Zapomniany szampon, czyli rozmiar kryzysu w Wenezueli…

W miniony weekend nurkowaliśmy w Morrocoy. To przepiękny fragment wenezuelskiego wybrzeża i zarazem Park Narodowy położony mniej więcej 150 km na zachód od Caracas. Namorzyny, urokliwe wysepki z pięknymi plażami, otoczone rafą koralową. Kiedyś był to turystyczny raj, teraz jest to – po prostu – część Wenezueli, ze wszystkimi jej bolączkami i ułomnościami. W tym m.in. nieszczejącą, niedoinwestowaną infrastrukturą turystyczną i poważnym problem z bezpieczeństwem. XXI-wieczni piraci są uzbrojeni, mają szybkie motorówki i coraz zuchwalej napadają na plażowiczów, czy inne łodzie.

Przygotowanie nurkowania to więc przede wszystkim logistyka bezpieczeństwa. Ile łodzi, kto zostanie na powierzchni, czy kotwiczyć, czy może cały czas w ruchu? Jak zminimalizować ryzyko, bo – oczywiście – gwarancji nigdy nie ma.

Nam się udało. Nurkowaliśmy w sobotę i niedzielę na, kolejno: Cayo Sur, Cayo Norte i Cayo Medio. Wysepki zdecydowanie nie dla plażowiczów, ale z najlepiej zachowaną, najbardziej zróżnicowaną rafą wokół. I ciekawą fauną. Dla nurków idealne – uchodzące za najciekawsze na całym archipelagu.

nurkowanie w Wenezueli

taką to fotkę strzelił nam, nawet nie wiem w którym momencie, mój nurkowy kompan Alberto.

Mimo kiepskiej, pochmurnej pogody wszystkie nurkowania były w sumie bardzo udane. Polowania też, bo – oczywiście, jak to w Wenezueli jest już w dobrym nurkowym zwyczaju – staraliśmy się zabić jak najwięcej skrzydlic. W sumie, w trakcie 4 zanurzeń, mając do dyspozycji tylko jedną tzw. procę hawajską, ubiliśmy ponad 6 kg. tego inwazora. Ceviche i fishburgery z niego były wieczorami naprawdę wyśmienite!

nurkowanie w Wenezueli

powrót do Tucacas, będącego nurkową bazą wypadową na wyspy Morrocoy

Ale, w sumie, to nie nurkowaniu w Wenezueli miał być poświęcony ten wpis. Chciałem tylko przytoczyć pewną anegdotkę związaną z tym wyjazdem, który – moim zdaniem – dobrze oddaje rozmiar aktualnego kryzysu gospodarczego w tym kraju.

Otóż w niedzielę wieczorem, gdy już wykąpani, z wymytym sprzętem siedzieliśmy w samochodach i pędziliśmy w stronę Caracas, ja czułem taki, znany pewnie wielu, wewnętrzny niepokój, gdy wydaje się nam że czegoś zapomnieliśmy. Siedziałem na tylnim siedzeniu i przeprowadzałem w głowie inwentaryzację swych dóbr.

Plecak z komputerem jest, komputer nurkowy wciąż na ręku, okularów przeciwsłonecznych nie miałem, czapkę od słońca pakowałem, ręcznik wziąłem, automat nurkowy, płetwy, maskę i BCD też. Nawet torbę z ołowianym balastem wymacałem wciskając rękę za siedzenie. Więc co?

Cholera jasna! – nagle mnie olśniło.
Czyżbyś czegoś zapomniał? – zapytał się, z zaniepokojeniem w głosie, siedzący z przodu Humberto, a prowadzący samochód Jorge natychmiast sciszył radio.
Nosz ku**a mać! Zostawiłem pod prysznicem szampon! – zakląłem wściekły, widząc dokładnie oczami wyobraźni ten moment, w którym odkładam zieloną butelkę na dość wysoko położoną metalową półkę.
Naprawdę? Ten Garniera, co z Europy przywiozłeś? – dopytywał się Humberto, który nie raz, podczas nurkowych wyjazdów szampon ten ode mnie pożyczał.
Dokładnie ten. Fructis! Szlag by to trafił. I mydło też tam zostawiłem! Do jasnej cholery!
Chcesz żebyśmy wrócili? – odezwał się Jorge, mimo że mieliśmy już za sobą jakies pół godziny drogi.
No bez przesady… Niemniej jestem na siebie wkurzony!
Jeśli bardzo chcesz, to naprawdę można po niego wrócić. – upewniał się.
Na pewno. Zresztą i tak już się powoli kończył. Było go już tylko jakieś ćwierć butelki. – uspokajałem, nie wiem czy bardziej moich towarzyszy, czy siebie.
A masz jakiś szampon w domu? Bo jak nie to może spróbujemy zadzwonić do hotelu, niech ktoś go przy okazji do Caracas przywiezie. – dopytywał się Humberto.
Spokojnie. Mam jeszcze jakieś zapasy. Ostatnio z Polski przywiozłem sobie dwie butelki. I jeszcze mam resztkę takiego, który mi znajomy przywiózł z Nowego Jorku. – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. – A poza tym, naprawdę myślicie, że ktoś powiedziałby, że go znalazł? – wątpiłem.
Może i masz rację. Rzeczywiście szkoda… – przyznał, strapionym głosem, Humberto.

Potem gadaliśmy jeszcze przez kilkanaście minut o zgubionych kosmetykach, o tym że ostatnio wszyscy używaliśmy przeterminowanego spreju z filtrem antysłonecznym, oraz że nigdzie nie można kupić repelentów na komary, a tymczasem pora deszczowa zbliża się coraz większymi krokami, a wraz z nią wysyp moskitów…

Opowiedziałem też towarzyszom podróży, że w bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa, gdzie spędzamy większość naszych weekendów już kilkakrotnie kradziono mi szampony i repelenty. Tzn. zostawiałem je np. pod prysznicen i gdy po chwili po nie wracałem, nie było już po nich ani śladu. Przy czym, zdarzyło mi się też już wielokrotnie zostawić tam warty dobrych kilkaset dolarów komputer nurkowy i zawsze go odnajdywałem. Albo zastawałem go w tym samym miejscu, albo ktoś odnosił go do recepcji.

Na koniec tej, toczonej w ściśle męskim gronie, rozmowy o pachnidłach i środkach myjących, zacząłem się śmiać. Bo zdałem sobie nagle sprawę z absurdu tej całej sytuacji. –Zobaczcie w jakim stanie jest ta wasza Wenezuela, że my tu debatujemy o zostawionej w hotelu, kończącej się butelce szamponu? Przecież w normalnym kraju to w hotelu dostaje się szampon. A tutaj coraz częściej do hoteli trzeba jeździć nie tylko z własnym mydłem, ale też i papierem toaletowym, czy ręcznikami!
Masz całkowitą rację… – Humberto też się zaczął smiać. –Choć, szczerze mówiąc, chyba nie powinno to nas śmieszyć.– dodał po chwili poważniejszym głosem.

Prawda jest taka, że szampon już od ponad roku jest na liście towarów w Wenezueli mocno deficytowych. Ostatni raz udało mi się go kupić w wenezuelskim sklepie gdzieś w okolicach czerwca ubiegłego roku. Później kilka razy widywałem jeszcze długaśnie kolejki po szampon, ale w nich nie stawałem.

Tomasz Surdel

Tak, tak. To ja… W marinie w Morrocoy.

Generalnie staram się nie stawać, gdyż zazwyczaj stać mnie na zakup tych deficytowych towarów na czarnym rynku, za wielokrotność (zazwyczaj kilkunastokrotność) ich oficjalnej ceny. Ale Wenezuelczyk na normalnej wenezuelskiej pensji takiego luksusu niestety nie ma. Miesięczny zarobek znajomego lekarza z publicznego szpitala (ok. 25 dolarów) wystarczyłby mu na zakup z drugiej ręki ok. 10 butelek szamponu…

A szampon to nie wszystko, co trzeba szukać na czarnym rynku. Ostatnio koleżanka zamieściła na facebooku dramatyczny apel mniej więcej takiej treści: „Kochani, czy ktoś nie mógłby mi sprzedać dezodorantu? Jakiegokolwiek, może być nawet męski. Bo coraz częściej nie jestem już w stanie znieść swojego zapachu. Błagam, pomóżcie!”

Brzmi wręcz kabaretowo. Ale wyobraźcie sobie całą sytuację – koleżanka mieszka w Macuto, na wybrzeżu, w pobliżu lotniska obsługującego Caracas. Kto tam lądował, to zna dobrze panującą tam prawie zawsze lepką, wilgotną duchotę. Tymczasem koleżanka pracuje w biurze, w którym już od wielu miesięcy niesprawna jest centralna klimatyzacja. I nawet umyć się porządnie nie może, bo w związku z suszą, woda, tam gdzie mieszka, jest – jak w prawie całej Wenezueli – jest racjonowana. 45 minut rano, 45 minut w południe i 45 minut wieczorem. –Tylko że ja, żeby zdążyć do pracy, muszę wyjść zanim zacznie się poranna dystrybucja wody. I wracam do domu zazwyczaj gdy skończyła się da wieczorna. Więc jedyne co mogę zrobić, to w południe podmyć sie trochę w umywalce w pracy. Ale konkurencja jest duża, bo nie ja jedyna jestem w takiej sytuacji.– opowiada Karen.

Dobrze, że przynajmniej ta pora deszczowa jest już za pasem. Będzie woda w kranie. I w sedesie, bo tam jej brak bywa nawet bardziej dramatyczny. Choć wtedy pojawią się nowe, inne kłopoty – np. komary, a wraz z nimi denga i zika. Bo repelentów nie ma. Lekarstw też zresztą nie.

Wracając jeszcze do nurkowania w Morrocoy… PRAKTYCZNIE… Gdyby ktoś z Was trafił do Tucacas i chciałby dać nura na rafach otaczających pobliskie Cayos, to szczerze polecam, choć zrzeszony w kontrowersyjnym SNSI, Frogman Dive Center. Konkurencyjny Nautilus, choć nowszy i lepiej wyposażony, jest niestety koncentratem wenezuelskiej bylejakości i jakośtobędzizmu. A to przy nurkowaniu nie jest fajne.

, , ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.