Archive | informacje

wpisy informacyjne

Notatka na marginesie

Internet w Wenezueli

Ostatnio zauważyłem na mojej głowie kilka siwych włosów i wcale nie wykluczam, że za ich pojawienie się odpowiedzialny jest wenezuelski, państwowy monopolista telekomunikacyjny CANTV.

To właśnie on, a dokładniej oferowany przez niego domowy dostęp do internetu, doprowadza mnie ostatnio, regularnie, do białej gorączki.

Teoretycznie płacę za jeden z najdroższych i najlepszych pakietów na wenezuelskim rynku – ABA 6 Mega się to zowie i – na papierze – gwarantuje mi to właśnie 6 Mbps downloadu i 0,75 Mbps uploadu.

Na papierze.

Bo w rzeczywistości wygląda to, niestety, tak:

internet w wenezueli

I na nic się zdaje dzwonienie na infolinię, pisanie maili, czy zaczepianie ich na twitterze. Dialog z panienką z serwisu klienta był wręcz rozbrajający:

No ale jak? To masz ten internet, czy nie?
-No mam, ale cholernie wolny.
-No to ciesz się że masz, bo ja mam całą masę osób, które w ogóle się nie mogą połączyć.

Dialog ten miał miejsce mniej więcej miesiąc temu. I, faktycznie, nie doceniałem tego co mam. Bo mniej więcej od początku kwietnia internet nie dość, że jest wolny, to jeszcze ciągle się rwie. Zdarza się, że w ciągu godziny nawet 10 razy restartować muszę modem…

Szef CANTV bryluje tymczasem w mediach i co rusz opowiada jak wielkim sukcesem Rewolucji Boliwariańskiej jest demokratyzacja dostępu do internetu i w ogóle w jakiej to „technologicznej awangardzie” jest Wenezuela.

A potem się dziwią, że nikt tu nie chce inwestować, a obecne już zagraniczne firmy najczęściej myślą o ewakuacji, a nie rozwijaniu skrzydeł.

Bo internet to tylko część kłopotu… Prywatni operatorzy sieci komórkowych ogłosili właśnie, że z powodu braku dewiz na opłacanie zagranicznych partnerów likwidują usługi roamingowe i możliwość dzwonienia za granicę. I w sukurs nie przyjdzie tu bynajmniej klasyczny telefon z kablem, ten oferowany przez jakże awangardowe i rewolucyjne CANTV. Państwowy monopolista z zagranicą też łączy coraz niechętniej – lista państw, do których – teoretycznie – można dodzwonić z Wenezueli systematycznie się skraca. Obecnie liczy 27 pozycji. Polski na niej już od dawna nie ma…

0
Obrazek

Ostatnia taka kolejka!

Zdjęcie kiepskie, zrobione telefonem przez brudną szybę mojego samochodu, ale moment naprawdę historyczny:

Ostatnia taka kolejka!

Ostatnia taka kolejka!

To naprawdę ostatnia taka kolejka, bo nie ryzykując wiele mogę założyć, że już nigdy więcej, nigdzie na świecie, nie będę miał okazji ustawić się w ogonku do benzynowej stacji po równie tanie paliwo. Rzecz miała miejsce wczoraj w centrum Caracas, gdy ta lepsza, 95-oktanowa benzyna kosztowała jeszcze, mniej więcej 0,0002 PLN za litr. Czyli, gdy za czarnorynkową równowartość 1 dolara kupić można było ponad 10 tys. litrów paliwa.

Od dzisiaj benzyna w Wenezueli jest ZNACZNIE droższa. Podwyżka była dramatyczna, bo sięgnęła – w przypadku tego lepszego paliwa – aż 6185 proc.!

Za dolara nie można już objechać naszego globu dookoła. Ba, nawet nawet całą Wenezuelę zwiedzić byłoby trudno. Za czarnorynkową równowartość 1 USD możemy dzisiaj zatankować w tym kraju „zaledwie” niewiele ponad 170 litrów. Cena wzrosła z 0,0002 PLN na mniej więcej 0,02 PLN. Czyli dwa polskie grosze. Za litr.

Na szczęście, jeśli kogoś nie stać, to zawsze można zatankować benzynę 91-oktanową. Ona od dzisiaj, po podwyżce ok. 1000 proc. kosztuje, mniej więcej, 0,003 PLN.

Ale wiecie co jest najbardziej przerażające? Że w Wenezueli wielu osób, od dzisiaj, rzeczywiście, na tę 95-oktanową benzynę nie stać…

 

0
Cytat

Diagnoza porażki

Trzeba nam było zmienić Parlament w instytucję formalną, bez znaczenia i stworzyć nowe instrumenty demokracji bezpośredniej. Nie zrobiliśmy tego i teraz mamy porażkę.
Juan Barreto

Tak guru sporej części wenezuelskiej lewicy, uniwersytecki wykładowca, dziennikarz, doktor socjologii i były rewolucyjny mer Caracas, analizuje reżimową porażkę w niedzielnych wyborach parlamentarnych…

BarretoParlament

1

Jerzy Surdel: Góry. Ludzie. Kontynenty.

Nowa książka: Jerzy Surdel – „Góry, ludzie, kontynenty. W obiektywie ekstremalnej kamery.” Wydawnictwo Annapurna.

Jerzy Surdel

 Tom 1 jest ponoć od dzisiaj w księgarniach. Wydawca napisał o niej tak:

Początki polskiej telewizji, pionierskie ekspedycje w egzotyczne strony świata, himalajskie wyprawy oraz filmowe fascynacje kinem górskim – to wszystko można znaleźć w książce Jerzego Surdela. Autor już od lat siedemdziesiątych zaliczany jest do światowej czołówki reżyserów parających się kinem ekstremalnym.
Lektura napisanej z niezwykłą szczerością książki pozwala lepiej zrozumieć, jak rodził się i dojrzewał talent autora w siermiężnej rzeczywistości PRL-u. Dowiemy się, jak to się stało, że realizator licznych spektakli Teatru Telewizji został wybrany do ekipy BBC filmującej głośną wyprawę na Everest w 1971 roku. Poznamy też jego opinię na temat śmierci Staszka Latałły na Lhotse, która rzuca nowe światło na ocenę ówczesnych wydarzeń.
Krótko mówiąc – burzliwe i pasjonujące życie jednej z ważniejszych postaci środowiska górskiego ukazane w rozmowie z dziennikarzem „Gór” Andrzejem Mirkiem.
Jerzy Surdel jest postacią wyjątkową w polskim i międzynarodowym światku górskim. Tak się złożyło, że wielokrotnie uczestniczył w pionierskich przedsięwzięciach, a niekiedy był w samym oku cyklonu rozgrywających się dramatycznych zdarzeń. Brał udział między innymi w jednym z pierwszych polskich wyjazdów powojennych w Alpy w 1956 roku, uczestniczył w zakończonej spektakularnym sukcesem pierwszej polskiej wyprawie do Etiopii, gdzie stanął na szczycie niezdobytej od wielu wieków Amby Wahni, był pierwszym Polakiem, który stanął u stóp Everestu i miał realne szanse stanąć na jego wierzchołku, brał udział w wyprawie na Lhotse, w trakcie której zginął cieszący się wówczas sporą popularnością Stanisław Latałło.
Ale ścieżka górskich dokonań i doświadczeń to tylko cześć zawartych tu wspomnień. Równie ważne były dla naszego bohatera filmy, kręcone w trakcie tych górskich eskapad, których najczęściej był reżyserem. Bo świat filmu i telewizji to zawodowe życie naszego bohatera, któremu poświęcił całe dorosłe życie. Dzięki bogatym doświadczeniom i pionierskiemu podejściu do tematu powstawały cieszące się ogromnym uznaniem filmy górskie, takie jak „Odwrót” czy cykl filmów reporterskich z wyprawy na Lhotse w 1974 roku.
Będziemy mieli szansę poznać bliżej kulisy zarówno górskich wypraw, jak i zajrzeć w warsztat filmowy naszego bohatera. Autor nie ogranicza się do suchej relacji z opisywanych historycznych już dziś wydarzeń, ale też często wzbogaca narrację o barwne wątki, które nie przeniknęły do powszechnego obiegu informacyjnego. Pozwala to pełniej zrozumieć opisywane fakty, lub mieć szersze na ten temat zdanie. Autor nie stroni też od wątków osobistych, dzięki czemu możemy poznać jego ciepłe relacje z kobietami jego życia.
Warto też podkreślić bogatą szatę graficzną tej książki, opartą na archiwalnych zdjęciach samego autora, lub jego najbliższego otoczenia. Pozwala to w pełni zanurzyć się w miniony już świat niełatwych, acz pasjonujących zdarzeń i czasów.

Ja dodam tylko, że książkę miałem okazję już przeczytać. I choć była to wstępna, nie do końca zredagowana wersja, to czytało się ją naprawdę świetnie, wciągnęła.

Oczywiście, jestem w tym przypadku wyjątkowo nieobiektywnym recenzentem. Zwłaszcza że, choć najczęściej staram się przed sobą do tego nie przyznawać, zawsze głodny jestem informacji o ojcu, którego – tak na dobrą sprawę – znam bardzo słabo. I książka ta, rzeczywiście, przyniosła wiele nowych informacji, nieznanych mi wcześniej faktów, z wyjątkowo pasjonującego życia jakie, bez wątpienia, miał (ma) Jerzy Surdel.

Ale, na szczęście, to nie tylko książka o Surdelu. Także o czasach tatrzańskich pionierów, pierwszych wielkich wypraw w Himalaje, w miejsca niedotknięte wcześniej stopą białego człowieka, o początkach telewizji w Polsce.

Reasumując: warto – dla siebie, lub na prezent, pod choinkę.

0
Notatka na marginesie

Wenezuelczyk i (północny) Koreańczyk – dwa bratanki.

Dzisiejszy komunikat wenezuelskiego Ministerstwa Władzy Ludowej ds. Stosunków Zagranicznych:

W środę, w salonie Simona Bolivara, w budynku Ministerstwa Stosunków Zagranicznych, odbyło się Forum Solidarności z Koreańską Republiką Ludowo Demokratyczną, zorganizowane przez Partię Młodych Socjalistów i Komunistów Wenezueli.

W forum wziął udział wiceminister ds. Azji, Bliskiego Wschodu i Oceanii, Xoan Noya, który podziękował wenezuelskiej młodzieży za tę, godną pochwały, inicjatywę, mającą na celu wzmocnienie związków łączących organizacje solidarnościowe i rewolucyjne obu krajów.

Noya pochwalił nieustającą walkę ludu Wenezueli przeciw imperialistycznym agresjom pochodzącym ze Stanów Zjednoczonych, i które zagrażają także suwerenności i demokracji ludu północnokoreańskiego.

Wiceminister podkreślił istnienie wielkiego i nieustannie nasilającego się braterstwa, łączącego Wenezuelę z ludem Korei Północnej. Potwierdził wzajemne wsparcie i solidarność w utrwalaniu światowego pokoju.

Bez komentarza.

0

Słomka? Ja ci dam słomkę!

Ricardo, znajomy Chilijczyk, poleciał w interesach do Kolumbii. A dokładniej do Cartageny de las Indias, najpiękniejszego miasta na karaibskim wybrzeżu tego kraju. Drugiego dnia, zgłodniały, postanowił przekąsić coś w pośpiechu w lokalnym McDonald’sie. Poprosił o jakiś zestaw, dużą coca-colę do niego, ketchup do frytek. Fast-foodowy standard.

Wszystko miał już podane na tacy, rachunek uregulowany, od konsumpcji dzielił go już tylko jeden, maleńki detal…

A słomka? Możesz dać mi słomkę?– zapytał się z uśmiechem obsługującej go, niebrzydkiej, długowłosej dziewczyny. Ta najpierw rozejrzała się dookoła, potem spojrzała mu w oczy, a następnie nachyliła się w jego kierunku i syknęła nad ladą: –Nigdy, ale przenigdy, nie proś tak w Kolumbii o słomkę. Bo ktoś może dać ci kiedyś w pysk!

Tam są słomki.- dodała już z uśmiechem wskazując brodą na stojący pod ścianą pojemnik ze słomkami i serwetkami.

Co się stało?

Otóż Ricardo poprosił o słomkę następującymi słowami: –¿Y la pajita? ¿Me la puedes dar?-, co w jego rodzinnym Chile jest jak najbardziej normalnym, w takiej sytuacji, pytaniem.

Problem w tym, że w Kolumbii, ale też np. w Wenezueli, owa pajita słomką już nie jest. Ona, w tej części Ameryki Łacińskiej jest zdrobnieniem… czesania Pafnucego, bicia konia, blaszczenia pytonga… masturbacyjką po prostu.

Chilijska prośba zabrzmiała więc w kolumbijskich uszach jak, delikatnie mówiąc: –A czy jeszcze mogłabyś mi zdobić dobrze?

W Kolumbii, tak jak w Wenezueli, na słomkę mówi się bowiem pitillo, względnie cañita. I tak o nią trzeba prosić.

Ale to nie koniec słomkowego bogactwa językowego Ameryki Łacińskiej – ten banalny przedmiot nazw ma bowiem bardzo wiele: sorbete, bądź bombilla w Argentynie, popote w Meksyku, calimete na Dominikanie i carrizo w Panamie.

A może Wy znacie jeszcze jakieś inne lokalne nazwy słomki? Albo mieliście inne językowe nieporozumienia, podobne do tego, które przytrafiło się Ricardo w Cartagenie? Pochwalcie się, proszę!

Tymczasem ja wklejam tutaj mały, interamerykański słowniczek hiszpańskiego, na który natrafiłem dzisiaj na facebooku:

EspanolLatino

Prawda, że bogato?

PS. W tej tabelce zauważyłem jedną nieścisłość – w Chile na bułkę z kiełbaską i dodatkami raczej nie mówi się hot-dog tylko completo.

3

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.