Archive | sytuacje

Obrazek

Prezent od PADI

Proszę, taki oto świąteczny prezent dostałem od PADI – największego na świecie stowarzyszenia instruktorów i szkół nurkowania. Prezent, bo – co by tu nie mówić – to jednak miło, gdy ktoś gdzieś dostrzega twoje zdjęcie i je poleca innym.

Podziękowania należą się też oczywiście Sergio, mojemu serdecznemu przyjacielowi i uczniowi, którego wyszkoliłem właśnie na divemastera. Zdjęcie to zrobiłem, gdy wpólnie świętowaliśmy koniec divemasterskiego kursu.

Sergio nie był zresztą jedyny – divemasterską klasę miałem trzyosobową i na tyle vipowską, że na weekendowe zajęcia na plaży nieopodal Port-au-Prince na Haiti, przyjeżdżali opancerzoną toyotą z trójką uzbrojonych ochroniarzy.

Na szczęście ochroniarze zostawali na lądzie…

P.S. Więcej zdjęć na moim instagramowym koncie.

0
Notatka na marginesie

Wesołych Świąt!

Bombkę, jak widzicie, znalazłem. Zamiast karpia będzie langusta. W miejsce śniegu i nart, upał i nurkowanie. Palmy zastąpią choinkę, a klapki ocieplane buty…

Ale i tak smutno trochę. Wigilia, Boże Narodzenie, to jednak okres, w którym najbardziej mi tęskno. Za rodziną, bliskimi, nocnym spacerem po sopockim molu, przeszywającym zimnym wiatrem i zmarzniętym nosem…

Najlepszego! Wszystkim! Gdziekolwiek jesteście!

 

0

Thriller, czyli zamiana koła w Caracas

Ledwo co dzisiaj wjechałem na autostradę przecinającą Caracas, gdy poczułem charakterystyczne drżenie kierownicy, połączone z chlupoczącym odgłosem przebitej opony. „Kur*a mać!” – zakląłem pod nosem, zatrzymując się na prawym pasie. Bo jak na złość, oczywiście, stało się to w miejscu, w którym tego awaryjnego nie ma.

Światła awaryjne włączone. Ale co robić dalej?

Trójkąt! Trójkąt postawić, zanim ktoś zatrzyma się na moim tylnim zderzaku! Bo dookoła wszyscy pędzą jak oszaleli, a Wenezuelczycy, na widok stojącego samochodu z włączonymi światłami awaryjnymi, zazwyczaj najpierw naciskają na klakson i potem, w absolutnie ostatniej chwili – jakby byli zdziwieni, że to ich napastliwe trąbienie nie przywróciło sprawności zawalidrodze – próbują zmienić pas. I dopiero gdy to się nie uda, bo ci obok też przecież pędzą przed siebie, nie zważając na nic, zaczynają ostro hamować. I oczywiście znowu trąbią.

No dobrze. Czyli trzeba wysiąść z samochodu. – powiedziałem z niechęcią sam do siebie, bo to dość ryzykowna operacja. Zarówno ze względu na tych pędzących, jak i panujący upał.

Rzeczywiście, gdy tylko uchyliłem drzwi, to żar rozgrzanego tropikalnym słońcem asfaltu aż mnie przydusił. Ta mieszkanka temperatury, wilgotności, zapachu smoły, smarów i spalin, wydawała się być wręcz oblepiająca. Odruchowo więc zamknąłem się jeszcze w samochodzie na kilka sekund, nabrałem głęboki wdech jakże miłej, klimatyzowanej atmosfery jego wnętrza i ruszyłem do walki z zewnętrznym wrogiem. Najpierw szybko do tylnych drzwi, bo w moim samochodzie trójkąt kryje się za oparciem tylniej kanapy, a potem – jak kamikadze – naprzeciw pędzącym samochodom. Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty, piąty i już musiałem uskoczyć, bo jakiś obłąkaniec za kierownicą by o mnie zahaczył. No dobra, spróbuję podejść jeszcze trochę…

Trójkąt ostatecznie stawiam jakieś 15 metrów za samochodem, oczywiściew w ogłuszającym akompaniamencie klaksonów. Stawiam i czym prędzej zmykam do chłodnego wnętrza mojego kulawego pojazdu. Bo dalsze kroki trzeba dobrze obmyślić i zaplanować, a to lepiej robić z chłodną głową.

Pewnie sobie myślicie – cóż to za filozofia wymienić koło? Co tu obmyślać i planować?

A jednak… To przecież Wenezuela, gdzie gazety i znajomi co rusz raczą opowieściami w stylu: zatrzymał się na autostradzie i go obrabowali – zabrali zegarek, akumulator i koło zapasowe… Więc planować jednak trzeba, zwłaszcza gdy jest się samemu…

Piszę więc na whatsupowej grupie znajomych prośbę o rady i ratunek: „Złapałem gumę na autostradzie Prados del Este, na wysokości węzła Santa Fe, tuż przy zjeździe na Las Mercedes. Ktoś w pobliżu?„.

Pierwszy odzywa się Humberto: „Uważaj z telefonem. Nie wychodź na zewnątrz samochodu z telefonem w ręku!”. A zaraz potem pisze Jorge: „Jak siedzisz w samochodzie to zarygluj koniecznie drzwi od środka. Pamiętaj o tym co przytrafiło mi się w styczniu!

W styczniu Jorge miał wypadek. Wracał z Barcelony (w Wenezueli też jest Barcelona) do Caracas i też przebił oponę, w dodatku przy dużej prędkości. Stracił panowanie i wpadł do rowu. Nic mu się bardzo poważnego na szczęście nie stało, ale był mocno pocharatany i pokrwawiony przez rozbitą przednią szybę. W dodatku drzwi się zablokowały i nie mógł wydostać się na zewnątrz. Gdy po kilku minutach zatrzymał się w końcu obok jakiś samochód, Jorge miał nadzieję że nadeszła pomoc. Ten ktoś jednak zatrzymał się aby Jorge okraść. Zdjął mu zegarek z krwawiącej ręki, zabrał z bagażnika jego torbę i próbował nawet sięgnąć do spodni, żeby sprawdzić czy nie ma tam portfela… Gdy już sobie zabrał, to co go interesowało, to bez słowa odjechał.

„Siedź spokojnie. Jestem teraz u siebie w sklepie, czyli za 20 minut powinienem dojechać tam gdzie jesteś. Potwierdź mi tylko, czy masz koło zapasowe w dobrym stanie.” – gdy przeczytałem wiadomość od Marwana odetchnąłem z ulgą. We dwójkę będzie raźniej. A zapas jest OK, już to w pośpiechu sprawdziłem, wracając ze stawiania trójkąta.

No dobra. Nie będę aż tak bezczynnie czekał. Wyciągnę przynajmniej to koło, żeby – jak przyjedzie Marwan – jak najszybciej dokonac zmiany.

W terenowych pickupach, takich jak ten mój, koło bardzo często znajduje się pod samochodem. I jest do niego niezbyt łatwy w obsłudze mechanizm opuszczania, napędzany przez taką długą, dwuczęściową korbę wkładaną przez specjalny otwór nad tylnim zderzakiem.

OK, za tylnim siedzeniem znalazłem właśnie ten specjalny długi pręt, ale jak nim mam kręcić? Jak zrobić z niego korbę? Normalnie używa się do tego klucza, tego samego który służy do przykręcania/odkręcania śrub mocujących koło.

No właśnie! Ale gdzie on jest? W miejscu na niego przeznaczonym pustka, we wszelkich pozostałych zakamarkach też go brak.

Kur*a mać!” po raz drugi! Ktoś mi ten klucz zarąbał! Ukradł po prostu. Albo w warsztacie, podczas okresowego przeglądu, albo w myjni samochodowej. Innej możliwości nie ma. Co teraz?

Znowu WhatsApp. Do znajomych leci komunikat: „Brakuje mi klucza do demontażu koła. I czegoś aby zakręcić prętem do opuszczania zapasu! Pomocy! Help Ayuda!„.

Na szczęście po kilku minutach odzywa się Pepe: „Jestem teraz w pracy na zebraniu, jak tylko będę mógł, to ci podrzucę brakujące narzędzia. Myślę, że najdalej za pół godziny!„.

Mogę odetchnąć po raz drugi…

Pepe przyjeżdża pierwszy. W garniturze i pod krawatem. Klucz do koła świetny, ale to co miało pomóc w opuszczeniu koła nie pasuje. Kombinujemy na różne sposoby, ja właśnie włażę pod samochód, gdy ostro hamuje przy nas motor. Oboje nerwowo aż podskoczyliśmy, bo w Caracas malandros, czyli lokalne bandziory, bardzo często poruszają się motorami. Bo wiadomo – szybki dojazd, szybka ucieczka. I do tego – jeden prowadzi, drugi strzela.

Na nasze szczęście, tym razem, na motorze przyjechał Marwan.

Szybka narada i ustalamy, że pojedzie on z Pepe do jego domu i wróci z narzędziem, które – mamy nadzieję – pozwoli nam uwolnić zapasowe koło. Znowu zostaję sam. Rygluje się wewnątrz samochodu i przez moje przyciemnione szyby patrzę z niepokojem jak wokół gęstnieje ruch. Korek byłby teraz czymś najbardziej niebezpiecznym – najwięcej napadów na kierowców samochodów, rozbojów na autostradzie, dokonuje się właśnie w godzinach szczytu, gdy wszyscy stoją.

A ja jestem łatwym celem. Bo nie dość, że samochód mam unieruchomiony, to jeszcze jedna bocznych szyb, ta w tylnich drzwiach, po prawej stronie nie jest zaciemniona. Od czasu, gdy w listopadzie ubiegłego roku, włamano mi się do zaparkowanego samochodu przez tę właśnie szybę, nie udało mi się, tej nowej, zaczernić. Podjeżdżałem wprawdzie do serwisu kilka razy, ale zawsze – z jakiegoś powodu nie udawało się tego zrobić: albo nie było akurat prądu, albo brakowało tego koloru folii przyciemniającej, którą mam na pozostałych oknach, albo nie było magika, który się jej przyklejaniem zajmuje.

Ta sprawa zaciemnionych szyb w Wenezueli jest zresztą szalenie ciekawa. Bo to nie tropikalne słońce jest podstawowym powodem zacieniania wnętrza samochodu. Chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo. Specjalna folia nie tylko utrudnia wybicie szyby, ona też – jeśli jest odpowiednio ciemna – sprawia że nie można dojrzeć co się dzieje we wnętrzu samochodu.

Ja np. szyby mam tak ciemne, że przez te boczne (przednia jest trochę jaśniejsza) nie tylko nie sposób dojrzeć, czy np. coś pozostawiłem w zamknętym samochodzie na siedzeniu, ale też wręcz nie widać czy ktoś w nim siedzi.

I o to właśnie chodzi. Bo np. samotna osoba za kierownicą (albo np. matka z dzieckiem) jest znacznie łatwiejszym łupem, niż 5 postawnych mężczyzn…

Prawie wszyscy w Wenezueli mają więc mniej lub bardziej ciemne (bądź „lustrzane”) szyby. Na początku trudno się oczywiście przyzwyczaić do tej ograniczonej widoczności, zwłaszcza gdy się jeździ po słabo oświetlonym mieście, już po zachodzie słońca. Ale czego się nie robi dla choć odrobiny bezpieczeństwa? Bądź jego poczucia, nawet złudnego. Zwłaszcza, że z czasem się do tych ciemności za oknem przywyka.

Tak bardzo, że gdy byłem jakiś czas temu na ślubie Szymona w Boliwii, i jeździliśmy po La Paz jego samochodem, ja długi czas nie mogłem się pozbyć wrażenia, że na tych ulicach jest coś innego, coś dziwnego. Aż w końcu zrozumiałem! Po prostu odwykłem od tego, że widzi się innych kierowców. Że można podglądać to ich intymne życie za kółkiem. To jak się z kimś kłócą, że rozmawiają przez telefon, poprawiają makijaż, czy dłubią w nosie.

W Caracas takich widoków nie ma. Po ulicach poruszają się pojazdy. Ludzi w ich wnętrzach nie widać.

Znowu wycie motocyklowego silnika. To Marwan z narzędziami. Przywiózł od Pepe duże kombinerki, którymi udaje się nam w końcu zakręcić prętem opuszczającym koło. Wyciągamy je. Nieśmigana nówka, trochę mniejsza niż ta które mam obecnie, ale na szczęście rzeczywiście dobrze napompowana. Luzujemy śruby na tym przebitym, a ja zza tylniej kanapy wyciągam lewarek. Na szczęście jego nikt mi stamtąd nie ukradł. Ustawiam we właściwym miejscu i kręcę.

Kręcę.

I kręcę…

Podnośnik rośnie coraz bardziej. W pewnym momencie pojawia się pomarańczowa linia, oznaczająca że już bardziej nie powinno się go wydłużać, ale ja, mimo to, się nie poddaje. Liczę chyba na jakiś cud. I kręcę do oporu.

Ale samochód nawet nie drgnie… Lewarek, w maksymalnym swym rozciągnięciu nawet go nie dotyka… Marwan wymownie patrzy na mnie, ja na niego. Nic nie musimy nic mówić. Oboje wiemy co się stało.

Mój samochód jest podniesiony o 3 cale. To ponad 7 centymetrów. Modyfikacji tej dokonał pierwszy właściciel. Który jednak fabrycznego lewarka, o czym się teraz przekonaliśmy, nie wymienił.

Rozglądamy się wokół, szukamy jakichś kamieni, cegły może. Ale cegły jednak na autostradzie nie leżą, nawet w Wenezueli…

Nie ma innego wyjścia. Marwan wsiada na motor i ponownie mnie zostawia. –Zobaczę, może gdzieś coś znajdę.– mówi. I znajduje! Blisko na szczęście. Wkrada się na teren placu budowy i po sprezentowaniu kilkuset boliwarów stróżowi wraca z dwoma drewnianymi klockami. Chyba z jakiejś palety. Nieważne zresztą z czego.

To co się liczy, to fakt, że nawet tylko jeden z nich wystarcza aby fabryczny lewarek spełnił swoją funkcję. Koło zmieniamy błyskawicznie. Zajęło to nam jakieś góra 10 minut.

Już kończymy gdy niespodziewanie zatrzymuje się przy nas samochód. I to nie przez przypadek, bo zatrzymuje się przed nami i się jeszcze w naszym kierunku cofa. Znowu spięcie i nerwy w kłębek!

To nurek!– Marwan na szczęście jako pierwszy zauważa naklejkę PADI. Oboje jesteśmy instruktorami i znamy to środowisko, więc od razu się uspokajamy. Wyglądam za dokręcanego koła i dostrzegam też biało-czerwony znaczek z literami PL! Cholera, o co tu chodzi? Czyżby upał aż tak dawał się we znaki?

Zanim zdążyłem pozbierać myśli i połączyć fakty drzwi zatrzymanego forda się otwierają i wychodzi z niego rozpromieniona Ula z dymiącym kubkiem w ręku! –Kawy chcecie chłopaki?– zagaduje.

Ula to nasza koleżanka, od lat mieszkająca w Caracas Polka, dziewczyna Pepe. –Przejeżdżałam właśnie, zobaczyłam stojący samochód i w ostatniej chwili skojarzyłam, że to możecie być wy. Wszystko już OK? Koło zmienione?– dopytuje się.

Tak, wszystko już OK. Dzięki!– odpowiadamy, gdy szybko luzem wrzucamy do samochodu lewarek, drewniane klocki i pozostałe narzędza. Nie tracimy już też czasu na podwieszanie przebitej opony pod samochodem – po prostu ląduje na pace. –Nie przedłużajmy tego i tak mieliśmy dużo szczęścia. Nie nadużywajmy go.– popędza Marwan i ma rację.

Szybkie buzi, buzi z Ulą, Marwan odpala motocykl i się rozjeżdżamy. –Wszystko już OK, koło zmienione!– piszę na whatsupowej grupie, uspokajając znajomych. A Marwan po chwili wrzuca poniższe zdjęcie:

kolo

Jest 16:30. Pierwszą wiadomość z prośbą o pomoc wysłałem o 12:15.

Najważniejsze, że udało się przed zmrokiem.” – podsumowuje Jorge. –Opona do naprawy, czy wymiany? Bo z oponami teraz bardzo ciężko. Ja już do mojego jeepa już od 3 miesięcy szukam.– psuje humor Humberto.

Naprawdę psuje. Bo niestety, z tego co widziałem, oponę mam do wymiany…

0

Zapomniany szampon, czyli rozmiar kryzysu w Wenezueli…

W miniony weekend nurkowaliśmy w Morrocoy. To przepiękny fragment wenezuelskiego wybrzeża i zarazem Park Narodowy położony mniej więcej 150 km na zachód od Caracas. Namorzyny, urokliwe wysepki z pięknymi plażami, otoczone rafą koralową. Kiedyś był to turystyczny raj, teraz jest to – po prostu – część Wenezueli, ze wszystkimi jej bolączkami i ułomnościami. W tym m.in. nieszczejącą, niedoinwestowaną infrastrukturą turystyczną i poważnym problem z bezpieczeństwem. XXI-wieczni piraci są uzbrojeni, mają szybkie motorówki i coraz zuchwalej napadają na plażowiczów, czy inne łodzie.

Przygotowanie nurkowania to więc przede wszystkim logistyka bezpieczeństwa. Ile łodzi, kto zostanie na powierzchni, czy kotwiczyć, czy może cały czas w ruchu? Jak zminimalizować ryzyko, bo – oczywiście – gwarancji nigdy nie ma.

Nam się udało. Nurkowaliśmy w sobotę i niedzielę na, kolejno: Cayo Sur, Cayo Norte i Cayo Medio. Wysepki zdecydowanie nie dla plażowiczów, ale z najlepiej zachowaną, najbardziej zróżnicowaną rafą wokół. I ciekawą fauną. Dla nurków idealne – uchodzące za najciekawsze na całym archipelagu.

nurkowanie w Wenezueli

taką to fotkę strzelił nam, nawet nie wiem w którym momencie, mój nurkowy kompan Alberto.

Mimo kiepskiej, pochmurnej pogody wszystkie nurkowania były w sumie bardzo udane. Polowania też, bo – oczywiście, jak to w Wenezueli jest już w dobrym nurkowym zwyczaju – staraliśmy się zabić jak najwięcej skrzydlic. W sumie, w trakcie 4 zanurzeń, mając do dyspozycji tylko jedną tzw. procę hawajską, ubiliśmy ponad 6 kg. tego inwazora. Ceviche i fishburgery z niego były wieczorami naprawdę wyśmienite!

nurkowanie w Wenezueli

powrót do Tucacas, będącego nurkową bazą wypadową na wyspy Morrocoy

Ale, w sumie, to nie nurkowaniu w Wenezueli miał być poświęcony ten wpis. Chciałem tylko przytoczyć pewną anegdotkę związaną z tym wyjazdem, który – moim zdaniem – dobrze oddaje rozmiar aktualnego kryzysu gospodarczego w tym kraju.

Otóż w niedzielę wieczorem, gdy już wykąpani, z wymytym sprzętem siedzieliśmy w samochodach i pędziliśmy w stronę Caracas, ja czułem taki, znany pewnie wielu, wewnętrzny niepokój, gdy wydaje się nam że czegoś zapomnieliśmy. Siedziałem na tylnim siedzeniu i przeprowadzałem w głowie inwentaryzację swych dóbr.

Plecak z komputerem jest, komputer nurkowy wciąż na ręku, okularów przeciwsłonecznych nie miałem, czapkę od słońca pakowałem, ręcznik wziąłem, automat nurkowy, płetwy, maskę i BCD też. Nawet torbę z ołowianym balastem wymacałem wciskając rękę za siedzenie. Więc co?

Cholera jasna! – nagle mnie olśniło.
Czyżbyś czegoś zapomniał? – zapytał się, z zaniepokojeniem w głosie, siedzący z przodu Humberto, a prowadzący samochód Jorge natychmiast sciszył radio.
Nosz ku**a mać! Zostawiłem pod prysznicem szampon! – zakląłem wściekły, widząc dokładnie oczami wyobraźni ten moment, w którym odkładam zieloną butelkę na dość wysoko położoną metalową półkę.
Naprawdę? Ten Garniera, co z Europy przywiozłeś? – dopytywał się Humberto, który nie raz, podczas nurkowych wyjazdów szampon ten ode mnie pożyczał.
Dokładnie ten. Fructis! Szlag by to trafił. I mydło też tam zostawiłem! Do jasnej cholery!
Chcesz żebyśmy wrócili? – odezwał się Jorge, mimo że mieliśmy już za sobą jakies pół godziny drogi.
No bez przesady… Niemniej jestem na siebie wkurzony!
Jeśli bardzo chcesz, to naprawdę można po niego wrócić. – upewniał się.
Na pewno. Zresztą i tak już się powoli kończył. Było go już tylko jakieś ćwierć butelki. – uspokajałem, nie wiem czy bardziej moich towarzyszy, czy siebie.
A masz jakiś szampon w domu? Bo jak nie to może spróbujemy zadzwonić do hotelu, niech ktoś go przy okazji do Caracas przywiezie. – dopytywał się Humberto.
Spokojnie. Mam jeszcze jakieś zapasy. Ostatnio z Polski przywiozłem sobie dwie butelki. I jeszcze mam resztkę takiego, który mi znajomy przywiózł z Nowego Jorku. – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. – A poza tym, naprawdę myślicie, że ktoś powiedziałby, że go znalazł? – wątpiłem.
Może i masz rację. Rzeczywiście szkoda… – przyznał, strapionym głosem, Humberto.

Potem gadaliśmy jeszcze przez kilkanaście minut o zgubionych kosmetykach, o tym że ostatnio wszyscy używaliśmy przeterminowanego spreju z filtrem antysłonecznym, oraz że nigdzie nie można kupić repelentów na komary, a tymczasem pora deszczowa zbliża się coraz większymi krokami, a wraz z nią wysyp moskitów…

Opowiedziałem też towarzyszom podróży, że w bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa, gdzie spędzamy większość naszych weekendów już kilkakrotnie kradziono mi szampony i repelenty. Tzn. zostawiałem je np. pod prysznicen i gdy po chwili po nie wracałem, nie było już po nich ani śladu. Przy czym, zdarzyło mi się też już wielokrotnie zostawić tam warty dobrych kilkaset dolarów komputer nurkowy i zawsze go odnajdywałem. Albo zastawałem go w tym samym miejscu, albo ktoś odnosił go do recepcji.

Na koniec tej, toczonej w ściśle męskim gronie, rozmowy o pachnidłach i środkach myjących, zacząłem się śmiać. Bo zdałem sobie nagle sprawę z absurdu tej całej sytuacji. –Zobaczcie w jakim stanie jest ta wasza Wenezuela, że my tu debatujemy o zostawionej w hotelu, kończącej się butelce szamponu? Przecież w normalnym kraju to w hotelu dostaje się szampon. A tutaj coraz częściej do hoteli trzeba jeździć nie tylko z własnym mydłem, ale też i papierem toaletowym, czy ręcznikami!
Masz całkowitą rację… – Humberto też się zaczął smiać. –Choć, szczerze mówiąc, chyba nie powinno to nas śmieszyć.– dodał po chwili poważniejszym głosem.

Prawda jest taka, że szampon już od ponad roku jest na liście towarów w Wenezueli mocno deficytowych. Ostatni raz udało mi się go kupić w wenezuelskim sklepie gdzieś w okolicach czerwca ubiegłego roku. Później kilka razy widywałem jeszcze długaśnie kolejki po szampon, ale w nich nie stawałem.

Tomasz Surdel

Tak, tak. To ja… W marinie w Morrocoy.

Generalnie staram się nie stawać, gdyż zazwyczaj stać mnie na zakup tych deficytowych towarów na czarnym rynku, za wielokrotność (zazwyczaj kilkunastokrotność) ich oficjalnej ceny. Ale Wenezuelczyk na normalnej wenezuelskiej pensji takiego luksusu niestety nie ma. Miesięczny zarobek znajomego lekarza z publicznego szpitala (ok. 25 dolarów) wystarczyłby mu na zakup z drugiej ręki ok. 10 butelek szamponu…

A szampon to nie wszystko, co trzeba szukać na czarnym rynku. Ostatnio koleżanka zamieściła na facebooku dramatyczny apel mniej więcej takiej treści: „Kochani, czy ktoś nie mógłby mi sprzedać dezodorantu? Jakiegokolwiek, może być nawet męski. Bo coraz częściej nie jestem już w stanie znieść swojego zapachu. Błagam, pomóżcie!”

Brzmi wręcz kabaretowo. Ale wyobraźcie sobie całą sytuację – koleżanka mieszka w Macuto, na wybrzeżu, w pobliżu lotniska obsługującego Caracas. Kto tam lądował, to zna dobrze panującą tam prawie zawsze lepką, wilgotną duchotę. Tymczasem koleżanka pracuje w biurze, w którym już od wielu miesięcy niesprawna jest centralna klimatyzacja. I nawet umyć się porządnie nie może, bo w związku z suszą, woda, tam gdzie mieszka, jest – jak w prawie całej Wenezueli – jest racjonowana. 45 minut rano, 45 minut w południe i 45 minut wieczorem. –Tylko że ja, żeby zdążyć do pracy, muszę wyjść zanim zacznie się poranna dystrybucja wody. I wracam do domu zazwyczaj gdy skończyła się da wieczorna. Więc jedyne co mogę zrobić, to w południe podmyć sie trochę w umywalce w pracy. Ale konkurencja jest duża, bo nie ja jedyna jestem w takiej sytuacji.– opowiada Karen.

Dobrze, że przynajmniej ta pora deszczowa jest już za pasem. Będzie woda w kranie. I w sedesie, bo tam jej brak bywa nawet bardziej dramatyczny. Choć wtedy pojawią się nowe, inne kłopoty – np. komary, a wraz z nimi denga i zika. Bo repelentów nie ma. Lekarstw też zresztą nie.

Wracając jeszcze do nurkowania w Morrocoy… PRAKTYCZNIE… Gdyby ktoś z Was trafił do Tucacas i chciałby dać nura na rafach otaczających pobliskie Cayos, to szczerze polecam, choć zrzeszony w kontrowersyjnym SNSI, Frogman Dive Center. Konkurencyjny Nautilus, choć nowszy i lepiej wyposażony, jest niestety koncentratem wenezuelskiej bylejakości i jakośtobędzizmu. A to przy nurkowaniu nie jest fajne.

0
Obrazek

Ostatnia taka kolejka!

Zdjęcie kiepskie, zrobione telefonem przez brudną szybę mojego samochodu, ale moment naprawdę historyczny:

Ostatnia taka kolejka!

Ostatnia taka kolejka!

To naprawdę ostatnia taka kolejka, bo nie ryzykując wiele mogę założyć, że już nigdy więcej, nigdzie na świecie, nie będę miał okazji ustawić się w ogonku do benzynowej stacji po równie tanie paliwo. Rzecz miała miejsce wczoraj w centrum Caracas, gdy ta lepsza, 95-oktanowa benzyna kosztowała jeszcze, mniej więcej 0,0002 PLN za litr. Czyli, gdy za czarnorynkową równowartość 1 dolara kupić można było ponad 10 tys. litrów paliwa.

Od dzisiaj benzyna w Wenezueli jest ZNACZNIE droższa. Podwyżka była dramatyczna, bo sięgnęła – w przypadku tego lepszego paliwa – aż 6185 proc.!

Za dolara nie można już objechać naszego globu dookoła. Ba, nawet nawet całą Wenezuelę zwiedzić byłoby trudno. Za czarnorynkową równowartość 1 USD możemy dzisiaj zatankować w tym kraju „zaledwie” niewiele ponad 170 litrów. Cena wzrosła z 0,0002 PLN na mniej więcej 0,02 PLN. Czyli dwa polskie grosze. Za litr.

Na szczęście, jeśli kogoś nie stać, to zawsze można zatankować benzynę 91-oktanową. Ona od dzisiaj, po podwyżce ok. 1000 proc. kosztuje, mniej więcej, 0,003 PLN.

Ale wiecie co jest najbardziej przerażające? Że w Wenezueli wielu osób, od dzisiaj, rzeczywiście, na tę 95-oktanową benzynę nie stać…

 

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.