Obrazek

Prezent od PADI

Proszę, taki oto świąteczny prezent dostałem od PADI – największego na świecie stowarzyszenia instruktorów i szkół nurkowania. Prezent, bo – co by tu nie mówić – to jednak miło, gdy ktoś gdzieś dostrzega twoje zdjęcie i je poleca innym.

Podziękowania należą się też oczywiście Sergio, mojemu serdecznemu przyjacielowi i uczniowi, którego wyszkoliłem właśnie na divemastera. Zdjęcie to zrobiłem, gdy wpólnie świętowaliśmy koniec divemasterskiego kursu.

Sergio nie był zresztą jedyny – divemasterską klasę miałem trzyosobową i na tyle vipowską, że na weekendowe zajęcia na plaży nieopodal Port-au-Prince na Haiti, przyjeżdżali opancerzoną toyotą z trójką uzbrojonych ochroniarzy.

Na szczęście ochroniarze zostawali na lądzie…

P.S. Więcej zdjęć na moim instagramowym koncie.

0
Notatka na marginesie

Wesołych Świąt!

Bombkę, jak widzicie, znalazłem. Zamiast karpia będzie langusta. W miejsce śniegu i nart, upał i nurkowanie. Palmy zastąpią choinkę, a klapki ocieplane buty…

Ale i tak smutno trochę. Wigilia, Boże Narodzenie, to jednak okres, w którym najbardziej mi tęskno. Za rodziną, bliskimi, nocnym spacerem po sopockim molu, przeszywającym zimnym wiatrem i zmarzniętym nosem…

Najlepszego! Wszystkim! Gdziekolwiek jesteście!

 

0

Nurkowanie w Zombie Hole

Na nurkowanie na Zombie Hole przypłynąłem łodzią. Ale można też z brzegu. Bo z położonej na przedmieściach Saint Marc piaszczystej i – jak na Haiti – dość czystej plaży Amani Beach do krawędzi tej podwodnej dziury jest 10, góra 15 metrów. Nawet pływać nie trzeba, można dojść brodząc po pachy w wodzie.

Rzucając kotwicę doskonale widziałem zardzewiałe i pokrzywione metalowe krzesła, na których kilkanście dni wcześniej pałaszowałem z Lucasem pyszne langusty.

Tuż przy plaży, a właściwie bezpośrednio na niej, jest niewielki, trzypiętrowy hotelik. Z zewnątrz zadbany, ładnie pomalowany, ale w środku – jeśli nie liczyć leniwie snujących się tam robotników – zupełnie pusty. Coś tam zawsze malują, skrobią, w coś stukają, coś przenoszą, cały czas się krzątają się, ale co tak naprawdę robią, mimo że wielokrotnie ich pracę obserwowałem, nie mam pojęcia.

Odkąd znam to miejsce, czyli od prawie pół roku, prace – remontowe chyba – cały czas trwają, ale zupełnie się nie posuwają. Przynajmniej żadne ich efekty nie są dla zewnętrznego obserwatora widoczne. W hotelu, poza rzadko sprzątaną toaletą i sklepikem monopolowym na parterze, serwującym na szczęście przyzwoicie schłodzone piwo, nie działa nic.

Pękate butelki z nagradzanym na wielu międzynarodowych konkursach haitańskim lagerem Prestige po plaży roznoszą zazwyczaj kilkunastoletnie dziewczynki, ale kasę do ręki bierze tylko gruba Murzynka, która niezmiennie zaskakuje mnie tym, że choć nigdy nic nie notuje, to perfekcyjnie wie ile kto czego wypił i ile jest jej winny. Co więcej, zawsze rachunek jest uczciwy, bez żadnego, najmniejszego nawet oszukiwania, czy naciągania. Co też jest nietypowe, bo na Haiti, w takich miejscach, miejscowi prawie zawsze próbują „blan”, czyli nam, białasom, choć trochę rachunek nadmuchać.

Na Amani Beach płaci się na sam koniec plażowania, przy jedynym wyjściu z długimi, stromymi schodami wiodącymi na szczyt skarpy zwieńczonej parkingiem. A właściwie porośniętą chwastami i rdzewiejącymi wrakami samochodów, ogrodzoną polaną.

Na langustę trzeba tam mieć czas. To nie jest tak, że idziesz i zamawiasz jak w restauracji. Po prostu trzeba usiąść na tych pordzewiałych i pogiętych metalowych krzesłach i cierpliwie czekać. Bo po jakimś czasie, zwykle bliższym godzinie niż kilku minutom, pojawia się – prawie zawsze – młody, niski chłopak o zadziwiającej, jak na Haiti, urodzie – ciemnoliwkowej cerze i zielonych oczach. Mówi po kreolsku, trochę też po francusku, angielsku, całkiem dobrze po hiszpańsku i cały czas się śmieje.

To co dzisiaj zjecie? Mam ośmiornicę, kraby i langusty. Wszystko świeżutkie! – zwykle zachwala. I wtedy najlepiej zamówić od razu wszystko. Bo zielonooki chłopak wówczas znika, bywa że na kolejną godzinę. Ponownie pojawia się mokry, ociekający jeszcze wodą, z wciąż widocznym śladzie po masce nurkowej na twarzy i komunikuje: –Niestety, krabów ani ośmiornicy jednak nie ma. Ale będą langusty!

No chyba, że akurat udało mu się złowić kraby. Wtedy nie ma langust i ośmiornicy. Bo jeszcze nigdy nie trafiłem, aby były dwie, nie wspominając o trzech, rzeczy na raz.

langusta

langusty z Amani Beach

Po potwierdzeniu menu nasz kucharz-rybak ulatnia się ponownie i tuż za zamykającym plażę murem, na garnku postawionym na ognisku, gotuje, w morskiej wodzie, złowione stworzenia. Gdy są gotowe przynosi je w plastikowych pudełkach-tackach, zazwyczaj ze smażonymi bananami i – podanym osobno – bardzo ostrym sosem.

To nie jest to fast-food. Od złożenia zamówienia do otrzymania jedzenia mijają zazwyczaj blisko trzy godziny. Ale jedzenie jest zawsze przednie.

Tak, ale tym razem nie byłem przecież na Amani Beach aby rozkoszować się pikantnymi owocami morza popijanymi zimnym piwem Prestige. Tego dnia przypłynęliśmy odwiedzić podwodnych zombie – no wiecie, te żywe trupy, tak obecne w haitańskim folklorze i wywodzące się z tak popularnej w tym państwie religii voodoo…

Zombie Hole to jedna z największych atrakcji nurkowych Haiti. Podwodna odchłań, znajdująca się właśnie kilkanaście metrów od plaży Amani, na przedmieściach miasta Saint Marc. Wystarczy dać krok i głębokość zmienia się z niecałych dwóch metrów do około 140.

Zombie Hole

Tak wygląda świat z głębokości 50 metrów.

Ale nie jest to jedna ze znanych chociażby z Belize, Bahamów, czy Egiptu blue holes. W Zombie Hole nie nurkuje się w błękit, tu bardzo szybko robi się mroczno. Nie ma też wielu ryb wokół. Jest raczej pusto i tajemniczo. Ściany dziury porastają nieliczne koralowce i gąbki. Była tu też kiedyś największa elephant ear sponge na świecie, ale ponoć podczas trzęsienia ziemi w 2010 r. spadła w odchłań.

lokomotywa Haiti

Czy taka lokomotywa znajduje się na dnie Zombie Hole? Ta została sfotografowana w latach 50. XX wieku w Port-au-Prince. Warto zauważyć, że nie jest opalana węglem, tylko „bagas”, czyli wytłokami trzciny cukrowej

Jest też dużo śmieci zagonionych przez morskie fale w tę dziurę. Jakieś sprzęty, fragmenty mebli, stare sieci rybackie. No i piasek, dużo piasku, nieustannie osuwającego się w tą odchłań. Takie leniwe, podwodne piaskowe wodospady – piaskospady.

Jak to się dzieje, że to tej dziury nie zasypuje, jest zresztą dla mnie wielką tajemnicą…

Tajemnicza jest także historia o pociągu, który ma znajdować się na samym dnie Zombie Hole. Lokomotywa i dwa wagony podobno.  I nie jest to zupełnie nieprawdopodobne, bo tuż obok, praktycznie po plaży, tej samej na której stoi obecnie wiecznie remontowany hotel, przebiegała, działająca do 1962 r., linia kolejowa łącząca Saint Marc ze stolicą, Port-au-Prince.

Wszystko to nadaje temu miejscu wyjątkowego klimatu, takiej postapokaliptycznej, madmaxowej atmosfery i czyni tę nazwę, Zombie Hole, nadzwyczaj adekwatną. Choć to, zdecydowanie, nurkowisko w stylu hate me or love me.

Ale jednak większości się raczej podoba.

Mnie też.

0

Rekin! Wielorybi!

Gdy kilka miesięcy temu zabierałem się za organizację, prawdopodobnie pierwszego w historii, wyjazdu grupki polskich płetwonurków na Haiti, w najśmielszych nawet wyobrażeniach nie przypuszczałem, że będziemy mieli aż takie atrakcje!

Bo oto właśnie w minioną sobotę, w drodze do Zombie Hole, gdy siedziałem na mostku naszej łodzi wysłuchując opowieści lokalnego kapitana o tym do kogo należą okazałe weekendowe posiadłości na haitańskim wybrzeżu, naszą uwagę przyciągnęła chmara skrzeczących mew, wyraźnie nisko krążąca w jednym miejscu i polująca na coś, czego z dala nie mogliśmy dostrzec.

Płyniemy zobaczyć co tam się dzieje?– zapytał się retorycznie Robins, nasz kapitan, kręcąc równocześnie kołem sterowym i zwiększając prędkość łodzi. Po kilku minutach widzieliśmy już, że mewy polują na niewielkie rybki, które – srebrząc się w słońcu – wyskakiwały co rusz, całą ławicą, nad powierzchnię morza.

Robins natychmiast zwolnił obroty zaburtowej yamachy i zaczęliśmy się rozglądać. Takie, na pozór samobójcze, zachowanie ryb świadczyć może bowiem tylko o jednym: gdzieś w pobliżu czai się drapieżnik na tyle groźny, że te one wolą salwować się chwilową ucieczką w powietrze, nie bacząc na mewie dzioby. Wybierają po prostu mniejsze zło.

I rzeczywiście. Najpierw zobaczyliśmy potężny, długością porównywalny do naszej łodzi, podwodny cień. A chwilę potem nad wodą pojawiła się płetwa, jej fragment, ale całkiem potężnych rozmiarów, wystająca nad taflę na co najmniej pół metra!

Rekin? Taki wielki? Tutaj? Dziwne uczucie… Fascynacja, ciekawość, połączone oczywiście z lękiem. Ale zaraz, zaraz? Ta płetwa nie sunie wyłącznie do przodu, lecz także rytmicznie porusza się w prawo i lewo. A to oznacza… Tak! To nie jest płetwa grzbietowa, tylko ogonowa! Czyli to nie żaden groźny rekin, tylko rekin wielorybi – największa ryba świata! Zupełnie dla człowieka niegroźna, bo pozbawiona zębów i żywiąca się tylko planktonem i niewielkimi rybkami. I to dlatego one tak rozpaczliwie uciekały!

Robins coś do mnie zaczął mówić, ale ja już nie słuchałem. Rekin wielorybi! – krzyknąłem do pozostałych równocześnie chwytając za płetwy i maskę. Rekin wielorybi! – krzyknąłem jeszcze raz i skoczyłem do wody z kamerką gopro w ręku.

Oj warto było, warto:

rekin wielorybi

Czy to płetwa rekina? No to skaczemy!

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi może sięgać 18 metrów długości i ważyć ponad 13 ton

Sytuacja ta, tego dnia powtórzyła się wielokrotnie. Bo nie był to jeden rekin, ani dwa. Trudno powiedzieć ile dokładnie ich dokładnie było, ale sporo. W kilku miejscach.

Mam jeszcze taki krótki filmik z tego dnia. Jest on nieco chaotyczny, ale chyba dobrze oddaje naszą ekscytację i radość:

0

Huragan Matthew: beauty of the fury…

Huragan Matthew – najsilniejszy od ponad dekady na Karaibach. O tym jak bardzo boleśnie uderzył on w Haiti, napisałem już, całkiem sporo, na tierralatina.pl.

Zostało mi jednak kilka zdjęć, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Bo cyklonowym perturbacjom, tak jak bardzo wielu innym żywiołom, nie da się – mimo wszystko – odmówić piękna. Ta moc natury, furia przyrody, ma w sobie coś bardzo hipnotyzującego. Przyznam, że całkowicie rozumiem „wariatów”, którzy z kamerami gonią trąby powietrzne, czy podchodzą do potoków wulkanicznej lawy.

To piękno ma, oczywiście, swoje granice.

Bo ja jednak miałem wielkie szczęście, że w momencie gdy huragan Matthew przeszedł nad Haiti, znalazłem się prawie 150 kilometrów od strefy największych zniszczeń.

Na położonym na północ od stolicy – Port-au-Prince – Wybrzeżu Les Arcadins, gdzie nie niego oczekiwałem, dramatycznych wydarzeń nie było, choć morze i tak pokazało swą nieokiełznaną siłę, wyrzucając chociażby na sąsiednią plażę kilkutonowe głazy, z których jakiś lokalny milioner ułożył sobie falochron. A także jego wypasioną motorówkę z czterema 300-konnymi silnikami.

Miałem szczęście, bo na południu kraju prędkość wiatru przekraczała w tym samym czasie 200 km/h i równała z ziemią nawet murowane domy. A to już nie jest piękna furia. To po prostu śmiertelny kataklizm.

Gdy poleciałem tam w ostatnich dniach z humanitarnym transportem lekarstw i środków do uzdatniania wody, nie wyjąłem nawet aparatu z plecaka. Ogrom zniszczeń po prostu przytłacza, a ja nie potrafię, nie chcę, fotografować ludzkiego cierpienia.

Miasteczka wokół Les Cayes, czy Jérémie wyglądają tak jakby przejechała przetoczyła się przez nie pancerna brygada, burząc i wgniatając wszystko w grunt. Albo jakby wybuchła gdzieś w pobliżu bomba atomowa i okolicę zmiotła fala uderzeniowa. Nawet z palmowych plantacji zostały tylko smutne, pozbawione liści kikuty, takie wyrastające z ziemi gołe, łyse pale…

Continue Reading →

0

Nurkowanie na Los Testigos

Choć od naszej nurkowej wyprawy eksploracyjnej na wenezuelski archipelag Los Testigos minął juz prawie rok, nadarzyła się właśnie okazja aby ją przypomnieć. Bo oto mój współnur, fotograf Alexis Golding, przygotował w końcu krótki wspomnieniowy filmik.

Zapraszam więc, wraz z nim, na podwodny lot przez wyspy Los Testigos…

„Lot”, bo prawie wszystkie nurkowania na tym wenezuelskim archipelagu odbywają się w silnych, czy wręcz bardzo silnych prądach. Zresztą sami zobaczcie:

 

Filmik powstał przede wszystkim z myślą o nas samych – uczestnikach ubiegłorocznej ekspedycji. Dlatego dużo w nim płetwonurków, a mało w sumie podwodnych atrakcji archipelagu. Ale, w zalinkowanym powyżej ubiegłorocznym wpisie, znajdziecie – jeśli jeszcze jej nie widzieliście – galerię zdjęć z owego wyjazdu, zarówno tych z lądu, jak i spod wody.

Los Testigos – obok wysp Los Roques – to, zdecydowanie, jedno z najciekawszych, nurkowo, miejsc w Wenezueli. A że w różnych wodach tego kraju wykonałem już prawie 500 nurów, to – że się tak nieskromnie wyrażę – jako takie rozeznanie o nurkowaniu w Wenezueli chyba mam. 😉

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.