Notatka na marginesie

Bostonka prosto z Polski!

Bostonka. Zwana też chorobą dłoni, stóp i ust (hands, foot and mouth disease). A fachowo, enterowirusową gorączką wysypkową. W praktyce wygląda to tak:

Przywiozłem to właśnie z Polski. A w prezencie dostałem od mojej kuzynki Ewingi. A właściwie od jej małych córek, które właśnie na to chorowały. –Nie martw się, one już nie zarażają.– mówiła gdy te małe nicponie mnie obsiadły, tarmosiły i obcałowywały. Więc się nie martwiłem…

Kłopoty zaczęły się podczas kilkugodzinnej przesiadki w Dallas. Poczułem jak błyskwicznie rośnie mi temperatura, opadam z sił i zaczyna boleć gardło. Gdy wylądowałem w Caracas podejrzewałem już co się święci – na dłoniach pojawiły sią bowiem pierwsze, zaczerwienione, trochę swędzące pęcherzyki. Potem już tylko ich przybywało. Gorączka też nie odpuszczała.

Czyli właśnie bostonka, wypisz, wymaluj.

Pierwsze 24 godziny na wenezuelskiej ziemi spędziłem głównie śpiąc. I nie był to bynajmniej jetlag. Potem siły wróciły, ale bąbelków na stopach i dłoniach było coraz więcej. I w gardle też z bólem jak przy ostrej anginie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są stopy…

Bo choć na rękach i nogach te plamki-grudki-pęcherzyki, same w sobiem, raczej nic nie bolą, to jednak przy nacisku już tak. Więc zwykłe przywrócenie się do pionu jest wyzwaniem, a każdy krok wymaga dość silnego zaciśnięcia zębów.

Na szczęście, jak to z tego typu chorobami bywa, po tygodniu problem ma zacząć ustępować. Zostały mi więc jeszcze 2 dni i – rzeczywiście – nowe plamki już się chyba nie tworzą…

Poza chorobą z Polski nic nie przywiozłem. Nawet wrażeń mało. Bo na Ojczyzny łonie spędziłem zaledwie 3 dni. Czyli mniej niż podróż tam i z powrotem. Bo tym razem leciałem Caracas-Dallas-Chicago-Frankfurt-Gdańsk, Gdańsk-Monachium-Frankfurt-Nowy Jork-Dallas-Caracas.

Dość to skomplikowane, przyznaję, ale alternatywy nie miałem. O zagraniczne bilety lotnicze, za które można zapłacić w boliwarach, w Wenezueli jest ostatnio coraz trudniej. Zresztą gdy kupowałem ten mój, na zaledwie 2 dni przed wylotem, pani z biura United Airlines ostrzegła mnie, że lada dzień zupełnie się to skończy. Co, w sumie, dziwne nie jest, bo różnica między oficjalnym kursem dolara (który muszą stosować zagraniczne linie lotnicze), a tym czarnorynkowym, staje się coraz większa, w efekcie czego ceny biletów dla osób posiadających amerykańską walutę są po prostu śmieszne. Ja za swój bilet, na tej całej długiej trasie, zapłaciłem niespełna 500 dolarów.

I to w dodatku w klasie business, gdyż miejsc w ekonomicznej już nie było…

, , , ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.