Archive | eksklamacje

Notatka na marginesie

Gigantyczne jaja!

To coś naprawdę dla największych świętecznych żarłoków – Ofner, brazylijski producent łakoci z São Paulo wyprodukował mega jaja. Wielkanocne oczywiście, czyli czekoladowe. Łakoć mierzy 1,2 metra wysokości, ma średnicę 91 centymetrów i waży… 160 kilogramów!

Ścianki tego czekoladowego szaleństwa maja ponad cztery centymetry grubości, a pod tą słodką skorupą kryje się 2512 pralinek i innych czekoladowych cukierków. Całość kosztuje równowartość, bagatela, 4650 euro.

ovo-160-kg

Przesada? Niezupełnie, bo Ofner znalazł wciągu Wielkiego Tygodnia więcej klientów niż przewidywał – sprzedano aż 13 takich czekoladowych gigantów.

Jak zapewnia cytowany przez brazylijską prasę dyrektor handlowy Ofnera, Laury Roman, kupcami są jednak nie nadzwyczjni żarłocy, ale po prostu duże firmy chcące sprawić świąteczną niespodziankę swym pracownikom (i ich dzieciom).

Brazylijskie jaja nie są jednak rekordowe. Największe czekoladowe jajco wyprodukowali, kilka lat temu, Belgowie. I ważyło ono… dwie tony! No ale Belgowie zrobili to tylko po to, aby trafić do księgi rekordów. Dzieło Ofnera sztuką dla sztuki nie jest. To po prostu komercyjny produkt. I niezła reklama.

5
Notatka na marginesie

Wenezuelczycy zdrowsi, szczęśliwsi i mądrzejsi! Od dzisiaj!

Mieszkańcy Wenezueli będą zdrowsi, szczęśliwsi i mądrzejsi. Od dzisiaj!

Od kilku godzin obowiązuje bowiem w Wenezueli nowa, rewolucyjna strefa czasowa . O trzeciej w nocy wszystkie zegary w tym kraju cofnięte miały zostać o 30 minut. Rząd od tygodnia bombardował obywateli sloganem: „Recuerde: para tener la nueva hora legal, sólo tiene que atrasar su reloj media hora”.

HLV, czyli Hora Legal de Venezuela to od dzisiaj GMT -4:30. Reformę tę wprowadzić miano już we wrześniu , ale jak to czesto w tym kraju bywa, rząd szybciej powiedział niż pomyślał i okazało się wówczas, że tak niemal z dnia nia dzień zmiany czasu nawet Chávez nie może zadekretować.

Bo Wenezuela jest, mimo wszystko, podpięta do róznych międzynarodowych sieci komputerowych. Bo zmiana czasu będzie miała wpływ na międzynarodowy ruch lotniczy (samolot wylatujący z Caracas do Paryża o – dajmy na to – 15.00, przyleci do celu o pół godziny później niż dotychczas), bo setki procesów przemysłowych są sterowane przez komputery, które nie przewidywały strefy GMT-4,30.

Minister Władzy Ludowej ds. Nauki i Technologii, Héctor Navarro, którego uważa się za pomysłodawcę tej czasowej reformy, jest oczywiście przekonany, że zrewolucjonizuje ona życie Wenezuelczyków: „lepsza synchronizacja naszego życia ze słońcem pozytywnie wpłynie na metabolizm obywateli, ich rozwój i aktywność intelektualną”. Zdaniem ministra „Wenezuelczycy będą się budzić nie zaspani, ale pełni energii”. No i najważniejsze: „Reforma była niezbędna, od dawna oczekiwana i sprawiedliwa, ponieważ równo skorzystają na niej wszystkie grupy społeczne”.

Tymczasem w Caracas opowiada się już na temat nowej strefy czasowej dowcipy:

Kto najbardziej skorzysta na cofnięciu zegarów?
Hugo Chávez, bo cokolwiek by się nie stało, będzie o pół godziny dłużej przy władzy!

18

Chinchineros – chilijska specjalność

Pamiętam jak podczas mojej pierwszej podróży do Chile, która była też mym absolutnie pierwszym kontaktem z Ameryką Łacińską, zobaczyłem na Plaza de Armas w Santiago wirującego faceta, wybijającego szaleńczy rytm na wielkim bębnie niesionym jak plecak. Tłumy przechodziły obok praktycznie nie zwracając na niego uwagi, a ja stałem z rozdziwioną gębą i nie mogłem od niego oderwać wzroku. Ta fascynacja nie ustąpiła nawet gdy skończył – po wykręceniu tylu piruetów normalny człowiek runąłby na ziemie, a on spoklojnie chodził z kapeluszem w ręku. No więc oddałem mu wszystko co miałem w kieszeni. Nie było to oszałamiająco dużo, ale na pewno kilkanaście razy więcej niż tradycyjne wynagrodzenie dla ulicznego artysty. Był więc zdziwiony nie mniej niż ja. Coś do mnie powiedział, ale ja wówczas po hiszpańsku nie umiałem nawet liczyć do dziesięciu. Nie specjalnie sobie więc pogadaliśmy i w sumie skończyło się na wzajemnych uśmiechach…

Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że w taki oto sposób poznałem chinchinero. Wówczas myślałem, że to po prostu odizolowany artysta z wymyślonym przez siebie instrumetem. Tymczasem chinchineros to chyba najbardziej charakterystyczni przedstawiciele chilijskiego folkloru. Nie tego indiańskiego, lecz wielkomiejskiego. Tak jak Warszawa miała przed wojną swe chodzące od podwórka do podwórka kapele, tak jak Buenos Aires ma tango, tak Santiago ma swych chinchineros.

Tradycja ta nie jest jakoś przesadnie długa. Historycy uważają, że pierwsi chinchineros pojawili się na ulicach Valparaiso na początku minionego wieku. To właśnie to portowe miasto jest ich historyczną kolebką. Paradoksalnie wynalazcą instrumentu używanego przez chinchineros i jego pierwszą konstruktorką była mieszkająca w Valparaiso kobieta. Paradoksalnie, bo bycie chinchinero to zajęcie stricte męskie. Grają mali chłopcy, młodzieńcy, mężczyźni, czasem nawet staruszkowie, ale nigdy nie kobiety.

Instrument jest w sumie bardzo prosty – to noszony na plecach duży bęben (un bombo) z przymocowanym do niego u góry hi-hatem, czyli dwoma talerzami perkusyjnymi (platillos) poruszanymi za pośrednictwem linki łączącej je z butem chinchinero.

Ale tak jak konstrukcja instrumentu jest prosta, tak granie na nim jest skomplikowane i wymaga bardzo długiego treningu. Chinchinero uderza w bęben i perkusję specjalnymi długimi pałkami, czasem wiklinowymi bądź metalowymi witkami. Perkusyjny rytm wybijać też może odpowiednimi ruchami nogą. Wyczucie rytmu i wyjątkowa koordynacja są niezbędne. Zwłaszcza, że dobry chinchinero nie ogranicza się do grania. On gra tańcząc, wirując, podskakując, przekładając nogę za nogę… Niesamowite widowisko.

Ten akurat spektakl chinchineros nakręciłem aparatem fotograficznym, który z definicji kamerą nie jest, więc wybaczcie mierną jakość. Zwłaszcza, że to nocny występ:

Tradycyjnie chinchineros byli akompaniatorami kataryniarzy. Jednak obecnie kataryniarze są już, nawet w Chile, wymierającym gatunkiem, więc chinchineros widuje się przede wszystkim solo. A dokładniej w duetach. Granie i to szaleńcze tańczenie jest fizycznie wyczerpujące więc występ w parze występ trwać może po prostu dłużej.

Z uwagi na znaczną długość nauki sztuki chinchinerowania, jest to zajęcie, które przechodzi bardzo często z ojca na syna. Zresztą nierzadko widuje się muzyków z kilku, kilkunasto-letnimi pociechami. I bywają już wśród nich wirtuozi:

Przez długie lata chinchineros byli w Chile przez znaczną część społeczeństwa pogardzani. Marszałek Dorn powiedziałby pewnie o tej części „wykształciuchy”… Dla bogatych mieszczan chinchineros byli bowiem tylko żebrzącymi przedstawicielami biednych, robotniczych dzielnic i niczym więcej, na pewno nie sztuką. Za Pinocheta, który folklor traktował z pogardą, grający tancerze byli wręcz przepędzani z centr miast przez carabiñeros.

Teraz się to jednak zmienia. Chinchineros mają swoje branżowe stowarzyszenie, podpisują kontrakty z ministerstwem kultury, uczestniczą w promowaniu Chile za granicą i często są zapraszani na międzynarodowe festiwale folklorystyczne.

A Wam jak się podobają?

10
Notatka na marginesie

Wenezuela czasem leczona…

To się nazywa efektywne rządzenie! Kilka dni temu wenezuelski Minister Władzy Ludowej ds. Nauki i Technologii proponował zmianę obowiązującego w tym kraju czasu, wczoraj obwieścił że zmiana wejdzie w życie z 18 września – w dniu w którym rozpoczyna się wenezuelski rok szkolny.

Minister Héctor Navarro objaśnił też kolejne zalety swej reformy. I są one niebagatelne: „Zmiana strefy czasowej będzie wyjątkowo korzystna dla globalnego zdrowia narodu wenezuelskiego. Przyniesie bardzo pozytywne efekty dla ludzkich organizmów, i to zarówno z punktu widzenia funkcyjnego, intelektualnego, produkcyjnego, jak i fizjologicznego”.

Minister zapewnił, że zostało „naukowo udowodnione” iż aktualnie obowiązujący w Wenezueli czas „obniża zdolność koncentracji jednostek, a u dzieci może wywołać problemy z nauką, zmęczenie, zaburzenia w zachowaniu i opóźnienie w rozwoju związane z modyfikacją wydzielania hormonu wzrostu. A także bardzo poważne problemy z odżywianiem się.

A teraz największy hit: zdaniem ministra, dzięki reformie „u dorosłych zmniejszy się ilość wynikających z niewystarczającej ilości snu przypadków „mikrozaśnięć” w ciągu dnia, które mogą m.in. być przyczyną wypadków drogowych.”. Innymi słowy wygląda na to, że minister jest przekonany, iż dzięki jego reformie w Wenezueli spać się będzie o pół godziny dłużej…

Przypominam więc, że planowane zmiany to bynajmniej nie wydłużenie doby. Tego nawet wenezuelskim specjalistom od rewolucji nie udało się jeszcze zrobić. Nie… Planowana reforma, która ma sprawić, że Wenezuelczycy będą zdrowsi, wyżsi, mądrzejsi, bardziej wyspani, mniej zdenerwowani i bardziej produkcyjni i szczęśliwi to… cofnięcie zegarków o pół godziny.

Wenezuela 18 września przywróci czas, który obowiązywał już w tym kraju od 1912 do 1965, czyli GMT -4:30. Zastąpi on aktualny GMT -4:00.

7
Notatka na marginesie

Rewolucyjna strefa czasowa Wenezueli

Tym wszystkim, którzy uważają że rządzący obecnie Polską osiągnęli wysoki poziom absurdu i oderwania od rzeczywistości, polecam Wenezuelę. To jest dopiero cyrk!

Otóż Minister Władzy Ludowej ds. Nauki i Technologii (tak, tak – taka jest oficjalna nazwa!), Héctor Navarro, planuje zmianę czasu obowiązującego w Wenezueli. W chwili obecnej wenezuelskie zegarki są opóźnione o 4 godziny w stosunku do czasu w Greenwich (GMT). Czyli wskazują ten sam czas co w zachodniej Brazylii, Gujanie, Boliwii, Paragwaju i Chile. Ministrowi się to jednak nie podoba. Czemu? Bo obowiązujący obecnie czas został zatwierdzony w 1965 roku przez rząd Raúla Leoniego, który to – tłumaczy minister – „był rządem burżuazyjnych interesów w którym aspekty wpływające na istoty ludzkie były podporządkowane dochodom przedsiębiorstw”.

Co więc chce zrobić w takiej sytuacji boliwariański rząd Wenezueli? No oczywiście poprawić błędy i wypaczenia poprzedniej epoki! I zmienić obowiązujący w Wenezueli czas. Ale na jaki? Na GMT -5, tak jak w Kolumbii, Ekwadorze i Peru? Czy może na GMT -3, jak w Surinamie, Gujanie francuskiej, Urugwaju, Argentynie i wschodniej Brazylii?

Oczywiście, że na żaden z powyższych! Wenezuela chce mieć własną, niepowtarzalną, socjalistyczną, boliwariańską i rewolucyjną strefę czasową! Strefę, która – jak tłumaczy Héctor Navarro – „w sposób optymalny wykorzysta efekty światła słonecznego na metabolizm istoty ludzkiej, a także wpłynie na racjonalność wykorzystania czasu”.

Mnie szczególnie podoba się ta „racjonalność wykorzystania czasu”… 🙂 I jak to minister zamierza zrobić? Ano cofając zegarki o pół godziny, aby „Wenezuelczycy mogli budzić się wraz ze słońcem”…

Mówiąc krótko, w Wenezueli obowiązywać będzie, i to prawdopodobnie już od początku września, czas GMT -4:30. Oczywiście ministerialną propozycję zatwierdzić jeszcze musi wenezuelski parlament, ale to tylko formalność. Gdy nie ma na poselskich ławkach ani jednego posła opozycji wszystko jest formalnością…

11

El aura

Fabián Bielinsky. Miłośnicy latynoskiego kina, jeśli jeszcze nie znają, to na pewno powinni zapamiętać to nazwisko. Bo to zdolna bestia! Obejrzałem właśnie drugi pełnometrażowy film jaki nakręcił ten 47-letni argentyński reżyser. I podobnie jak jego debiut – znany chyba z polskich ekranów kinowych „Nueve reinas” (Dziewięć królowych) – jest także naprawdę bardzo dobry.

elauraEl aura”, bo o ten film właśnie chodzi, to opowieść o zmagającym się z epilepsją i dość zmęczonym życiem wypychaczem zwierząt (à propos – czy istnieje jakieś polski fachowy odpowiednik hiszpańskiego, angielskiego, francuskiego słowa „taxidermist(a)(e)”?), którego skrytym hobby jest… wymyślanie perfekcyjnych scenariuszy napadów i kradzieży.

Oczywiście nigdy ich nie realizuje, brzydząc się głupotą prawdziwych złodziei i policjantów, których brak inteligencji – uważa – jest podstawowym powodem tego, że większość napadów się nie udaje, bądź kończy tragicznie. Któregoś dnia jednak, mimo że jest przeciwnikiem zabijania zwierząt, daje się namówić na weekendowe polowanie w okolicach Bariloche. Te kilka dni z dala od Buenos Aires obfitować będzie w cały szereg niespodzianek. Bohater, poniekąd wbrew swej woli, z teoretyka stanie się praktykiem…

Jeśli lubicie mroczne, powolne klimaty w stylu Davida Lyncha to na pewno film ten jest dla Was. Jest też on okazją do podziwiania pięknych argentyńskich pejzaży. Nie próbujcie ich jednak później odszukiwać – filmowy Lauquen, tak naprawdę nie istnieje. „El aura” kręcony był w górzystych okolicach Bariloche i w rejonach – znajdującego się po drugiej stronie kraju, na atlantyckim wybrzeżu – kurortu Pinamar.

Główną rolę w filmie gra, znany także ze wspomnianych już „Nueve reinas”, świetny Argentyńczyk Ricardo Darín. A tylułowa „El aura” to… aura – zwany tak samo w języku polskim moment poprzedzający niektóre ataki epilepsji: „chwila prawdziwego spokoju, gdy wszystko się oddala, traci swe znaczenie” – jak w którymś momencie tłumaczy bohater filmu.

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.