Archive | Uncategorized

Notatka na marginesie

2017? Jaki on będzie?

Sytuacja w Wenezueli, w Polsce, przyszłość UE, prezydentura Trumpa, coraz bardziej zauważalne zmiany klimatyczne… To tylko niektóre z powodów, które sprawiają, że – tak szczerze mówiąc – nie jestem, niestety, wielkim optymistą wobec rozpoczynającego się dzisiaj roku.

Cóż jednak robić? Przeczekać w ukryciu się go przecież nie da! Starajmy się więc po prostu, aby był on jak najlepszy – dla nas samych, dla naszych bliskich, dla naszego otoczenia.

Znajdźmy czas. Dla siebie i dla innych. Nie pędźmy nieustannie. Zatrzymujmy się czasem. Aby się rozejrzeć, uśmiechnąć do Słońca na niebie, posłuchać śpiewu ptaków, odsapnąć, poznać czyjąś historię, przeczytać książkę, zrealizować jakieś marzenie, choćby drobne, to na które nigdy nie mieliśmy czasu.

A może możemy coś zrobić coś dla kogoś innego? Nawet obcego. Bezinteresownie.

Zmieniajmy ten nasz świat na lepszy. Na tyle na ile się da. Lokalnie. Nie czekajmy na innych. Nie liczmy, że ktoś zrobi to za nas.

Dużo uśmiechu, wzruszeń, zdrowia, satysfakcji, podróży małych i dużych, otwarcia i chęci poznania, obecności ukochanych… Tego wszystkiego Wam serdecznie dzisiaj życzę.

I sobie też.

0

Piję piwo i powoli zaczynam śmierdzieć…

W Caracas, stolicy południowoamerykańskiego, boliwariańsko-socjalistycznego raju, źle się od kilku dni dzieje. Otóź znaczna wiekszość tej ponad 5-milionowej metropolii od poniedziałkowego wieczoru nie ma wody w kranach.

Przez pierwsze kilkadziesiąt godzin nie było to jeszcze specjalne dotkliwe, bo prawie wszystkie budynki w tym mieście mają na dachach zbiorniki z wodą. Stanowią one rezerwę i gawarantują przyzwoite i przede wszystki stałe ciśnienie w kranie. Jeśli woda jest. Ale teraz, na koniec czwartego dnia wodociągowej suszy, są one już najczęściej puste. Z odkręconych kranów skapują co najwyżej zielono-brunatne glony, często wyściełające dna i ścianki dachowych rezerwuarów…

Do wczoraj rano jeszcze jakoś sobie radziłem. Myłem się, a raczej podmywałem, w wodzie mineralnej z dwóch 5-litrowych baniaków przytarganych we wtorek ze sklepu. Mogłem też zrobić sobie herbatę i opłukać po niej szklankę. Gorzej ze spuszczaniem wody w toalecie. Śmierdzi tam już strasznie. Dzisiaj sikałem więc w przydomowym ogródku, a potem poleciałem do centrum handlowego aby nie zatykać całkowicie kibelka moich gospodarzy. Na próźno. W centrum handlowym toalety były już zamknięte. Z braku wody.

Z tego samego powodu nieczynne są szkoły. Zamykane są też restauracje. Choć lokalny Mc Donald’s kanapki jeszcze dzisiaj serwował. Coca-Coli jednak nie było, bo w tego typu restauracjach, gdzie zimne napoje lane są z maszyny, maszyna potrzebuje wody do rozcieńczenia koncentratu.

W sklepach od wczoraj nie ma już wody mineralnej. Ani w 5-litrowych baniakach, ani w mniejszych butelkach. Pić coś jednak trzeba. Kupiłew więc dzisiaj kilkanaście butelek piwa. Browar świetnie gasi pragnienie, ale niestety się w nim nie umyję. Nawet zębów się nie da wyszorować. Płuczę je więc Listeriną i żuje gumę. Przynajmniej nie muszę bać się swojego oddechu.

Przyroda niestety nie pomaga. Dzisiaj znowu upał. W autobusie po raz pierwszy poczułem zapach spoconych ciał. To rzadki tu zapach, bo Wenezuelczycy zazwyczaj są czyści. Ciężko jednak pachnieć bez wody. Oblewam się perfumami, psikam dezodorantem, ale dzisiaj nie mogę się już pozbyć wrażenia lepkości ciała… Strasznie to niemiłe.

Na szczęście od sąsiadki z małym dzieckiem wybłagałem taką wilgotną chusteczkę to wycierania pacholęcich pup. Też sobie przetarłem intymne części. Przynajmniej tyle. Mała prosta rzecz, a cieszy i sprawia przyjemność. Szkoda, że te husteczki też już wszędzie wykupione.

Hidrocapital, państwowy moloch dostarczający wenezuelskiej stolicy wodę, zapewnia że już jutro poleje się z kranów. Oby. W poniedziałek wieczorem zapewniali, że woda wróci we wtorek. A we wtorek mówili, że w środę… Dzisiaj rano w radio znowu słyszałem, że to tylko kwestia kilku godzin. Że już prawie wszystko jest gotowe. Jest już jednak mocno po północy i nadal w kuchni nic nie kapie na stertę brudnych naczyń. O kibelku nawet nie chce myśleć. Ciepłe i wilgotne, tropikalne powietrze nic nie wentyluje. Przeciwnie – potęguje smród i zaduch.

Oczywiście, wiem że awaria może się zdarzyć wszędzie. Że socjalizm teoretycznie nie ma nic do tego, iż w trakcie jakiejś budowy koparka zahaczyła o główną rurę doprowadzającą wodę do aglomeracji. 1,72 metra średnicy ma ta rura. Swoją drogą niezła musiała być fontanna gdy ją uszkodzono…

Ale… jakiś tajemniczy, ukryty związek między brakiem wody a wenezuelskim socjalizmem musi jednak gdzieś być. Bo wyczytałem dzisiaj w gazecie, że to siódma awaria w tym roku. Że już po raz siódmy co najmniej połowa mieszkańców stolicy nie ma wody przez więcej niż 24 godziny…

Dobrze, że przynajmniej prąd jest. Bo przerwy w dostawach elektryczności też coraz częściej się powtarzają. Stołeczne metro w tym roku już trzy razy musiało ewakuować wszystkich pasażerów z zablokowanych w tunelach składów…

11

Wystawa w Sopocie

Dzisiaj propozycja dla czytelników z Trójmiasta… W sopockim Café Sanatorium trwa właśnie wystawa zdjęć młodych artystów Łukasza „Gucia” Gordona i Julii Michalczewskiej. Są to zdjęcia z ich tegorocznej wyprawy dookoła świata.

ulotka

Dlaczego o tym piszę? Bo znaczna część tych zdjęć, jeśli wręcz nie większość, pochodzi właśnie z Ameryki Południowej: Chile, Boliwii, Argentyny, Brazylii i Peru. A ja sam pomagałem im w organizacji niektórych fragmentów latynoamerykańskiej części ich podróży. Wreszcie, last but not least, Gucio to mój brat…

Zdjęcia są naprawdę świetne. I można będzie je kupić.

Moim faworytem są kaktusy na śnieżnobiałym salarze Uyuni… I kolorowe Indianki z Peru… Zresztą, jeśli macie możliwość, zobaczczcie sami. Wystawa otwarta jest (chyba) do końca stycznia.

2

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.