A na blog Sur del Sur trafiłam… dzięki moim rodzicom, którzy mieli jego autora za przewodnika po Chile i Argentynie. I była to, jak twierdzą, podróż ich życia. 🙂
    Na blog, w poszukiwaniu nowych notek, zaglądam niemal codziennie. Kiedyś czytałam też wspomniany tu blog Łosi jadących przez Amerykę. Ale przestałam go czytać gdy przenieśli się na tą Zeogetę. Reader usability jest tam niestety koszmarne.

  4. aniabuzuk 8 września 2008 at 19:28 #

    W „realu” spotkalam sie z trzema dziewczynami-blogerkami z Chicago (z dwoma spotykam sie w miare regularnie) oraz jednym chicagowskim blogerem oraz z kolezanka z Houston, ktora powinnam nazwac przyjaciolka, zeby znowu nie dala mi wirtualnie w dziob, a z ktora nie spotykam sie tak czesto, jak bym chciala ze wzgledu na odleglosc nas dzielaca. Bylam dosc sceptycznie nastawiona do znajomosci blogowo-forumowych, ale mam same mile doswiadczenia. Nie bedzie chyba wiec naduzyciem z mojej strony powiedzenie, ze jak ktos jest fajny online, to jest fajny zywo.

  5. hjuston 8 września 2008 at 23:03 #

    taaaa, ja tez nawiazalam znajomosc z pewna kolezanka z chicago. to znaczy z przyjaciolka 😉 bardzo zaluje, ze nie mieszkamy w tym samym miescie i nie jestesmy sasiadkami…
    a mowi sie, ze przyjaciol w takim wieku juz sie nie spotyka.

  6. lowelas2 18 września 2008 at 21:09 #

    @latinbrand: Nie zeogeta, tylko geozeta. Ale masz racje, ze serwis zaprojektowany jest koszmarnie. W Polsce bardzo malo jest dobrych specjalistow od usability. Ten nowy gazetowy serwis dla podroznikow – Kolumber – tez jest wyjatkowo niezyczliwy wobec uzytkownika.
    Na geozecie moj kumpel prowadzil dziennik z podrozy po Azji. Mimo wielkich checi nie udalo mi sie sledzic tych jego wpisow. Na dodatek serwis czesto sie zawieszal i komantarze czesto sie nie zapisywaly. Totalna porazka.

    @ Tomek Surdel: Aby odpowiedziec na Twoje pytanie. Twojego bloga znalazlem przez przypadek na samym poczatku jego istnienia. Nie bede Ci tu smarowal, ze fajnie piszesz, etc., bo to ewidentne. To co jednak najbardziej mi sie u Ciebie podoba, to ze mieszasz wpisy polityczne z turystycznymi, czasem tez cos o kuchni, o muzyce, czasem jakies wlasne przezycia i refleksje. Gdy zagladam do Ciebie nigdy nie wiem czego sie moge spodziewac. I to jest fajne.
    A skad moje zainteresowanie tematem? Bo kiedys studiowalem iberystyke, dwa lata tylko, potem zmienilem kierunek, ale zainteresowanie ta czescia swiata pozostalo. Osobiscie znam jednak tylko Meksyk.

    Czy to prawda, to co pisze latinbrant, ze organizujesz wycieczki?

  7. kochaj.swoje.zycie 21 września 2008 at 09:04 #

    Też się ujawnię, czytam od niedawna, trafiłam przypadkiem. Z całej Ameryki Południowej tylko Brazylia mnie kiedyś kręciła, ale było, minęło. Teraz czytam, bo fajnie piszesz:]

  8. Ada 22 września 2008 at 21:39 #

    i ja czasem komentuję. „Wżeniona” w kolumbijską rodzinkę, obracająca się w świecie mult-kulti, ostatnio z serdecznymi przyjaciółmi, właśnie z.. Chile.
    Z niecierpliwością oczekuję tematu – „Café con pierna” 😉
    pozdrawiam z Ravensburga

  9. ga_lapagos 9 października 2008 at 22:14 #

    trafilam na twoje blogi bo jestem Latina 😀
    od niedzieli bede w Caracas zastanawialam sie gdzie jestes i czy daloby rade sie spotkac chociaz sama mam wyjazd bardzo sluzbowy, ale moze daloby sie cos zorganizowac?

    spotkalam juz bardzo duzo osob z blogowiska w kilku krajach , zawsze to byly swietne spotkania, niektore sie powtarzaly inne nie. Ale zawsze warto spotkac blogowicza!

  10. żwirekiwigura 17 października 2008 at 20:03 #

    To ja tez „podepne” sie pod pytanie lowelasa? Rzeczywiscie organizujesz wycieczki? Pracujesz moze jako pilot w jakims z biur podrozy? Pochwal sie prosze.

  11. odwodnik 24 października 2008 at 12:25 #

    A ja czytam nie dlatego , ze specjalnie interesuje mnie Ameryka łacińska. Dobrze piszesz. Gdybyś pisał o rozmnażaniu wypławków też bym czytała. Lubie się dowiadywać nowych rzeczy. Jestem ciekawską wszechstronną dyletantką:).

  12. Tomek Surdel 24 października 2008 at 19:40 #

    @zwirek, lowelas: Nie, nie pracuje w zadnym turystycznym biurze. Współpracuję z niektórymi. I, rzeczywiście, czasem organizuje, pilotuje rozne wyjazdy, wyprawy. Glownie nieformalnie – dla znajomych i znajomych znajomych i ludzi przez nich poleconych. Prawie tylko malenkie grupki. Więcej informacji tutaj.

    @pozostali: wielkie dzieki za komplementy i mile slowa. Dziekuje ze jestescie. 🙂

  13. majari 19 listopada 2008 at 22:18 #

    To ja jeszcze dodam do tego, co napisałem niedawno przy innej notce, że od małego interesuję się geografią (w domu rodziców do tej pory stoi globus) i nawet zdawałem z niej maturę, ale studiowałem co innego.

    Pamiętam, że tym globusem bawiliśmy się z bratem, a potem w szkole miałem taki kieszonkowy atlas i z kolegami szukaliśmy różnych rzeczy na czas. Szczególnie zapamiętałem jednego kolegę, który pobił rekord szukając flagi Chin przez ponad 3 minuty (a atlas nie był jakiś gruby, miał nieco ponad 100 stron i było tak, że po mapie fizycznej i politycznej kontynentu była lista państw z flagą, powierzchnią, liczbą mieszkańców, itp.).

    Oprócz tego bloga czytam też blogi o: Tahiti (kiedyś, teraz już o Czechach), Wielkiej Brytanii, Islandii, Afryce, Rosji i Dominikanie (pewnie, jakbym trafił na jakiś kolejny blog piszący o jakimś kraju, to bym go czytał. Ale mam na to coraz mniej czasu). Wszystkie one są na pasku osobistym i zaglądam tam co najmniej raz dziennie.

    Na większość z nich trafiłem zapewne dzięki reklamie na stronie głównej Gazety Wyborczej i już tam zostałem.

    Chciałbym kiedyś też pojeździć po świecie, ale na razie brakuje pieniędzy, a nie mam takiej odwagi jak WC, aby sprzedać wszystko, co mam i pojechać w siną dal.

    A komentarzy zostawiam mało, bo na co dzień też niewiele się odzywam. Tak już jakoś mam. Być może powinienem udać się do jakiegoś psychologa, albo kogoś, kto nauczył by mnie rozmawiać. Bo teraz mogę porozmawiać z każdym pod warunkiem, że to ten ktoś zacznie.

  14. hadassa79 8 stycznia 2009 at 23:43 #

    Wiesz co, ja stwiedzam, ze jestem świnia! Byłam na Kubie, jakąś tam chwilową fascynację Ameryką Lacińską miałam, kupiłam kilka książek, próbowałam nawet uczyć się hiszpańskiego. I co? I przysłowiowa dupa! Nie wiem na czym to polega, ale pasji chyba nie można sobie wybrać i zaplanować. W moim przypadku, jak się okazuje, nic nie pobije Izraela i całej tej Ziemi Przeklętej (frazeologia własna 🙂 Byłam tam tylko raz, ale od czasów pracy magisterskiej, co druga czytana przeze mnie książka jest o tamtym regionie właśnie (wczoraj kupiłam kolejną, ha!). Z dnia na dzień także moja pasja przybiera na sile, do tego stopnia, że jak okoliczności zaistnieją po mojej myśli, będę tam ponownie, w samym centrum wydarzeń.
    A co do blogowych znajomości. Honey, ja przez bloga to o mały włos za mąż nie wyszłam jakieś cztery lata temu 😀 Poza tym znam kilkanaście osób fizycznie, większość jednak blogowo – mailowo – gadu-gadowo. Jest także jeden taki, z którym od czasu do czasu gadam na skype, tzn może trafniej się wyrażę – zagaduję go na śmierć (jak ten ma zasięg haha). Znasz go może przypadkiem? ;-P

    Tymczasem Panie Ziemio Łacińska, wsio najlepszego na Nowy Rok! Oby był owocny i pomyślny, w każdej materii!

    Serdecznie

    Ofca

  15. magui 3 kwietnia 2009 at 00:11 #

    Witam
    Zagladam tutaj od nie dawna regularnie, wczytuje sie, usmiecham, dowiaduje sie i opowiadam innym. Bardzo lubie Twoja ciekawosc, usmiech, precyzje, lekka ironie i -mimo wszystko- dystans do obserwowanej rzeczywistosci.
    Ameryka Lacinska to moja pasja od nie wiem juz jak dawna, zawsze odmiennie odpowiadam na pytanie „dlaczego” z tak daleka, etc.. To poczatki na studiach o rozwoju i SM na europejskiej uczelni, ktore otworzyly mi nieco oczy i horyzonty, to CESLA, to rodzinny akcent „latino” i wreszcie, fascynacja wszystkim, co zwiazane z tym regionem, nie tylko w kwestiach politycznych, spolecznych, ekonomicznych, ale i jezykowych, kulinarnych, i wreszcie, chyba najwazniejsze, kulturowych. Rok temu wyladowalam tym sposobem w Meksyku, gdzie mieszkam i jeszcze pobyc zamierzam.
    Pisze do Ciebie zatem z tej samej polowki swiata „po drugiej stronie atlantyku”, i mam nadzieje, ze wlasnie tu lepka i dajaca sie lepic rzeczywistosc pozwoli na spotkanie w realu. Mimo poznania wielu czesci ziemi meksykanskiej, impresji na temat Kuby i Gwatemali, jestem kompletnym laikiem i chyle nisko czola przed Twoja wiedza, pasja podrozy i poznania. Choc te ostatnie w pelni podzielam.
    Dziekuje Ci za bloga.
    un abrazo
    magui

Trackbacks/Pingbacks

  1. Moja południowa choinka - Sur del Sur - 31 grudnia 2008

    […] chwil. No i też wielu pasjonujączch sporów i dyskusji na tym blogu, oraz – kto wie – może kolejnych osobistych spotkań na latynoskiej […]

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.