Nurkowanie w Zombie Hole

Na nurkowanie na Zombie Hole przypłynąłem łodzią. Ale można też z brzegu. Bo z położonej na przedmieściach Saint Marc piaszczystej i – jak na Haiti – dość czystej plaży Amani Beach do krawędzi tej podwodnej dziury jest 10, góra 15 metrów. Nawet pływać nie trzeba, można dojść brodząc po pachy w wodzie.

Rzucając kotwicę doskonale widziałem zardzewiałe i pokrzywione metalowe krzesła, na których kilkanście dni wcześniej pałaszowałem z Lucasem pyszne langusty.

Tuż przy plaży, a właściwie bezpośrednio na niej, jest niewielki, trzypiętrowy hotelik. Z zewnątrz zadbany, ładnie pomalowany, ale w środku – jeśli nie liczyć leniwie snujących się tam robotników – zupełnie pusty. Coś tam zawsze malują, skrobią, w coś stukają, coś przenoszą, cały czas się krzątają się, ale co tak naprawdę robią, mimo że wielokrotnie ich pracę obserwowałem, nie mam pojęcia.

Odkąd znam to miejsce, czyli od prawie pół roku, prace – remontowe chyba – cały czas trwają, ale zupełnie się nie posuwają. Przynajmniej żadne ich efekty nie są dla zewnętrznego obserwatora widoczne. W hotelu, poza rzadko sprzątaną toaletą i sklepikem monopolowym na parterze, serwującym na szczęście przyzwoicie schłodzone piwo, nie działa nic.

Pękate butelki z nagradzanym na wielu międzynarodowych konkursach haitańskim lagerem Prestige po plaży roznoszą zazwyczaj kilkunastoletnie dziewczynki, ale kasę do ręki bierze tylko gruba Murzynka, która niezmiennie zaskakuje mnie tym, że choć nigdy nic nie notuje, to perfekcyjnie wie ile kto czego wypił i ile jest jej winny. Co więcej, zawsze rachunek jest uczciwy, bez żadnego, najmniejszego nawet oszukiwania, czy naciągania. Co też jest nietypowe, bo na Haiti, w takich miejscach, miejscowi prawie zawsze próbują „blan”, czyli nam, białasom, choć trochę rachunek nadmuchać.

Na Amani Beach płaci się na sam koniec plażowania, przy jedynym wyjściu z długimi, stromymi schodami wiodącymi na szczyt skarpy zwieńczonej parkingiem. A właściwie porośniętą chwastami i rdzewiejącymi wrakami samochodów, ogrodzoną polaną.

Na langustę trzeba tam mieć czas. To nie jest tak, że idziesz i zamawiasz jak w restauracji. Po prostu trzeba usiąść na tych pordzewiałych i pogiętych metalowych krzesłach i cierpliwie czekać. Bo po jakimś czasie, zwykle bliższym godzinie niż kilku minutom, pojawia się – prawie zawsze – młody, niski chłopak o zadziwiającej, jak na Haiti, urodzie – ciemnoliwkowej cerze i zielonych oczach. Mówi po kreolsku, trochę też po francusku, angielsku, całkiem dobrze po hiszpańsku i cały czas się śmieje.

To co dzisiaj zjecie? Mam ośmiornicę, kraby i langusty. Wszystko świeżutkie! – zwykle zachwala. I wtedy najlepiej zamówić od razu wszystko. Bo zielonooki chłopak wówczas znika, bywa że na kolejną godzinę. Ponownie pojawia się mokry, ociekający jeszcze wodą, z wciąż widocznym śladzie po masce nurkowej na twarzy i komunikuje: –Niestety, krabów ani ośmiornicy jednak nie ma. Ale będą langusty!

No chyba, że akurat udało mu się złowić kraby. Wtedy nie ma langust i ośmiornicy. Bo jeszcze nigdy nie trafiłem, aby były dwie, nie wspominając o trzech, rzeczy na raz.

langusta

langusty z Amani Beach

Po potwierdzeniu menu nasz kucharz-rybak ulatnia się ponownie i tuż za zamykającym plażę murem, na garnku postawionym na ognisku, gotuje, w morskiej wodzie, złowione stworzenia. Gdy są gotowe przynosi je w plastikowych pudełkach-tackach, zazwyczaj ze smażonymi bananami i – podanym osobno – bardzo ostrym sosem.

To nie jest to fast-food. Od złożenia zamówienia do otrzymania jedzenia mijają zazwyczaj blisko trzy godziny. Ale jedzenie jest zawsze przednie.

Tak, ale tym razem nie byłem przecież na Amani Beach aby rozkoszować się pikantnymi owocami morza popijanymi zimnym piwem Prestige. Tego dnia przypłynęliśmy odwiedzić podwodnych zombie – no wiecie, te żywe trupy, tak obecne w haitańskim folklorze i wywodzące się z tak popularnej w tym państwie religii voodoo…

Zombie Hole to jedna z największych atrakcji nurkowych Haiti. Podwodna odchłań, znajdująca się właśnie kilkanaście metrów od plaży Amani, na przedmieściach miasta Saint Marc. Wystarczy dać krok i głębokość zmienia się z niecałych dwóch metrów do około 140.

Zombie Hole

Tak wygląda świat z głębokości 50 metrów.

Ale nie jest to jedna ze znanych chociażby z Belize, Bahamów, czy Egiptu blue holes. W Zombie Hole nie nurkuje się w błękit, tu bardzo szybko robi się mroczno. Nie ma też wielu ryb wokół. Jest raczej pusto i tajemniczo. Ściany dziury porastają nieliczne koralowce i gąbki. Była tu też kiedyś największa elephant ear sponge na świecie, ale ponoć podczas trzęsienia ziemi w 2010 r. spadła w odchłań.

lokomotywa Haiti

Czy taka lokomotywa znajduje się na dnie Zombie Hole? Ta została sfotografowana w latach 50. XX wieku w Port-au-Prince. Warto zauważyć, że nie jest opalana węglem, tylko „bagas”, czyli wytłokami trzciny cukrowej

Jest też dużo śmieci zagonionych przez morskie fale w tę dziurę. Jakieś sprzęty, fragmenty mebli, stare sieci rybackie. No i piasek, dużo piasku, nieustannie osuwającego się w tą odchłań. Takie leniwe, podwodne piaskowe wodospady – piaskospady.

Jak to się dzieje, że to tej dziury nie zasypuje, jest zresztą dla mnie wielką tajemnicą…

Tajemnicza jest także historia o pociągu, który ma znajdować się na samym dnie Zombie Hole. Lokomotywa i dwa wagony podobno.  I nie jest to zupełnie nieprawdopodobne, bo tuż obok, praktycznie po plaży, tej samej na której stoi obecnie wiecznie remontowany hotel, przebiegała, działająca do 1962 r., linia kolejowa łącząca Saint Marc ze stolicą, Port-au-Prince.

Wszystko to nadaje temu miejscu wyjątkowego klimatu, takiej postapokaliptycznej, madmaxowej atmosfery i czyni tę nazwę, Zombie Hole, nadzwyczaj adekwatną. Choć to, zdecydowanie, nurkowisko w stylu hate me or love me.

Ale jednak większości się raczej podoba.

Mnie też.

, , , ,

No comments yet.

Dodaj komentarz

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.