Polak. Czyli Niemiec?

Alcabala. Taki drogowy punkt kontrolny. Kilka pomarańczowych pachołków i mundurowi.  Czasem policja, czasem Boliwariańska Gwardia Narodowa. Zdarza się, że jedni i kilometr dalej drudzy. I zaraz potem mogą być jeszcze trzeci, bo ci pierwsi byli z Policji Narodowej, a ci ostatni są z lokalnej. Procedura jest zawsze taka sama – trzeba zwolnić i opuścić szybę.

Mundurowy może nawet na ciebie nie spojrzeć. Czasem zapyta się skąd i dokąd jedziesz. I czy jesteś uzbrojony. Może też chcieć przeszukać samochód. Albo zarządać łapówki. Tak wprost. W sumie najrzadziej prosi o dokumenty.

Mnie kilka dni temu poprosił. Młokos-gwardzista. Ale nie o prawo jazdy, nie o dokumenty samochodu, tylko o dowód tożsamości.

Tak właśnie wygląda najważniejszy wenezuelski dokument tożsamości.

Tak właśnie wygląda najważniejszy wenezuelski dokument tożsamości.

Dałem więc moją cedulę, wenezuelski odpowiednik dowodu osobistego. Zalaminowana karteczka ze zdjęciem. Wenezuelczycy mają je z tłem białym, mieszkający tu cudzoziemcy z żółtym i dużym napisem EXTRANJERO, czyli właśnie cudzoziemiec. Poza tym numer ewidencyjny, odcisk palca, imię i nazwisko, data urodzenia, stan cywilny, a u przyjezdnych także zawód i kraj pochodzenia. W sumie kilka linijek tekstu… Dużo.

– Cudzoziemiec?
– Tak
– A skąd jesteś?
– Z Polski
– Polska? A gdzie to jest?
– W Europie
– Ale gdzie?
– Między Niemcami i Rosją.
– Aha, czyli Niemiec jesteś?
– Nie. Polak. Z Polski.
– No ale mówiłeś, że obok Niemiec.
– Tak, ale to inne państwo.
– Ale przy Niemcach?
– Tak
– Czyli Austria?
– Nie Austria. Polska.
– Ale mówisz po niemiecku?
– Tak. Mówię po niemiecku i jestem Niemcem z Polski.
– No właśnie! To miłej drogi!

Przepraszam, ale naprawdę nie miałem już ochoty kontynuować tej konwersacji…

Ten dialog z gwardzistą przypomniał mi inną rozmowę, przeprowadzoną kilka lat temu, gdy po raz pierwszy starałem się o wenezuelskie papiery rezydenta. Ubrana w obowiązkową, choć wyjątkowo opiętą czerwoną koszulkę, tępa biurwa z urzędu ds. identyfikacji i cudzoziemców podejrzewała mnie, że ją oszukuję mówiąc skąd pochodzę!

Polska? Na pewno? Ja nie znam takiego kraju! Może jednak Bolonia, a nie Polonia? I tak przez dobrych kilka minut, aż w końcu wkurzyliśmy się oboje, a ja powiedziałem, że skoro mi nie wierzy to powinna pójść do swojego przełożonego i zapytać się go, czy kraj taki jak Polska istnieje. I rzeczywiście poszła…

Na moje szczęście przełożony był, najwyraźniej, lepiej wykształcony od panny z okienka, bo ta wróciła jeszcze bardziej wściekła i tylko syknęła do mnie przez zaciśnięte zęby: Si! Existe!
Polska istnieje!

Odetchnąłem z ulgą.

, ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.