Ucieczka mózgów

Emigracja rozbija rodziny, przerywa kariery i źle wróży przyszłości kraju. W tym samym czasie, kiedy państwa całego rozwijającego się świata starają się ściągać z powrotem swoich obywateli rozproszonych na obczyźnie i zasilić nimi dźwigające się gospodarki, w Wenezueli ucieczka potencjału intelektualnego rujnuje uniwersytety i zespoły ekspertów, paraliżuje przemysł i nasila gospodarczy zamęt, który grozi zniszczeniem jednego z najzamożniejszych państw półkuli zachodniej. Nie surowce, nie ropa ani gaz, ale ludzkie talenty stały się najważniejszym eksportowym towarem boliwariańskiej rewolucji.

Powyższy akapit pochodzi z bardzo ciekawego artykułu jaki Mac Margolis, latynoamerykański korespondent Newsweeka, opublikował niedawno w tym tygodniku. Jego tłumaczenie ukaże się w trafiającej do kiosków w ten poniedziałek, polskiej edycji Newsweeka. Szczerze polecem, bo pokazuje on jeden z bardzo rzadko analizowanych aspektów chavezowskiej rewolucji – ucieczki mózgów z Wenezueli.

Wenezuelskiemu władcy udało się sprawić, że jego poddani – nacja, która historycznie najniechętniej w Ameryce Łacińskiej emigrowała – stali się w ostatnich latach niesłychanie mobilni i coraz częściej opuszczają tak wychwalany przez prezydenta, socjalistyczny raj.

Jednak w przeciwieństwie do pozostałych państw w regionie, Wenezuelę najczęściej opuszczają nie osoby marzące o karierze kelnerki, czy robotnika budowlanego w Stanach Zjednoczonych, ale wykształceni specjaliści na których czekają tak atrakcyjne kontrakty, że ewentualną decyzję o powrocie w przyszłości podjąć im będzie niesłychanie trudno.

Dokładnych statystyk nie ma, ale np. Hiszpanie twierdzą, że z ponad 3000 tysięcy lekarzy-cudzoziemców, jacy nostryfikują w tym kraju co roku swe dyplomy, aż 15 proc. to właśnie Wenezuelczycy. Wenezuelska Federacja Lekarzy ze swojej strony twierdzi, że liczba wydawanych przez nią zaświadczeń, niezbędnych do ubiegania się o lekarskie uprawnienia za granicą, wzrosła – w ciągu ostatnich 5 lat – z ok. 500 do ponad 5 tys. rocznie.

Efekt tego jest widoczny gołym okiem. Mimo, że Wenezuela masowo sprowadza lekarzy z Kuby, w publicznych placówkach zdrowia brakuje personelu. W Caracas każdy z państwowych szpitali ma obecnie od kilkunastu do kilkudziesięciu wakatów. Jeszcze gorzej jest na prowincji. Niektóre szpitale musiały całkowicie zamknąć swoje bloki operacyjne z powodu braku anastezjologów.

I sytuacja będzie się tylko pogarszać – José Ramón García, jeden z szefów wydziału medycyny na największym wenezuelskim universytecie UCV, tłumaczył niedawno, że z roku na rok zmniejsza się ilość studentów chcących robić specjalizację – wiele państw, które cierpią na niedobór lekarzy oferuje bowiem korzystne stypendia dla tych którzy kończą medycynę. „Te oferty były zawsze, ale mało kto się na nie decydował. Teraz coraz więcej studentów marzy o wyjeździe” – wyjaśnia García.

Co im bowiem może zaoferować państwo Cháveza? Pensję w wysokości 150 dolarów, niedofinansowane, przeludnione szpitale i coraz częstsze napady, oraz porachunki gangów wewnątrz nich. Oraz totalny brak perspektyw. Regularnie protestujący na ulicach Caracas medycy już wcale nie domagają się podwyżek. Najczęściej upominają się aby przynajmniej te ich głodowe pensje wypłacane były w terminie. A nie, jak to często się zdarza, z 4-5 miesięcznym opóźnieniem.

O tym jak wielu Wenezuelczyków chce emigrować przekonać się można odwiedzając departament legalizacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Caracas. Przez tą komórkę przejść bowiem muszą wszystkie państwowe dokumenty, które chce się użyć za granicą. Sam załatwiałem tam niedawno pewne sprawy i w wielogodzinnej kolejce stali ze mną przede wszystkim młodzi ludzie z charakterystycznymi czarnymi tubami w których wręczane są dyplomy wenezuelskich uczelni.

A wiadomo jak to jest w kolejce: stanie zbliża. Człowiek zaczyna gadać z sąsiadem, żalić mu się, zwierzać, etc. Ja stałem ostatnio z dwoma dziewczynami, absolwentkami weterynarii. Też przygotowującymi się do wyjazdu. One akurat do Chile. Bo Wenezuelczycy nie uciekają wyłącznie na Północ, wielu szuka szczęścia w regionie.

Poszukują nie tylko lepszych zarobków. Często szukają po prostu bezpieczeństwa. Norelys, jedna z dziewczyn z kolejki, powiedziała mi wprost: „Jestem w ciąży. Nie chcę aby moje dziecko dorastało w mieście uważanym za jedno z najniebezpieczniejszych na świecie. Od zagubionej kuli zginął niedawno syn mojej sąsiadki, wspólnika mojego ojca porwano, a mnie grożono pistoletem aby odebrać telefon komórkowy. To wszystko w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wystarczy.” Ma rację, wystarczy.

Tymczasem Chávez i jego ludzie, zamiast zająć się problemami kraju,  szykują kolejny kaganiec na dziennikarzy. Za pisanie, czy mówienie o przestępczości w Wenezueli będą oni mogli trafić do więzienia. Władze chcą bowiem, aby można było wkrótce zakwalfikować to jako zakazane „wzbudzanie paniki” wśród czytelników/słuchaczy/widzów.

Zacytuję więc, póki jeszcze wenezuelskie gazety mogą pisać coś więcej niż peany o rewolucji, tytuł jednej z dzisiejszych prasowych notek: „W Caracas w nocy z piątku na sobotę zastrzelono 13 osób”. Czyli, jak na weekend w wenezuelskiej stolicy, było dość dość spokojnie

, ,

21 Responses to Ucieczka mózgów

  1. bolo 3 sierpnia 2009 at 11:16 #

    Ciekawy artykuł o poważnym problemie. Przy okazji przypomniała mi się wypowiedź jakiegoś bonza z PO (może to była nawet wyborcza reklamówka?) w której jako dowód korzyści z akcesji do UE entuzjastycznie podawano możliwość pracy zagranicą, której beneficjentami zostało aż tylu rodaków…

  2. pajęczaki 3 sierpnia 2009 at 11:59 #

    mozna ujac to tez tak: kto ma mozg, ten ucieka.

  3. pl 3 sierpnia 2009 at 12:59 #

    Może Chavezowi właśnie o to chodzi, żeby pozbyć się inteligencji. Przecież dla niego, komunisty, najważniejszy jest prosty lud, który łatwiej omamić, przekupić, wytresować, zniewolić.

  4. hrjakchorwacja 3 sierpnia 2009 at 14:14 #

    Podobny dramat przeżywają kraje byłej Jugosławii. Najbardziej Bośnia i Serbia. Najmniej Słowenia. Brak perspektyw wypycha ludzi z kraju, a wyjeżdżają Ci, którzy by się najbardziej przydali na miejscu.

  5. bolo 3 sierpnia 2009 at 14:21 #

    Jak to dobrze, że od nas nikt nie wyjeżdża.

    • doleblanche 3 sierpnia 2009 at 15:01 #

      My Polacy tez wyjezdzamy. Jednak wiekszosc wraca. Poza tym jezdzimy glownie wewnatrz naszej nowej Ojczyzny – Unii Europejskiej. Polska jest jedna z jej prowincji. Pracujac w Londynie wcale nie czuje, ze jestem na emigracji. Wciaz jestem w mojej Europie. Mam takie same prawa jak Angole, czy Holendrzy. Co wiecej latam do rodzicow przynajmniej raz w miesiacu. Czesciej ich odwiedzam, niz gdy mieszkalem w Szczecinie. Dla mnie Londyn jest blizej Warszawy niz Szczecin.
      PS. I jakos nie slyszalem, aby w PL brakowalo lekarzy. Mimo, ze czesc z nich tez wyjezdza

      • Tomek Surdel 3 sierpnia 2009 at 16:10 #

        Ojoj… Tą „nową Ojczyzną” chcesz chyba sprowokować jakąś patriotyczną awanturę tutaj… 🙂 Choć akurat ja, w pewnym sensie, Cię rozumiem. Sam wiele razy sie zastanawiałem czy czuje się bardziej Polakiem, czy Europejczykiem. Nie wiem. Nie potrafię na to jednoznacznie odpowiedzieć.

      • Dzinks 5 sierpnia 2009 at 09:12 #

        widzisz, jednak ta wspólna Europa jest na tyle duża, abyś z perspektywy Londynu nie dojrzał jednego z problemów Ojczyzny. Otóż w Polsce właśnie brakuje lekarzy, i to tych na których można budować stabilność szpitala/przychodni – czyt. młodych. To pokolenie wyjechało i Polakom pozostało, w o wiele większej niz dotąd skali, korzystanie z usług lekarzy-emerytów, lekarzy-obcokrajowców. Można by rzecz, to normalne w Europie, więc i w Polsce. Zobaczymy za pięć lat kiedy zmęczeni życiem i praca emeryci udadzą się na zasłużony odpoczynek, kto wtedy będzie leczył Polaków i jak długie będą wtedy kolejki do specjalisty.
        A to przykład z dzisiaj:
        cyt:
        Brak zainteresowania kontraktami z NFZ
        W Nowym Sączu na wizytę u chirurga dziecięcego czeka się nawet pięć miesięcy (sic!). W Małopolsce nie ma również całodobowej i doraźnej pomocy stomatologicznej. Wciąż jest problem z nocną i weekendową opieką okulistyczną. Nie udało się także znaleźć chętnych do prowadzenia w Krakowie dziennego oddziału terapii dla uzależnionych od substancji psychoaktywnych.

        • doleblanche 5 sierpnia 2009 at 13:17 #

          Mieszkam obecnie w Londynie, ale lecze sie w Polsce. Prywatnie. I masz racje – jakos nie widze tego braku mlodych specjalistow. Mam tez brata-lekarza. Ma 34 lata. Pracuje duzo, ale specjalnie nie narzeka. Jeszcze kilka lat temu zastanawial sie czy by nie wyjechac, robil staz w Irlandii. Ale teraz zupelnie emigracyjne checi juz mu przeszly. Twierdzi, ze w ciagu ostatich kilku lat jego zarobki wzrosly o prawie 200 proc. Wiec chyba az tak zle nie jest.

          PS. Zastapisz literki NFZ literkami NHS i ten Twoj cytat moglby byc wziety z prasy angielskiej. Tak juz jest z publiczna sluzba zdrowia. Niemal wszedzie.

    • Tomek Surdel 4 sierpnia 2009 at 00:15 #

      Nie można porównywać sytuacji emigracyjnej Polski i Wenezueli (czy jakiegokolwiek innego kraju latynoamerykańskiego, oprocz Brazylii). Pomijam fakt, że emigracja – zwłaszcza w obecnym kryzysie – jest coraz trudniejsza i coraz mniej atrakcyjna finansowo. Polska nigdy sie emigracyjnie nie wypróżni, gdyż dla wielu osób zawsze będzie istniała bariera językowa. I to nawet nie chodzi o to, że nie zna się wcale języka. Niektórzy znają język dobrze, ale nie wyobrazają sobie długotrwałej pracy/życia w obcym języku. Bo, umówmy się, między dobrą znajomością angielskiego, a możliwoscią pracy jako lekarz w tym języku, zwłaszcza specjalista, jest baaardzo długa droga. To samo dotyczy wielu innych zawodów. Są też wręcz zawody, w których możliwość emigracji i pracy w zawodzie praktycznie nie istnieje. Własnie ze względów językowych.
      Dla Latynosow ten ten problem nie istnieje. Oni w swoim języku mogą pracować w całej Latynoameryce, w Hiszpanii i w znaczniej mierze także w USA. Praktycznie we wszystkich zawodach.

  6. paolo engenheiro 3 sierpnia 2009 at 19:58 #

    Witam, to bardzo ciekawe co piszecie. Sam jestem ze Śląska i dobrze wiem, że poczucie przynależności narodowej to, w przeciwieństwie do obywatelstwa, nie jest taka jednoznaczna sprawa. Niemniej jednak będę trochę złośliwy.
    Cała ta dyskusja w waszym wypadku drodzy koledzy pt.: czy jestem bardziej europejczykiem czy Polakiem przypomina mi pewną historię:

    Otóż samemu będąc na emigracji pamiętam jak rozmawiałem z pewną Polką, która przekonywała mnie o tym jaką to ona jest Europejką i, że dla niej absolutnie nie ma różnicy czy rozmawia po polsku czy angielsku – tzn. jest w angielskim tak biegła, że jest w stanie wyrazić wszystko w takim samym stopniu, gdyby mówiła po polsku. Zdziwiło mnie to niezmiernie ponieważ angielskim posługiwałem się znacznie lepiej od niej ( generalnie w tym języku mówię płynnie, także językiem technicznym, czy też bez problemu rozumiem TV itd.) i mimo to, stwierdzam, że dla mnie różnica jest kolosalna. Czym innym jest rozmawiać na poziomie przekazania informacji, a czym innym jest już rozmowa zawierająca subtelne żarty, aluzje i generalnie obejmująca wszystko to co między wierszami. Zresztą podobnego zdania byli moi koledzy z innych europejskich krajów, z którymi pracowałem.
    Wracają do tej panienki stwierdzam jednak, z perspektywy czasu, że miała rację – ona po prostu nigdy nie miała nic ciekawego do powiedzenia, ani po angielsku, ani po polsku, więc dla niej to była żadna różnica. 🙂

    Podsumowując – można czuć się Ślązakiem, Polakiem, Wielkopolaninem itd., ale ci którzy mają wątpliwości np. pt.: czy jestem Polakiem czy Europejczykiem (może za wyjątkiem wąskiej grupy ludzi, która poza Śląskiem w Polsce raczej nie występuje ;]) to zwykle ludzie, których jedynym przyjacielem jest telewizor i jakaś durna gazeta dla wykształciuchów. ;]

    • Tomek Surdel 4 sierpnia 2009 at 00:10 #

      Myslę, że nie masz racji. Chociażby dlatego, że moja polskość, czy europejskość nie ma żadnego związku z językami jakimi władam. Nie wynika też z jakiegoś poczucia kosmopolityzmu. To raczej pragmatyzm.

      Polakiem to ja się czuję w Europie, w Polsce się czuję Pomorzaninem, a w 3-miescie jestem Sopocianinem, i „śledzi” z Gdyni nie lubię (to oczywiście żart, ale coś w nim jest).
      To czas spędzony najpierw w Azji, a potem (teraz) w Ameryce Południowej nauczył mnie czuć się Europejczykiem.

      Gdy się mnie ktoś tu pyta skąd jestem i odpowiadam, że z Europy, to w 99 proc. przypadkow to wystarcza. Natomiast odpowiedz „z Polski” w 90 proc. przypadków jest po prostu niewystarczająca, bo zaraz pada kolejne pytanie: „a gdzie to jest”?

      I tlumaczenia, że między Rosją a Niemcami też niewiele w sumie dają. W najlepszym razie są kwitowane stwierdzeniem: „Aha, czyli jesteś z Europy”… Wiec, ok, jestem z Europy i rzeczywiście czuję się tu Europejczykiem. Takim samym jak Francuz, Szwed, czy Libanczyk. Bo Libańczycy też są tu zazwyczaj Europejczykami. 🙂

      Dla wiekszosci Latynosow świat dzieli się na USA, Hiszpanię i resztę świata, czyli Europę, Afrykę i Azję. Bo Australia jest gdzies miedzy USA i Europą… 🙂 Polska to naprawde abstrakcyjne pojecie.

      Jeszcze kiedyś można się było ratować „Papieżem-Polakiem”, ale nawet i to przestaje być już kojarzone.

      Sa oczywiscie wyjątki: ludzie dobrze wyksztalceni (z dużym naciskiem na to „dobrze”), czy np. mieszkańcy regionów w Argentynie, gdzie swego czasu dotarli emigranci z Polski. Albo brazylijscy pasjonaci futbolu, ktorzy mają jakieś piłkarskie skojarzenia z naszym krajem. W świadomosci pozostalych naszego kraju jednak nie ma.

      • bolo 4 sierpnia 2009 at 10:08 #

        To co napisał autor bloga jest przekonywujące, niemniej jednak ilekroć słyszę „jestem Europejczykiem” instynktownie nastawiam się na nie:). Winna temu jest prowadzona od lat 90. nachalna propaganda narzucająca europejską tożsamość, która miała wyraźny polityczny cel – budowę masowego poparcia dla wejścia do UE. Doszło do tego, że ugruntowano w społeczeństwie przeświadczenie, że kto jest przeciw akcesji nie ma prawa czuć się Europejczykiem – mimo że przecież urodził się między Atlantykiem a Uralem… Przykładem ofiary tego prania mózgów jest głupiutka panienka którą opisał paolo. Podsumowując – zgadzam się z jego końcową opinią (z naciskiem na słowo „zwykle”;)).

        • zuercher 4 sierpnia 2009 at 16:12 #

          nie oceniaj pochopnie ludzi, ktorzy twierdza ze sa Europejczykami. Sprawa tozsamosci narodowej jest rzecza skomplikowana i nieslychanie subiektywna. Nigdy nie wiesz jaki jest background danej osoby.
          Moj najlepszy przyjaciel z czasow studenckich jest np. typowym Europejczykiem. Piotrek, bo tak ma na imie, urodzil sie i wychowal w Kopenhadze. Jego matka jest Polka, a ojciec… francuskim Katalonczykiem. Mowi perfekcyjnie po dunsku, angielsku, polsku, francusku, i katalonsku. Ma obywatelstwo polskie, dunskie i francuskie. No i jak ma sie czuc? Wiele razy z nim o tym rozmawialem. O szukaniu tozsamosci, poczuciu przynaleznosci. On jest zadeklarowanym euroentuzjasta. I uwaza UE za swoja ojczyzne. Bo – przyznaje – wcale nie czuje sie Francuzem, ani Dunczykiem. Troche czuje sie Polakiem, troche Katalonczykiem. Ale tez nie do konca. Skomplikowana sprawa.

  7. chiara76 5 sierpnia 2009 at 16:03 #

    temat mi bliski, ze względów rodzinnych, powiedzmy…ktoś tam mieszkał do niedawna , ktoś inny ciągle mieszka i już raczej tam umrze…osoba, która już nie mieszka podawała mi przykłady tego, jak jest tam niebezpiecznie…mówi się czasem o tych czy innych dzielnicach miast Polski, że są niebezpieczne, ale to , co mi mówiła, dorównywało im niestety…przykre to…kiedyś ten kraj oferował ludziom wielkie możliwości…

  8. caraquena 5 sierpnia 2009 at 16:40 #

    Problem wyjazdow z Wenezueli jest rzeczywiscie bardzo powazny. I wiaze sie m.in. z tym ze bardzo wiele Wenezuelczykow ma europejskie korzenie. Szacuje sie ze 80 proc. malych i srednich przedsiebiorstw nalezy do Wenezuelczykow, ktorzy urodzili sie w Europie badz ich dzieci. Glownie sa to osoby pochodzenia Hiszpanskiego i Portugalskiego. Mowi sie, ze na Maderze kazda rodzina ma krewnych w Wenezueli.
    Dzieki Chavezowi wiekszosc tych Wenezuelczykow wyrabia sobie te europejskie paszporty. Albo zeby wyjechac, albo zeby wiedziec ze ma sie taka mozliwosc.
    Ale pulkownik ma to w dupie. Uciekajacych wenezuelczykow zastepuje bandytami z Kolumbii, ktorym ochoczo i masowo daje wenezuelskie paszporty.

  9. Chavez 5 sierpnia 2009 at 21:10 #

    Nie miałbym nic przeciwko temu, by do Polski przyjechały do pracy w charakterze lekarza piękne Wenezuelki. Zdrowotność społeczeństwa polskiego, a szczególnie jego męskiej części niewątpliwie wzrośnie. A teraz poważnie; my, Polacy lubimy obcokrajowców. Lekarz – obcokrajowiec ma lepsze wzięcie wśród pacjentów niż miejscowy.
    Był taki okres w czasie wielkich niepokojów polskiej służby zdrowia że medycy straszyli emigracją zarobkową. Strachy na lachy! Oprócz nielicznych wyjątków reszta wytrwałych skończyła na budowach. Jak słusznie zauważył BOLO, językowo dla Wenezuelczyka jest obojętnie w jakim kraju latynowskim pracuje. Dla Polaków nie.
    Poza tym, Europejczycy (w większości) mają nacjonalizm w krwi. Obecnie Anglicy nie chcą Polakom wynajmować mieszkań. Fajnie było, jak West Europa potrzebowała naszych w okresie prosperity.
    Jeśli chodzi o usługi medyczne to porównajmy: w Polsce na zabieg ortopedyczny każą czekać do 7 – dmiu lat (bez łapówki oczywiście). Kto ze znawców Wenezueli uczciwie napisze, jak długo na podobny zabieg czekają „męczennicy wenezuelscy” ofiary Chaveza również bez łapówki?. (Jakie te państwa są podobne!). Jeśli chodzi o istnienie narodu Europejskiego, to stwierdzam, że taki nie istnieje, bo gdyby istniał, to w Goerlitz nie wieszali by antypolskich plakatów. Jeśli jednak uparcie niektórzy z dyskutantów będą twierdzić, że są narodowości europejskiej, to proszę mnie nazywać Wenezuelczykiem.
    Pozdrawiam wszystkich z wczasów w góralskich lasach, szczególnie mojego przyjaciela „zuerchera”.

    • zuercher 5 sierpnia 2009 at 21:10 #

      Chavez – madralo: to jak sklasyfikujesz mojego znajomego, o ktorym pisalem w poprzednim komentarzu. Jaka mu wyznaczysz „narodowosc”?

      • Chavez 7 sierpnia 2009 at 22:58 #

        Zawsze uważałem, że mieszanki są: najzdrowsze, najmądrzejsze naj, naj. A jaką mu wyznaczę narodowość pytasz zuercher? Jestem w kłopocie, przyznaję, ale jeśli razem z Nim wymyśliłeś drogi zuercher narodowość europejską to fajnie! Ale Ty, zuercher, raczej mi podchodzisz pod Niemca… Masz coś z knechta.

        • zuercher 8 sierpnia 2009 at 00:18 #

          Widzisz, swiat wcale nie jest taki prosty jak Ci sie wydaje. Bo choc pracuje w niemieckojezycznym miescie to jezyka Goethego nie znam wcale. Kiepski wiec bylby ze mnie Niemiec… Ale pewnie lepszy niz z Ciebie detektyw. 😉

  10. tartaczek 12 sierpnia 2009 at 00:15 #

    No ,coz odpowiem zbiorowo.W czesci dotyczacej drenazu mozgow zamiast Wenezueli mozna smialo wpisac Polska.I bedzie sie zgadzac.Mam wielu znajomych w roznych srodowiskach i moge smialo powiedziec-nikt ze znanych mi lekarzy nie zamierza wracac,ani z Reichu ,ani ze Skandynawii ani z Hiszpanii.O Anglii nie wypowiadam sie ,bo mam za malo danych.Z dostepnych danych wynika,ze ich system NHS dogorywa podobnie jak NFZ.Wiec stamtad moga zdarzac sie powroty.Podobnie jak z Irlandii.Mit o braku znajomosci jezykow przez polskich lekarzy jest tylko mitem.W Hiszpanii,Szwecji,Norwegii,Niemczech pracuje cala masa polskich lekarzy.W kazdym wiekszym szpitalu-po kilku.W Hiszpanii ,Niemczech,Szwecji i Norwegii zetknelam sie ze szpitalami gdzie polscy lekarze stanowili wiekszosc zatrudnionych na oddziale W Polsce owszem brakuje lekarzy,ale tylko okreslonych specjalnosci – tych co nie moga sobie dorobic.Jacy to sa mozecie sobie dospiewac.Nie zetkelam sie z zadnym Wenezuelczykiem w miejscach gdzie przebywalam.Mam na mysli lekarzy.Byli rozni-masa Polakow(bardzo cenieni),Irakijczycy,Argentyjczycy,Kolumbijczycy,Ekwadorczycy,Meksykanie,jeden Kubanczyk(bardzo wysoko ceniony specjalista),jeden z Peru,wyemigrowani-Niemcy(tez swietni fachowcy),ale slownie-ani jednego Wenezuelczyka.Wiec jesli nie lekarze, to kto stamtad tak ucieka?
    Nie podobaja mi sie tez uogolnienia,ze Polacy to albo tamto,albo lekarze to albo tamto.Ja osobiscie posluguje sie 6 jezykami obcymi ,moja starsza latorosl podobnie i nie ma to zwiazku z wykonywana praca.
    A co do narodowosci to zawsze bede Polka ,a nie Europejka, bez wzgledu na to jakie dodatkowe paszporty bede miala z racji zamieszkania.Mieszkajac w Am.Pld powinnam mowic,ze jestem..Amerykanka? Sa pewne granice przegiecia,pomimo nachalnej propagandy.Nie oczekuje,ze ktos sie ze mna zgodzi.Swoje poglady ksztaltuje dzieki czytaniu ,podrozom i zyciowemu doswiadczeniu.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.