Postne ceviche z ryby

Dzisiaj Wielki Piątek. W Ameryce Łacińskiej dzień wolny od pracy – najbardziej świętowany moment Wielkiego Tygodnia. W wielu miastach odprawiane są Drogi Krzyżowe, często w sposób wyjątkowo realistyczny, gdzie krew spływająca spod korony cierniowej bywa prawdziwą krwią odgrywającego rolę Chrystusa wiernego.

W Caracas najbardziej znana celebracja Drogi Krzyżowej odbywa się w Petare, największym chyba obecnie slumsie Latynoameryki. Na pewno najbardziej niebezpiecznym. Zazwyczaj niebezpiecznym, bo dzisiaj każdy może uczestniczyć w Via Crucis i włos mu z głowy nie spadnie. W Wielki Piątek panuje tam niepisane zawieszenie broni – jak na Petare, to wielkanocny cud.

Fot: Iván González

Fot: Iván González

Co roku kilka tysięcy wiernych towarzyszy Chrystusowi w drodze przez dzielnicę (tak, slumsy też mają swoje dzielnice!) Nazareno (Nazareńczyk) na wzgorze El Morro, gdzie o zmroku odgrywana jest scena ukrzyżowania.

Ale, szczerze mówiąc, w latynoamerykańskich obchodach Wielkiego Piątku najbardziej zaskakuje mnie nie tyle realizm odgrywanych scen, zapał i gorliwość niektórych wiernych, czy to że tego dnia autopacyfikują się takie miejsca, jak Petare. Nie, najbardziej zaskakuje mnie, że po obchodach Via Crucis, po żarliwych modlitwach wierni idą sobie bardzo często na hamburgera, bądź hot-doga. Nigdy jeszcze nie spotkałem na tym kontynencie nikogo, kto przestrzegałby wielkopiątkowego postu. Ba, nikogo nawet kto by o nim wiedział.

Moi lokalni znajomi, czy to w Wenezueli, czy w Chile, czy w Argentynie, robią najczęściej wielkie oczy gdy mówię im, że w Polsce nie jemy mięsa w Wielki Piątek (to samo z Wigilią). Naprawdę? Ale dlaczego?

I tak, prawdę powiedziawszy, mimo 12 lat lekcji religii, dopiero te zdziwione pytania Latynosów sprawiły, że kilka lat temu doczytałem dokładnie dlaczego tego dnia pościmy…

No i dzisiaj, aby tradycji stało się zadość, dzielnie odparłem zaproszenia na grilla i wołowego burgera. Zrezygnowałem też z przygotowanej przez znajomych wspaniałej, mięsno-warzywnej, sopa de res. Ale że trzeba jednak coś w ciągu dnia zjeść, to w drodze na wielkanocne nurkowania w Chichiviriche de la Costa, zatrzymałem się u przyjaciół prowadzących niewielką, ale wspaniałą restaurację Churuata Piarima. I tam jej właściciel, Dragan Balic, przyrządził mi taką, niezbyt postną, porcję postnego ceviche de pescado, czyli ceviche z ryby:

Ceviche z ryby

To prawdziwa kwintesencja latynoamerykańskiej, tak przez niektórych w Europie obecnie wyszydzanej, multikulturalności: oto Chorwat przygotowuje Polakowi, w Wenezueli, peruwiańskie danie.

Ponieważ zazwyczaj przy tego blogowych wpisach pojawiają się pytania o przepis, odeślę Was do popełnionego kilka lat temu tekstu o ceviche de camarones, czyli tego samego dania z krewetkami zamiast ryby. Oba przyrządza się tak samo (choć w przypadku świeżej ryby można pominąć jej parzenie). Tak samo i na wiele sposobów. Z tym daniem można i trzeba eksperymentować i np. dodać oliwy, bardziej podostrzyć, etc.

W tym konkretnym przypadku Dragan rybne ceviche ustroił kilkoma krewetkami, użył bardzo dużo soku z limonek, czerwonej cebuli, oraz dodał – to widoczne na zdjęciu, jasne, pokrojone w zapałkę – zielonego mango. To wszystko w towarzystwie cieplutkich, własnej roboty, chipsów z ziemniaków i bananów zwyczajnych (plantains).

Palce lizać. Naprawdę.

, ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.