Obrazek

Donald Trump, ale nie ten

Alec Trump Baldwin

Donald Trump?

Agencyjną depeszę o stosunku nowej waszyngtońskiej administracji do kolonii budowanych przez Izrael El Nacional, jeden z najważniejszych dzienników na Dominikanie, zilustrował wczoraj zdjęciem… Alca Baldwina parodiującego Donalda Trumpa.

Jak myślicie? Redakcyjna pomyłka, czy celowy trolling level hard?

Tak, czy inaczej, dziennik przeprosił dzisiaj „wszystkich tych, którzy mogli się poczuć urażeni”. 😉

0

Trzy w jednym. Czyli Wenezuela w szklance.

Opublikowałem kilka dni temu na facebooku poniższą fotkę z pytaniem, czy ktoś się domyśla z czego jest to sok. Dodając, jako ułatwienie, że jest on jednym z najczęściej spożywanych w Wenezueli.

trzy w jednym

Co to takiego?

Odpowiedzi były różne. Że papaja (znana w Wenezueli jako lechosa), że tomate de arbol, czyli – po polsku – cyfomandra grubolistna (Cyphomandra betacea), a nawet że gujawa.

Żadna z tych odpowiedzi nie jest prawidłowa. Co wiecej, poza naprawdę dojrzałą cyfomandrą, zwaną też pomidorem drzewiastym, żaden z tych owoców nie dałby tak intensywnego czerwonego koloru.

Cóż więc?

Zanim zdradzę tajemnicę tego popularnego wenezuelskiego napoju muszę się do czegoś przyznać – pytanie było trochę podchwytliwe. Bo prezentowany sok nie jest z jednego owocu. To mix aż trzech. I nie tylko owoców, ale też warzyw.

To jedna pułapka.

Druga polega na tym, że w Europie na myśl o sokach z dalekich krajów przychodzą do głowy najczęściej owoce raczej egzotyczne. Tymczasem bardzo często, w wielu oddalonych miejscach świata, najbardziej charakterystyczne i najczęściej spożywane rośliny niczym się nie różnią od tych, które my Europejczycy uważamy za jak najbardziej „swoje”. I szczególnie sprawdza się to w przypadku Ameryki Łacińskiej, skąd hiszpańscy i portugalscy kolonizatorzy zawlekli na Stary Kontynent wiele uprawnych roślin, które się u nas, później, doskonale się przyjęły.

Ten sam proces zachodził też w drugą stronę – europejskie rośliny trafiły do Ameryki Południowej wraz z masową emigracją Europejczyków w pierwszej połowie XX wieku. To była prawdziwa botaniczna „globalizacja”, na długo zanim wymyślono ten termin.

Tymczasem prawda jest taka, że jedząc w Europie frytki, czy zajadając się truskawkami, jemy właśnie – mówiąc uczciwie – historycznie egzotyczne dla Europy produkty. Ziemniaki trafiły bowiem na nasz kontynent z terenów dzisiejszego Peru i Boliwii w drugiej połowie XVI wieku, a niemal wszystkie współczesne odmiany uprawnych truskawek pochodzą ze stworzonej w XVIII we Francji krzyżówki południowoamerykańskiej poziomki chilijskiej (Fragaria chiloensis), z północnoamerykańską poziomką wirginijską (Fragaria virginiana). 

To samo jest, chociażby, z pomidorem, dynią i kukurydzą. Ten pierwszy pochodzi z Ameryki Środkowej, ta druga z dzisiejszego Meksyku, a trzecia z obu Ameryk.

Wróćmy jednak do wyjściowego popularnego wenezuelskiego soku.

Wszystkich tych, którzy spodziewali się egzotyki muszę rozczarować. Ale też jest i dobra tego strona – składniki do sporządzenia tej Wenezueli w szklance można prawdopodobnie kupić w każdym polskim spożywczym sklepie, a nawet w niewielkim osiedlowym/dzielnicowym warzywniaku. Potrzebne są bowiem pomarańcze, marchewka i burak.

W Wenezueli na taką mieszankę mówi się 3 en 1 (tres en uno – trzy w jednym) i można ją zamówić w absolutnie każdej areperze, czyli najbardziej popularnej wenezuelskiej restauracji. Proporcje nie są stałe, ale zazwyczaj na 4 pomarańcze przypada jeden burak i jedna/dwie marchewki.

Jeśli mamy sokowirówkę to sprawa jest oczywista, w Wenezueli bardzo często do produkcji tego soku używa się jednak blendera, w którym miksuje się kawałki marchewki i buraka we wcześniej wyciśniętym soku pomarańczowym. W takim przypadku klient może czasami wybrać, czy sok chce colado, czy też może sin colar. Czyli przelany przez sitko, albo taki gęstszy, ze zmiksowanym miąższem.

Dodatkową opcją jest słodzenie. Wenezuelczycy raczej wszystko słodzą, nawet sok wyciśnięty ze słodkich pomarańczy, więc ja z zawsze proszę sin azucar. Ale to już kwestia gustu.

krowie oko

krowie oko, wenezuelski dodatek do soków

Powszechnie uważa się, że 3 en 1 wzmacnia i oczyszcza organizm. Tradycyjne podaje się go w Wenezueli m.in. dzieciom i osobom chorym. Dobry jest też podobno na kaca. I w niektórych regionach Wenezueli, np. w Andach i na Los Llanos podaje się go wtedy, gdy ma postawić na nogi, ze specjalnym dodatkiem, o który to już w polskim sklepie będzie trudniej, mimo, że jakoś specjalnie egzotyczny to on nie jest.

Chodzi bowiem o wołowe oko. Też wrzuca się je w blender, więc ze szklanki nie łypie, ani smaku w zauważalny sposób nie zmienia. Ale ponoć wzmacnia dobroczynne działania pomarańczy, marchewki i buraka.

Jacyś chętni? 🙂

3 en 1 z powyższego zdjęcia jest w pełni wegetariańskie. Zrobione w La Casa del Llano, jednej z najpopularniejszych i najlepszych areperas w dzielnicy Las Mercedes. Z okiem tam ich nie podają. Niemniej, gdyby ktoś bardzo potrzebował soku z okiem w wenezuelskiej stolicy, to jedynym znanym mi w Caracas miejscem, w którym wołowe bądź bawole ślepia są do soków dorzucane, oczywiście na prośbę klienta i za dopłatą, to niektóre jadłodajnie hali targowej Quinta Crespo.

0

San Escobar. Ministrowi Waszczykowskiemu do sztambucha

Witold Waszczykowski, szef polskiej dyplomacji, rozmawiał z delegacją San Escobar, o kandydaturze naszego kraju do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Minister sam się o tym pochwalił, podczas konferencji prasowej w Nowym Jorku:

Mamy okazje prawie do 20 spotkań z różnymi ministrami. Z niektórymi, jak np. na Karaibach, po raz pierwszy chyba w historii naszej dyplomacji. Na przykład z takimi krajami, jak San Escobar albo Belize. Każdy z tych krajów to jest jeden głos w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.

No i podniosło się w kraju larum, że szef dyplomacji to nieuk, że takiego państwa nie ma…

No bo rzeczywiście nie ma. No ale, może to pocieszy pana Waszczykowskiego, San Escobar jak najbardziej jest, istnieje. Choć w sumie może lepiej by było, aby szef naszej dyplomacji nie rozmawiał z jego wysłannikami. No chyba, że w o sprawie tych 400 kilogramów kokainy, jakie znaleziono niedawno w kartonach z bananami dla Lidla w Zgierzu

San Escobar

San Escobar

Bo San Escobar to nikt inny jak zmitologizowana postać Pablo Escobara, pamiętnego szefa Kartelu z Medellin, w latach 80-tych ubiegłego wieku, najpotężniejszej organizacji przestępczej w Amerykach i być może na świecie.

domowy ołtarzyk z figurką San Escobara, stylizowanego na Robin Hooda (fot: Frederico Ríos/EFE)

To jeden z wielu, czczonych w prawie całej Ameryce Łacińskiej tzw. Santos Populares. Czyli nieżyjących osób, często przestępców, otoczonych religijnym wręcz kultem. Robi się ich figurki, tatuuje ich wizerunki, powstają nawet dedykowane im święte obrazki i kaplice.

Zdarza się, że bandyci wzywają ich w swych modlitwach prosząc o ochronę przed policją, czy powodzenie w planowanym napadzie bądź zabójstwie.

I tak np. Wenezuela ma swoich Santos Malandros, Meksyk Jezusa Malverde i Juana Soldado,  Gwatelama Maximona, Chile Emila Dubois, a Kolumbia właśnie San Escobara.

Kto więc, cholera, kto wie? Może szef naszej dyplomacji naoglądał się „Narcos” i teraz, rzeczywiście, przywołuje Escobara w swych myślach, prosząc go o pomoc w negocjacjach? 😉

Mówiąc poważniej, rzecznik MSZ , Joanna Wajda, wytłumaczyła swego szefa w sposób następujący:

Tłumaczenie to jednak, delikatnie mówiąc, mocno nieporadne. Dlaczego? Bo państwa San Cristobal y Nieves też w sumie nie ma. San Cristobal y Nieves to jedynie hiszpańskie tłumaczenie nazwy jak najbardziej angielskojęzycznego, karaibskiego kraju Saint Kitts and Nevis. A minister Waszczykowski hiszpańskiego przecież nie zna. Jak więc się może w tym języku przejęzyczać?

Oto dyplomatyczna zagadka!

 

2
Notatka na marginesie

2017? Jaki on będzie?

Sytuacja w Wenezueli, w Polsce, przyszłość UE, prezydentura Trumpa, coraz bardziej zauważalne zmiany klimatyczne… To tylko niektóre z powodów, które sprawiają, że – tak szczerze mówiąc – nie jestem, niestety, wielkim optymistą wobec rozpoczynającego się dzisiaj roku.

Cóż jednak robić? Przeczekać w ukryciu się go przecież nie da! Starajmy się więc po prostu, aby był on jak najlepszy – dla nas samych, dla naszych bliskich, dla naszego otoczenia.

Znajdźmy czas. Dla siebie i dla innych. Nie pędźmy nieustannie. Zatrzymujmy się czasem. Aby się rozejrzeć, uśmiechnąć do Słońca na niebie, posłuchać śpiewu ptaków, odsapnąć, poznać czyjąś historię, przeczytać książkę, zrealizować jakieś marzenie, choćby drobne, to na które nigdy nie mieliśmy czasu.

A może możemy coś zrobić coś dla kogoś innego? Nawet obcego. Bezinteresownie.

Zmieniajmy ten nasz świat na lepszy. Na tyle na ile się da. Lokalnie. Nie czekajmy na innych. Nie liczmy, że ktoś zrobi to za nas.

Dużo uśmiechu, wzruszeń, zdrowia, satysfakcji, podróży małych i dużych, otwarcia i chęci poznania, obecności ukochanych… Tego wszystkiego Wam serdecznie dzisiaj życzę.

I sobie też.

0
Obrazek

Prezent od PADI

Proszę, taki oto świąteczny prezent dostałem od PADI – największego na świecie stowarzyszenia instruktorów i szkół nurkowania. Prezent, bo – co by tu nie mówić – to jednak miło, gdy ktoś gdzieś dostrzega twoje zdjęcie i je poleca innym.

Podziękowania należą się też oczywiście Sergio, mojemu serdecznemu przyjacielowi i uczniowi, którego wyszkoliłem właśnie na divemastera. Zdjęcie to zrobiłem, gdy wpólnie świętowaliśmy koniec divemasterskiego kursu.

Sergio nie był zresztą jedyny – divemasterską klasę miałem trzyosobową i na tyle vipowską, że na weekendowe zajęcia na plaży nieopodal Port-au-Prince na Haiti, przyjeżdżali opancerzoną toyotą z trójką uzbrojonych ochroniarzy.

Na szczęście ochroniarze zostawali na lądzie…

P.S. Więcej zdjęć na moim instagramowym koncie.

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.