Śnieg wzruszenia

 

Radość? Wzruszenie? Oniemiałość? –Chyba wszystkiego po trochu. Ale najwięcej jednak wzruszenia, nawet mi kilka łez spłynęło później po policzkach. – opowiada Alesia, znajoma wenezuelska adwokatka, 28-letnia autorka i główna bohaterka powyższego filmiku.

Co ją tak wzruszyło? Śnieg oczywiście. Widziany „na żywo” po raz pierwszy w życiu!

My, Europejczycy, zwłaszcza z północnego-wschodu naszego kontynentu, bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że dla większości mieszkańców Ziemi śnieg jest czymś równie mitycznym i abstrakcyjnym jak zaprzęg reniferów ciągnący po niebie sanie ze Świętym Mikołajem.

I nie przypadkowo użyłem tego właśnie porównania. Pamiętam jak do Polski przyjechała ze mną Diana, też Wenezuelka. Odwiedziliśmy Trójmiasto w okresie świąteczno-noworocznym i bawiło mnie niezmiernie, że trzydziestokilkuletnia pani architekt, z radością i fascynacją małego dziecka, codziennie obserwowuje jak wydychane na mrozie powietrze zamienia się „w dym”. A potem była nocna wizyta w Tesco… I Diana stanęła jak wryta przez piramidą ze, sprzedawanych w promocji, metalowych sanek. –Co to takiego?– zapytała się marszcząc czoło. A ja oniemiałem.

I, co gorsze, nie wiedziałem co odpowiedzieć! Bo nauczony hiszpańskiego między Chile, Peru, Ekwadorem i Wenezuelą, gdzie zabawy zimowe raczej nie należą do normalnych tematów konwersacji, nie miałem wówczas najmniejszego pojęcia o istnieniu słowa „trineo„.

Musiałem więc improwizować: –To taki pojazd, którym się po śniegu jeździ. Dzieci się tym bawią!– tłumaczyłem. Diana patrzyła na mnie w skupieniu próbując zrozumieć… I nagle jej twarz rozpromieniała: –Taki jak ma Święty Mikołaj, gdy go renifery ciągną, tak?– zapytała. –Dokładnie taki, tylko to jest mniejszy model!– ochoczo potwierdziłem, dumny że sprostałem zadaniu wprowadzaniu przybysza z Południa w tajniki naszych nordyckich zwyczajów.

I aby dopełnić zimo-inicjacji następnego dnia, z moim bratem Guciem, przekopaliśmy zagraconą sopocką piwnicę aby wyszarpać z niej nasze zakurzone i poobijane, drewniane jeszcze, sanki z dzieciństwa. Późniejszych zabaw na Łysej Górze, miejscu w którym wiele lat wcześniej nauczyłem się jeździć na nartach, było co nie miara. Mimo, że ta „góra” nagle wydała mi się jakoś znacznie mniejsza…

Wróćmy jednak do Alesii, pani adwokat z filmiku. –Widzieć te płatki śniegu spadające na przednią szybę, czuć to zimno wpadające do samochodu przez otwarte okno… To wszystko było dla mnie zupełnie nowe i wywoływało we mnie zarówno niepokój jak i tysiąc innych emocji na raz! Nie mogłam powstrzymać łez!– opowiadała mi później.

Najwspanialsze w tym wszystkim było jednak to, że śnieg i to zimno poznałam we własnym kraju. W Wenezueli!– dodała wzruszona.

Tak proszę Państwa, Wenezuela to nie tylko karaibskie plaże, wspaniałe nurkowania i najwyższy na świecie wodospad, to znacznie więcej niż oblepiająca wilgotność tropików, Amazonia i deszczowe, pierwotne lasy. To także, o czym często zapominamy (albo zwyczajnie nie wiemy), wysokie Andy z m.in. malowniczą drogą łączącą stan Trujillo i Meridę, wiodącą przez położoną na wysokości 4118 m n.p.m. przełęcz, zwaną, niewiedzieć czemu, Orlim Szczytem (Pico El Águila).

To właśnie tam, na tej właśnie drodze, Alesia po raz pierwszy w swym życiu, dosłownie kilka dni temu, zobaczyła śnieg, popłakała się i nakręciła powyższe ujęcia.

Mnie też, muszę to przyznać, obrazy te poruszają. Choć z innych powodów…

Im lepiej poznaję Wenezuelę, jej naprawdę wyjątkowe miejsca i atrakcje, tym bardziej ogarnia mnie złość i bezsilność. „Kraj zmarnowanych możliwości” – tak możnaby go nazwać. Gigantyczny, roztrwoniony potencjał. Państwo, które ma wszystko aby być jednym z największych na kontynencie turystycznych magnesów – ba, które nim onegdaj było – a które nieustannie, od kilku dobrych lat, stacza się odchłań totalnego chaosu i anarchii

Smutno na to patrzeć. Zwłaszcza z bliska.

Wenezuela coraz bardziej mnie boli…

, , ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.