Archive | informacje

wpisy informacyjne

Inflacja w Wenezueli

O inflacji w Wenezueli pisałem już tu wielokrotnie. Więc, tym razem, wielu słów nie będzie. Zastąpie je obrazkiem. O takim o:

Inflacja w Wenezueli

czarnorynkowy kurs dolara w Wenezueli. Rok temu i teraz.

To cena dolara i euro na wenezuelskim czarnym rynku. Wczoraj i dokładnie rok wcześniej. Czyli 365 dni i ponad 1700% w górę. Albo w dół, w zależności z której strony się patrzy.

Tak czy inaczej wygląda na to, że tym razem naprawdę zaczęła się inflacyjna jazda bez trzymanki. Bo tak jak wczoraj za dolara płacono 17980, to dzisiaj jest już tak:

dolar w Wenezueli

Jak tak dalej pójdzie to, wprowadzone na początku tego roku, w potwornych bólach, nowe wenezuelskie banknoty (a właściwie, tak naprawdę, stare banknoty o nowych nominałach) staną się ponownie bezwartościową makulaturą. Bo niewiele już brakuje do sytuacji, w której najwyższy dostępny nominał warty będzie zaledwie dolara.

Tymczasem wenezuelska pensja minimalna, czyli ta którą dostaje większość niewykwalifikowanych pracowników (i emeryci), to – po majowej 60-procentowej podwyżce, 65 tysięcy boliwarów. Czyli niespełna 3,5 dolara. Na miesiąc.

No. Ale Prostytuanta ma ponoć wszystko zmienić. Na lepsze oczywiście. Prezydent Maduro przecież to obiecał…

1

Wonder Woman z Wenezueli

Wonder Woman

Wonder Woman by Doug Braithwaite and Alex Ross © 2006 DC Comics

Wygląda na to, że nie tylko ja zwróciłem uwagę na zdjęcie wysportowanej, zadbanej i raczej niebrzydkiej Wenezuelki, która 1 maja, w Caracas, rzucała kamieniami w stronę szarżującej Gwardii Narodowej.

Teksty jej poświęcone ukazały się bowiem na całym świecie. Na blogach i dużych informacyjnych portalach. W ciągu kilkudziesięciu godzin stała się swego rodzaju ikoną wenezuelskich protestów – media nazwały ją wręcz Wonder Woman (po hiszpańsku Mujer Maravilla), co jest oczywiście nawiązaniem do superbohaterki popularnej w Stanach Zjednoczonych serii komiksów.

Wenezuelska Wonder Woman ma już też prawdziwe imię i nazwisko. Lokalni dziennikarze zdołali ją zidentyfikować po tym, jak opublikowała na swoim instagramie zdjęcie wykonane przez reportera AFP, dziękując mu za taki wojowniczy portret.

Bohaterką tego zdjęcia okazała się być Caterina Ciarcelluti, 44-letnia była modelka, a obecnie trenerka fitnessu.

Ta nagła sława, międzynarodowa w dodatku, sprawiła, że jej instagramowe konto stało się niezwykle popularne. Liczba obserwatorów, w ciągu kilkunastu godzin, wzrosła z kilku do kilkudziesięciu tysięcy. A nowe komentarze są przeróżne, choć na ogół entuzjastyczne: „To jest prawdziwa wenezuelska siła!„, „Pozdrowienia z Argentyny, trzymamy za Wenezuelę i za Ciebie kciuki!„, „Naprawdę masz 44 lata? Czyli rzeczywiście Wenezuelki są najpiękniejsze! Zakochałem się!„, „Wenezuelska Spartanka, cudowna!„, „Kobieta-goliat! Cudowna!„, „Niech Bóg ma Ciebie w opiece. Ciebie i walkę o wolną Wenezuelę„.

Oczywiście, bo hejt w sieci to nie jest bynajmniej polska specjalność, nie zabrakło też złośliwych i krytycznych uwag, z różnych stron wenezuelskiego konfliktu: „Cyce i dupa. I nic więcej!„, „Idiotyczne zdjęcie, pokazujące jak bardzo niektórzy nie potrafią myśleć. Zdjęcie takiej prostytutki staje symbolem, tych którzy walczą? Walka, to nie szukanie sławy pokazując cyce i nogi„, „Ta wymuskana i zoperowana baba-chuligan nie jest Wenezuelą. Prawdziwa Wenezuela to robotnice broniące Rewolucji!„.

Pojawiły się też głosy, że słynne już zdjęcie zostało „ustawione”, zainscenizowane, wyreżyserowane. Że fotograf i bohaterka zrobili je dla rozgłosu. Wystarczy jednak zerknąć na instagram Cateriny, żeby się przekonać, że 1-majowa demonstracja, podczas której została sfotografowana, nie była wcale jej pierwszą. Że chodzi na nie tylko regularnie i wcale nie unika pierwszej linii starć. Jak np. tutaj, w połowie kwietnia, selfie po nawdychaniu się policyjnych gazów:

manifestacja w Caracas

A to, że zawsze eksponuje swe piersi? Jak to kiedyś powiedziała mi równie efektownie zoperowana znajoma Wenezuelka: „Nie po to wydajesz wcale niemałe pieniądze, żeby potem je wstydliwie ukrywać!”

Wygląda na to, że Catarina postanowiła wykorzystać ten swój celebrycki moment i zagrzewa swych rodaków do walki z reżimem. Dzisiaj na jej instagramie pojawił się taki apel:

To właśnie w tych najgorszych momentach nie należy tracić wiary. Idziemy do cholery! Wybudźcie się z apatii, przecież Wenezuela jest nas wszystkich i wszystkich nas boli. Trzeba ludzi trzeźwo patrzących, silnych, pozytywnie nastawionych i razem się nam to uda. Nikt nie mówił, że to będzie łatwe, ale też nikt nie powiedział, że to niemożliwe.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie Cateriny z 1-majowej demonstracji. Tym razem zrobione przez Juana Barreto, także pracującego dla francuskiej agencji AFP:

Caterina Ciarcelluti

Caterina Ciarcelluti, fot: Juan Barreto/AFP

Wonder Woman? Co o tym myślicie?

 

4

Zbieracz(e) lalek z Caracas

Przypuszczam, że chyba każde większe miasto, a w tych największych to pewnie i każda dzielnica, ma – od czasu do czasu – swe bardzo charakterystyczne postacie: dobrze znanych jego mieszkańcom oryginałów, ekscentryków, lekkich świrów, szurniętych artystów, którzy na początku intrygują, szokują, zadziwiają, lecz z czasem stają się częścią lokalnego folkloru. Taką barwną, dobrze znaną miejscowym, dekoracją.

W moim rodzinnym Sopocie był np. Parasolnik i Peter Konfederat. Osoby totalnie różne, ale – zdecydowanie – będące częścią tej miejskiej scenografii. Do tego stopnia, że choć tego pierwszego, z racji wieku, nie miałem okazji osobiście poznać, to dorastałem słuchając opowieści o nim. I który doczekał się, odsłoniętej w 2000 r., upamiętniającej go rzeźby w samym centrum miasta.

Nie inaczej jest w Caracas. Ta prawie 5-milionowa metropolia ma wielu charakterystycznych oryginałów. Np. w pełnej barów i restauracji dzielnicy Las Mercedes jest brodaty kloszard, który ponoć był kiedyś uniwersyteckim wykładowcą i potrafi zagadać do mijających go przechodniów w wielu językach, włącznie z polskim. W Chacao jest natomiast „Czerwona Dama” – starsza pani ubierająca się zawsze na czerwono, włącznie z nieodłącznym szkarłatnym kapeluszem z szerokim rondem, która pojawia się na prawie wszystkich większych imprezach i zgromadzeniach tylko po to, aby zachwalać aktualnego prezydenta, deklarować mu miłość i hołubić Boliwariańską Rewolucję.

Jednak najbardziej chyba znanym i owianym w tym mieście legendami dziwakiem jest tzw. „Zbieracz Lalek” – El Coleccionista de Muñecas, krążący już od kilkunastu lat, po całej wenezuelskiej stolicy, w swej rozklekotanej, starej ciężarówce wystrojonej fragmentami zabawek, głównie lalek.

Z widzenia samochód ten znają już chyba wszyscy karakeńczycy. Jedni na jego widok się śmieją, inni nerwowo odwracają wzrok, są też tacy którzy się religijnie żegnają. Jakby diabła zobaczyli. Ba, straszy się nim nawet wenezuelskie dzieci.

Zbieracz Lalek z Caracas

fragment samochodu Zbieracza Lalek z Caracas

Sam słyszałem jak znajoma matka mówiła kiedyś do swojego 5-latka: jak wyjdziesz poza plac zabaw, to cię porwie Zbieracz Lalek. A Matías, ten mały rozbójnik, słysząc to wskoczył z krzykiem na bezpieczne matczyne kolana. Bo nie raz widział już ten samochód i bardzo się go boi. Bo pewnie słyszał też miejską, powtarzaną najczęściej szeptem legendę, że każda wisząca na ciężarówce lalka, to pamiątka po rozjechanym przez nią dziecku…

Ale tak jak niemal wszyscy w Caracas znają ten charakterystyczny pojazd, wyglądający jakby uciekł z planu jakiegoś filmu Tima Burtona, tak mało kto, tak naprawdę, wie kto siedzi na jego kierownicą. Większość nigdy nawet nie widziało twarzy kierowcy. Prawie nikt nie wie jak się on nazywa.

Joyce Kahn i Emiliano León postanowili to zmienić i nakręcili o nim mini dokument. Panie i Panowie – oto Jesús Poleo, Zbieracz Lalek z Caracas:

Co ciekawe, nie jest to jedyny intrygujący karakeńczyków amator plastikowych główek. Ten drugi, Etanis González, ma w dodatku znacznie większą i dłużej tworzoną kolekcję. Ale jego sława jest bardziej lokalna, bo z fragmentami lalek nie jeździ po całym mieście, a jedynie eksponuje je z balkonu swego, znajdującego się w dzielnicy Santa Rosalía, mieszkania:

Zbieracz lalek z Caracas

Balkon innego Zbieracza Lalek z Caracas (fot: Carlos Jasso/Reuters)

Caracas Lalki

Straszny, czy piękny? (fot: Carlos Jasso/Reuters)

 

A jak jest w Waszych miastach? Też macie takich lokalnych dziwaków?

0
Notatka na marginesie

Derek Walcott (1930-2017)

Night in the gardens of Port of Spain

Night, the black summer, simplifies her smells
into a village; she assumes the impenetrable

musk of the negro, grows secret as sweat,
her alleys odorous with shucked oyster shells,

coals of gold oranges, braziers of melon.
Commerce and tambourines increase her heat.

Hellfire or the whorehouse: crossing Park Street,
a surf of sailor’s faces crest, is gone

with the sea’s phosphoresence; the boites-de-nuit
tinkle like fireflies in her thick hair.

Blinded by headlamps, deaf to taxi klaxons,
she lifts her face from the cheap, pitch oil flare

toward white stars, like cities, flashing neon,
burning to be the bitch she must become.

As daylight breaks the coolie turns his tumbril
of hacked, beheaded coconuts towards home.

Derek Walcott – poeta Karaibów, laureat literackiego Nobla. Zmarł dzisiaj na swojej ukochanej Saint Lucii.

 

0

Biografia Socratesa. Brazylijskiego.

„Doktor Socrates – piłkarz, filozof, legenda”

To nie lada gratka dla fanów brazylijskiej piłki nożnej i Brazylii generalnie – ukazała się właśnie biografia Socratesa. Oczywiście chodzi tu nie o greckiego myśliciela, ale jego – zmarłego w 2011 roku – południowoamerykańskiego imiennika, który uważany jest za jednego ze 100. najwybitniejszych piłkarzy w historii światowego futbolu.

Wybitnego piłkarza, ale też wyjątkowego człowieka, erudytę. Niektórzy mówią, że także filozofa.

Zacznijmy od tego, że to nie przez przypadek Socrates nazywany był przez Brazylijczyków „Doktorem”. On nim naprawdę był. Kariera zawodowego piłkarza nie przeszkodziła mu w ukończeniu studiów medycznych. Ba, on też z tej medycyny, w przerwach między meczami i treningami, zdołał się też doktoryzować. I nie był to, bynajmniej, dyplom zdobyty dla szpanu, samosatysfakcji, czy powieszenia na ścianie.

Doktor Sócrates Brasileiro Sampaio de Souza Vieira de Oliveira, bo tak brzmiało jego pełne imię i nazwisko, podczas całej swej piłkarskiej kariery medycyną praktykował, pomagając m.in. kolegom z murawy wychodzić z kontuzji i nieraz wyręczając klubowego, czy reprezentacyjnego medyka. A po zakończeniu kariery otworzył specjalizującą się w medycynie sportowej przychodnię w Ribeirão Preto.

Doktor Socrates

Najważniejszym klubem w jego piłkarskiej karierze było, bez wątpienia, SC Corinthians z São Paulo, w którego barwach rozegrał 298 meczy, strzelając w ich trakcie 172 bramki. Co jak na zawodnika nie grającego w ataku (Socrates był ofensywnym pomocnikiem) jest wynikiem zdecydowanie ponadprzeciętnym.

Ale Socrates nie tylko grał i leczył. On był też politykiem. W swym klubie współtworzył ruch „Democracia Corintiana”, który doprowadził do tego, że był on zarządzany w sposób w pełni demokratyczny, poprzez głosowania, w których głos prezesa, czy najpopularniejszego piłkarza, liczył się tak samo jak ten oddany przez masażystę, sprzątaczkę, czy kasjerkę. A wszystko to działo się w okresie, w którym Brazylia była całkiem ponurą, wojskową dyktaturą.

Mimo to Socrates i jego koledzy wybiegali na murawę w koszulkach z drażniącymi mundurowych napisami w stylu „Demokracja”, albo „Wolne wybory”.

Był też jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy ruchu „Directas Ya”, domagających się przywrócenia bezpośredniej elekcji prezydenta kraju.

Ale to aktywne domaganie się wolnego dostępu do urn nie przeszkadzało mu – równocześnie – głoszenia wszem i wobec, że jeszcze lepsze od prezydenckich wyborów byłoby… przywrócenie w Brazylii monarchii konstytucyjnej.

Ten wyjątkowy piłkarz, a właściwie należałoby powiedzieć wyjątkowy człowiek, grał też, oczywście, w brazylijskiej reprezentacji. Robił to przez aż siedem lat, w tym większość jako jej kapitan.

To on np. przewodził Seleção na hiszpańskim Mundialu w 1982 roku, kiedy to Brazylijczycy z m.in. też Zico i Falcão, choć nie udało im się wyjść z fazy grupowej, uznani zostali za najpiękniej grającą drużynę.

Cztery lata później, w Meksyku, to właśnie Brazylia Socratesa wyeliminowała Polskę w jednej-ósmej finału bezapelacyjnym 4:0, a on sam, w karnym, pokonał Józefa Młynarczyka strzelając z miejsca, bez żadnego rozbiegu.

Bycie sportowcem i lekarzem nie oznaczało jednak, że Socrates prowadził zdrowy tryb życia. Znany był m.in. z tego, że nerwowo palił papierosy w przerwach rozgrywanych meczy, a zwycięstwa i porażki obficie oblewał alkoholem. Bardzo obficie. Tak bardzo, że nabawił się marskości wątroby, która znacznie przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci, w wieku 57 lat, oficjalnie z powodu zatrucia pokarmowego.

Wyjątkową historię brazylijskiego Socratesa opisał właśnie Andrew Downie, Szkocki dziennikarz mieszkający od kilkunastu lat w Brazylii, gdzie głównie zajmuje się sportem i wokółsportowymi sprawami.

Doctor Socrates: Footballer, Philosopher, Legend” to owoc setek godzin rozmów z piłkarskim kompanami futbolisty, z jego krytykami, współpracownikami, czy politycznymi oponentami.

Downie swoją mrówczą pracą zyskał m.in. zaufanie najbliższej rodziny nieżyjącego piłkarza, która udostępniła mu jego, nigdy wcześniej nie publikowane, dzienniki.

Efekt jest pasjonujący. Ja sam, choć piłka nożna mogłaby dla mnie, na dobrą sprawę, w ogóle nie istnieć, nie mogłem się od niej oderwać. Bo to nie jest futbolowa historia. To opowieść o bardzo ciekawym i niezwykle intensywnym życiu wyjątkowego człowieka, który nigdy zawsze bezkompromisowo bronił swych ideałów. Z piłką nożną i Brazylią w tle.

Książka do kupienia, między innymi, w brytyjskim Amazonie. W amerykańskim też.

Zdecydowanie polecam!

 

0

Oficjalny Kult Chaveza, czyli Rewolucja jako religia

W Wenezueli dzisiaj manifestacje. W chyba wszystkich dużych miastach na ulicach tłumy domagające się od Narodowej Rady Wyborczej jak najszybszej organizacji referendum w sprawie, przewidzianego w Konstytucji (szczęściarze!), przedterminowego zakończenia mandatu prezydenta Nicolasa Maduro.

O protestach dowiedzieć się można z internetowych serwisów informacyjnych, z – szalenie w Wenezueli popularnego – twittera, czy nawet z niektórych prywatnych stacji telewizyjnych. Ale już nie z publicznego kanału VTV, który już dawno osiągnął mistrzostwo świata w kreowaniu wirtualnej rzeczywistości.

Ja o opozycyjnych manifestacjach dowiedziałem się z autopsji, w mieście, bo dziś rano musiałem zostawić samochód w warsztacie, na okresowy przegląd, skąd planowałem wrócić komunikacją publiczną. Skończyło się na 7-kilometrowym spacerze przez Caracas. Bo gdy dotarłem do Nuevo Circo, czyli najbliższej warsztatowi stacji metra, ze zdumieniem odkryłem, że była zamknięta. Jakiś remont? – wtedy jeszcze pomyślałem. Dopiero gdy następna była równie zamknięta i kolejna, na innej linii, także, zacząłem podejrzewać, że ta niespodziewana niedostępność metra jest jednak polityczna, a nie techniczna.

Przy stacji Bellas Artes, także – jak na poprzednich – z wejściem pod ziemię zamkniętym opuszczną kratą, nie miałem już wątpliwości. Bo tam tłumek wściekłych ludzi napierał na kilku strzegących tej kraty policjantów, wyzywając ich od „bezmyślnych sługusów reżimu”, a sam reżim od „skorumpowanych tchórzy”…

O co chodzi? Otóż jest to juz niemal standardowa procedura wenezuelskiej, rewolucyjnej władzy – gdy opozycja wzywa do manifestowania zamyka się całkowicie, bądź częściowo metro, a niektóre autobusowe linie puszcza się innymi trasami. Wszystko po to aby maksymalnie utrudnić ludziom dotarcie w miejsce protestu. Dzisiaj, dodatkowo, Boliwariańska Gwardia Narodowa kontrolowała także wszystkie jadące w kierunku stolicy międzymiastowe i podmiejskie autokary. I wszyscy ci, przy których znaleziono jakiekolwiek symbole opozycyjnych partii byli z tych środków transportu wysadzani na stołecznych rogatkach. –Chcecie do Caracas? To idźcie sobie na piechotę!– mówiono im.

Ale ja w sumie nie o opozycyjnej manifestacji chciałem tu pisać. Tylko o wirtualnej rzeczywistości państwowego kanału telewizji. Bo gdy, po parogodzinnym spacerze i po pokonaniu kilku policyjnych kordonów, dotarłem w końcu do zaprzyjaźnionego sklepu nurkowego, w którym od kilkunastu dni regularnie, popołudniami, korzystam z w miarę stabilnego łącza internetowego, włączyłem też telewizję aby zerknąć jaka jest sytuacja w mieście.

Na Globovisión, mimo że już dawno nie jest kanał sympatyzujący z opozycją, pokazywano akurat jak policja brutalnie rozpędza starsze osoby i jak wyłapuje z protestującego tłumu ludzi z transparentami. A na VTV? Tam właśnie prezydent Maduro zapewniał, że w Wenezueli nigdy nie będzie referendum odwoławczego skierowanego przeciw jego osobie. –Nie będzie go ani w tym roku, ani w przyszłym, ani w 2020. Nie będzie go dlatego, że lud mnie kocha!– naprawdę tak mówił.

Ale to nie wszystko. Najlepsze było po wystąpieniu Maduro. Wtedy bowiem prezentator zapowiedział uroczystym, mszalnym niemal głosem, coś w rodzaju: „W dniu takim jak dziś pamiętać musimy bardziej niż kiedykolwiek o naszym Ojcu, o Ojcu naszej niepodległości, o Ojcu Boliwariańskiej Rewolucji, o Ojcu który mieszka w każdym wenezuelskim sercu„.

I natychmiast potem wyemitowano to:

Dla tych, którzy nie rozumieją hiszpańskiego, służę tłumaczeniem:

Wierzę w Cháveza: Ojca, stwórcę przyszłości!
Syna ludu Bolivara, Manueli i Zamory.
Obrońcę i budowniczego socjalistycznej Ojczyzny.
Wierzę w Cháveza, jako Chrystusa ubogich.
Wojownika miłości.
W jego święte słowo, które leczy najbiedniejszych.
Wierzę w Cháveza i cud naszej Wielkiej Ojczyzny.
Za swoje poświęcenie, dziś jest wiatrem stepowym,
Naszym wiecznym obrońcą.

Przyznaję, że oniemiałem. Do wielu rzeczy Wenezuela mnie przyzwyczaiła i niewiele może mnie tu jeszcze zaskoczyć. Ale to Wierzę w Cháveza mnie jednak wmurowało. I nie dlatego, że kult jednostki, że modlitwa… To wszystko już było. Nawet sam tekst tej modlitwy był w sumie mi znany, bo jest po prostu krótszą wersją rewolucyjnego credo, o którym pisałem tu już trzy lata temu.

Różnica polega na tym, że wtedy, oraz gdy przedstawiano modlitwę „Chavezie nasz”, próbowano zachować pozory tego, że są to oddolne, spontaniczne i ludowe wyrazy uwielbienia wobec nieżyjącego rewolucyjnego przywódcy. Tymczasem teraz to już propaganda bez mydła, z oficjalnego rządowego kanału, nie raz, nie dwa, tylko – jak powiedzieli mi znajomi regularnie zerkający na VTV – regularne, kilka razy dziennie, namawianie do modlenia się do Hugo Cháveza. Nowa religia. Rządowy kult Chaveza.

Trochę to jednak przerażające, prawda?

2

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.