Archive | degustacje

Trzy w jednym. Czyli Wenezuela w szklance.

Opublikowałem kilka dni temu na facebooku poniższą fotkę z pytaniem, czy ktoś się domyśla z czego jest to sok. Dodając, jako ułatwienie, że jest on jednym z najczęściej spożywanych w Wenezueli.

trzy w jednym

Co to takiego?

Odpowiedzi były różne. Że papaja (znana w Wenezueli jako lechosa), że tomate de arbol, czyli – po polsku – cyfomandra grubolistna (Cyphomandra betacea), a nawet że gujawa.

Żadna z tych odpowiedzi nie jest prawidłowa. Co wiecej, poza naprawdę dojrzałą cyfomandrą, zwaną też pomidorem drzewiastym, żaden z tych owoców nie dałby tak intensywnego czerwonego koloru.

Cóż więc?

Zanim zdradzę tajemnicę tego popularnego wenezuelskiego napoju muszę się do czegoś przyznać – pytanie było trochę podchwytliwe. Bo prezentowany sok nie jest z jednego owocu. To mix aż trzech. I nie tylko owoców, ale też warzyw.

To jedna pułapka.

Druga polega na tym, że w Europie na myśl o sokach z dalekich krajów przychodzą do głowy najczęściej owoce raczej egzotyczne. Tymczasem bardzo często, w wielu oddalonych miejscach świata, najbardziej charakterystyczne i najczęściej spożywane rośliny niczym się nie różnią od tych, które my Europejczycy uważamy za jak najbardziej „swoje”. I szczególnie sprawdza się to w przypadku Ameryki Łacińskiej, skąd hiszpańscy i portugalscy kolonizatorzy zawlekli na Stary Kontynent wiele uprawnych roślin, które się u nas, później, doskonale się przyjęły.

Ten sam proces zachodził też w drugą stronę – europejskie rośliny trafiły do Ameryki Południowej wraz z masową emigracją Europejczyków w pierwszej połowie XX wieku. To była prawdziwa botaniczna „globalizacja”, na długo zanim wymyślono ten termin.

Tymczasem prawda jest taka, że jedząc w Europie frytki, czy zajadając się truskawkami, jemy właśnie – mówiąc uczciwie – historycznie egzotyczne dla Europy produkty. Ziemniaki trafiły bowiem na nasz kontynent z terenów dzisiejszego Peru i Boliwii w drugiej połowie XVI wieku, a niemal wszystkie współczesne odmiany uprawnych truskawek pochodzą ze stworzonej w XVIII we Francji krzyżówki południowoamerykańskiej poziomki chilijskiej (Fragaria chiloensis), z północnoamerykańską poziomką wirginijską (Fragaria virginiana). 

To samo jest, chociażby, z pomidorem, dynią i kukurydzą. Ten pierwszy pochodzi z Ameryki Środkowej, ta druga z dzisiejszego Meksyku, a trzecia z obu Ameryk.

Wróćmy jednak do wyjściowego popularnego wenezuelskiego soku.

Wszystkich tych, którzy spodziewali się egzotyki muszę rozczarować. Ale też jest i dobra tego strona – składniki do sporządzenia tej Wenezueli w szklance można prawdopodobnie kupić w każdym polskim spożywczym sklepie, a nawet w niewielkim osiedlowym/dzielnicowym warzywniaku. Potrzebne są bowiem pomarańcze, marchewka i burak.

W Wenezueli na taką mieszankę mówi się 3 en 1 (tres en uno – trzy w jednym) i można ją zamówić w absolutnie każdej areperze, czyli najbardziej popularnej wenezuelskiej restauracji. Proporcje nie są stałe, ale zazwyczaj na 4 pomarańcze przypada jeden burak i jedna/dwie marchewki.

Jeśli mamy sokowirówkę to sprawa jest oczywista, w Wenezueli bardzo często do produkcji tego soku używa się jednak blendera, w którym miksuje się kawałki marchewki i buraka we wcześniej wyciśniętym soku pomarańczowym. W takim przypadku klient może czasami wybrać, czy sok chce colado, czy też może sin colar. Czyli przelany przez sitko, albo taki gęstszy, ze zmiksowanym miąższem.

Dodatkową opcją jest słodzenie. Wenezuelczycy raczej wszystko słodzą, nawet sok wyciśnięty ze słodkich pomarańczy, więc ja z zawsze proszę sin azucar. Ale to już kwestia gustu.

krowie oko

krowie oko, wenezuelski dodatek do soków

Powszechnie uważa się, że 3 en 1 wzmacnia i oczyszcza organizm. Tradycyjne podaje się go w Wenezueli m.in. dzieciom i osobom chorym. Dobry jest też podobno na kaca. I w niektórych regionach Wenezueli, np. w Andach i na Los Llanos podaje się go wtedy, gdy ma postawić na nogi, ze specjalnym dodatkiem, o który to już w polskim sklepie będzie trudniej, mimo, że jakoś specjalnie egzotyczny to on nie jest.

Chodzi bowiem o wołowe oko. Też wrzuca się je w blender, więc ze szklanki nie łypie, ani smaku w zauważalny sposób nie zmienia. Ale ponoć wzmacnia dobroczynne działania pomarańczy, marchewki i buraka.

Jacyś chętni? 🙂

3 en 1 z powyższego zdjęcia jest w pełni wegetariańskie. Zrobione w La Casa del Llano, jednej z najpopularniejszych i najlepszych areperas w dzielnicy Las Mercedes. Z okiem tam ich nie podają. Niemniej, gdyby ktoś bardzo potrzebował soku z okiem w wenezuelskiej stolicy, to jedynym znanym mi w Caracas miejscem, w którym wołowe bądź bawole ślepia są do soków dorzucane, oczywiście na prośbę klienta i za dopłatą, to niektóre jadłodajnie hali targowej Quinta Crespo.

0

Postne ceviche z ryby

Dzisiaj Wielki Piątek. W Ameryce Łacińskiej dzień wolny od pracy – najbardziej świętowany moment Wielkiego Tygodnia. W wielu miastach odprawiane są Drogi Krzyżowe, często w sposób wyjątkowo realistyczny, gdzie krew spływająca spod korony cierniowej bywa prawdziwą krwią odgrywającego rolę Chrystusa wiernego.

W Caracas najbardziej znana celebracja Drogi Krzyżowej odbywa się w Petare, największym chyba obecnie slumsie Latynoameryki. Na pewno najbardziej niebezpiecznym. Zazwyczaj niebezpiecznym, bo dzisiaj każdy może uczestniczyć w Via Crucis i włos mu z głowy nie spadnie. W Wielki Piątek panuje tam niepisane zawieszenie broni – jak na Petare, to wielkanocny cud.

Fot: Iván González

Fot: Iván González

Co roku kilka tysięcy wiernych towarzyszy Chrystusowi w drodze przez dzielnicę (tak, slumsy też mają swoje dzielnice!) Nazareno (Nazareńczyk) na wzgorze El Morro, gdzie o zmroku odgrywana jest scena ukrzyżowania.

Ale, szczerze mówiąc, w latynoamerykańskich obchodach Wielkiego Piątku najbardziej zaskakuje mnie nie tyle realizm odgrywanych scen, zapał i gorliwość niektórych wiernych, czy to że tego dnia autopacyfikują się takie miejsca, jak Petare. Nie, najbardziej zaskakuje mnie, że po obchodach Via Crucis, po żarliwych modlitwach wierni idą sobie bardzo często na hamburgera, bądź hot-doga. Nigdy jeszcze nie spotkałem na tym kontynencie nikogo, kto przestrzegałby wielkopiątkowego postu. Ba, nikogo nawet kto by o nim wiedział.

Moi lokalni znajomi, czy to w Wenezueli, czy w Chile, czy w Argentynie, robią najczęściej wielkie oczy gdy mówię im, że w Polsce nie jemy mięsa w Wielki Piątek (to samo z Wigilią). Naprawdę? Ale dlaczego?

I tak, prawdę powiedziawszy, mimo 12 lat lekcji religii, dopiero te zdziwione pytania Latynosów sprawiły, że kilka lat temu doczytałem dokładnie dlaczego tego dnia pościmy…

No i dzisiaj, aby tradycji stało się zadość, dzielnie odparłem zaproszenia na grilla i wołowego burgera. Zrezygnowałem też z przygotowanej przez znajomych wspaniałej, mięsno-warzywnej, sopa de res. Ale że trzeba jednak coś w ciągu dnia zjeść, to w drodze na wielkanocne nurkowania w Chichiviriche de la Costa, zatrzymałem się u przyjaciół prowadzących niewielką, ale wspaniałą restaurację Churuata Piarima. I tam jej właściciel, Dragan Balic, przyrządził mi taką, niezbyt postną, porcję postnego ceviche de pescado, czyli ceviche z ryby:

Ceviche z ryby

To prawdziwa kwintesencja latynoamerykańskiej, tak przez niektórych w Europie obecnie wyszydzanej, multikulturalności: oto Chorwat przygotowuje Polakowi, w Wenezueli, peruwiańskie danie.

Ponieważ zazwyczaj przy tego blogowych wpisach pojawiają się pytania o przepis, odeślę Was do popełnionego kilka lat temu tekstu o ceviche de camarones, czyli tego samego dania z krewetkami zamiast ryby. Oba przyrządza się tak samo (choć w przypadku świeżej ryby można pominąć jej parzenie). Tak samo i na wiele sposobów. Z tym daniem można i trzeba eksperymentować i np. dodać oliwy, bardziej podostrzyć, etc.

W tym konkretnym przypadku Dragan rybne ceviche ustroił kilkoma krewetkami, użył bardzo dużo soku z limonek, czerwonej cebuli, oraz dodał – to widoczne na zdjęciu, jasne, pokrojone w zapałkę – zielonego mango. To wszystko w towarzystwie cieplutkich, własnej roboty, chipsów z ziemniaków i bananów zwyczajnych (plantains).

Palce lizać. Naprawdę.

0

Polskie przysmaki!

Od kilku dni szukam w Caracas żółtego sera. Bezskutecznie. Ale wczoraj, w jednym ze sklepów znalazłem niespodziewanie to:

Cheddar Lactima

Topiony serek cheddar w plasterkach, wyprodukowany przez spółkę Lactima z Morąga! Polski produkt na wenezuelskiej półce!

Kiedyś, jeszcze jakieś 2-3 lata temu, dość regularnie widywałem tu konserwy Krakusa, dżemy z Łowicza, chrupkie pieczywo Wasa. Potem, dość nagle, to wszystko zniknęło. Dzisiaj nawet polskiej wódki już w Wenezueli nie ma. I to mimo, że ponad 80 proc. produktów konsumowanych w boliwariańskim imperium pochodzi obecnie z importu!

W tej sytuacji, chociaż nie jestem wielkim fanem topionych serów, a tych plasterkowanych to już w zupełności nie, cheddar z Morąga wczoraj zakupiłem. Z sentymentu. I nie zważając na to, że jakoś specjalnie tani nie był.

650 boliwarów za 130-gramową paczkę to, kierująć się czarnorynkowym kursem dolara, jakaś wielka fortuna nie jest. Ale dla takiego Guillermo, mojego znajomego oficera wenezuelskiej Marynarki Wojennej, który dostaje co miesiąc na konto niespełna 11 tysięcy boliwarów, taki polski serek jest już dość niedostępnym luksusem. Za swój cały miesięczny żołd mógłby sobie kupić raptem 16 takich paczuszek. I to w sytuacji, w której wojskowi są w Wenezueli zaliczani do ekonomicznej elity! Bo co ma powiedzieć ktoś otrzymujący minimalną pensję?

Ale skoro już jesteśmy przy polskim jedzeniu, to mam jeszcze jedną, związaną z nim anegdotkę. Otóż kilka tygodni temu, w największej w Wenezueli bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa, poznałem pewnego Hiszpana. A dokładniej Filipińczyka urodzonego w Hiszpanii. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku, potem przeszliśmy na hiszpański, a gdy on dowiedział się, że jestem z Polski zaproponował, żebyśmy porozmawiali w moim ojczystym języku. I sam zaczął, prawie bez obcego akcentu, od dość, wydaje mi się, klasycznej deklaracji: „Lubię piwo i polskie dziewczyny!

Jego poziom znajomości polskiego okazał się w końcu taki, że wielkej rozmowy z tego nie było, ale co się pośmialiśmy to nasze. Opowiedział mi, że przez kilka miesięcy mieszkał i robił interesy w Łodzi. Bardzo dobrze wspominał i to miasto i nasz kraj. A na koniec stwierdził, rozmarzonym głosem: „Najbardziej to jednak tęsknię za jogurtami Jogobella, to chyba najlepsze jogurty na świecie. Ach, ta Jogobella! Nigdzie lepszych nie jadłem”.

Nie powiem, choć jogurtów Jogobelli nie znam, to miło mi się zrobiło…

P.S. Za równowartość tego, co wczoraj zapłaciłem za paczkę serka z Morąga mógłbym zatankować 55 litrowy bak mojego samochodu 121 razy! 

1

Wigilia, czyli chleb z szynką!

No i znów, jak chyba co roku tego dnia na obczyźnie, naszła mnie nostalgia. Jakbym nie wiem przed sobą samym to ukrywał, to jednak trochę ckni się do uginającego od potraw wigilijnego stołu, licznej rodziny wokół, zapachu choinki, śniegu za oknem, typowo świątecznych potraw i domowych ciast.

I nawet świadomość tego, że ponoć śniegu w Polsce obecnie brakuje, marnym jest dzisiaj pocieszeniem.

Pan de Jamon

Zamiast zupy grzybowej i pierogów na moim stole wyląduje dzisiaj pan de jamón.

Dla każdego Wenezuelczyka taki sam symbol Bożego Narodzenia jak dla nas karp. A może i większy, bo tutaj to wyznacznik nie tylko samych świąt, ale i całego wokół-świątecznego okresu. Już z początkiem Adwentu „szynkowe chleby”, bo tak to dosłownie można przetłumaczyć, pojawiają się w sklepach i piekarniach. Robi się też je w domu, rozdaje znajomym, częstuje, porównuje… Mówiąc krótko, w grudniu nie sposób przed nim uciec.

Co to dokładnie takiego? W ubiegłym roku porównałem pan de jamón do makowej strucli. Bo to też taki zawijas. Ale na formie podobieństwo się kończy. Bo to nie jest słodkie ciasto, ale chleb nadziany szynką, oliwkami i rodzynkami. Niektórzy dodają też podsmażany boczek, a nawet ser. Jest też odmiana w cieście francuskim. Bywają z dodatkiem migdałów, orzechów, czy kaparów…

To jedna z tych potraw, przy których każdy szanujący się kucharz/piekarz ma swój toque personal – jakiś detal, który sprawi że jego pan de jamón różnić się będzie od wypieków znajomych, czy konkurencji.

Pan de jamón, w takiej właśnie formie, to ponoć wymysł stricte wenezuelski. Bo choć kuchnia tego kraju składa się w dużej mierze z potraw przywiezionych tu przez europejskich emigrantów, to akurat to danie, wg kulinarnych kronikarzy powstało podobno w Caracas na samym początku minonego wieku. Za jego autora uważa się piekarza Gustavo Ramellę, który po raz pierwszy swych klientów uraczył nim w grudniu 1905 r.

Najwyraźniej zasmakowało, bo już rok później chleb nadziewany szynką serwowała też konkurencja. Aby się odróżniać, szybo zaczęto urozmaicać je różnymi dodatkami. I tak jest do dzisiaj…

Wesołych Świąt!

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.