Odnośnik

Jak uzdrowiłem Chile?

O reformach gospodarczych jakie przeprowadzono w Chile podczas reżimu Pinocheta napisano już bardzo wiele. I nikt rozsądny chyba nie zaprzecza, że rzeczywiście chilijska gospodarka bardzo się w owym czasie rozwinęła. Mówiąc o tym nie można, oczywiście, zapominać o towarzyszącym ówczesnym reformom zamordyźmie, o zbrodniach reżimu, a także o przepaści między biednymi i bogatymi, która podczas wojskowej dyktatury bardzo się pogłębiła. Nie powinno się także przesadnie gloryfikować tych gospodarczych osiągnięć, bowiem wiele eksperymentów nie zdało, na dłuższą metę, egzaminu.

Wszystkich tych, których interesuje historia przekształceń gospodarczych w pinochetowskim Chile czeka pasjonująca lektura. Hernán Büchi Buc, minister finasów w końcowym okresie rządów Pinocheta, opublikował właśnie na stronach słynnej konserwatywnej amerykańskiej fundacji Heritage artykuł, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Jak uzdrowiłem Chile”.

Z Büchi Bucem można się nie zgadzać, zwłaszcza że jego tekst z założenia nie jest obiektywny, jednak przeczytać go zdecydowanie warto. Nawet tylko po to, aby później skrytykować…

Dla tych, którzy w zawiłościach chilijskiej historii nie do końca się orientują dodam, że Hernán Büchi Buc nie należał do słynnych Chicago Boys, którzy w latach 70-tych wcielali w życie w Chile ultraliberalne recepty Miltona Friedmana. On raczej naprawiał szkody przez nich wyrządzone. To on wciągnął Chile z gospodarczej zapaści początku lat 80-tych, uważając że państwo musi mieć jednak pewną kontrolę nad wolnym rynkiem. Ża nie można wszystkiego puścić „na żywioł”, jak uważali jego poprzednicy…

Hernán Büchi Buc był także, w 1989 roku – podczas pierwszych demokratycznych wyborów zamykających dyktaturę Pinocheta, kandydatem centroprawicowej koalicji Renovación Nacional na fotel prezydenta Chile. Otrzymał jednak niespełna 30 proc. głosów, podczas gdy opozycyjnego kandydata Patricio Alywina poparło aż ponad 55 proc. wyborców. W chwili obecnej były minister kieruje jednym z prywatnych uniwersytetów w Santiago, założonym przez siebie i promującym neoliberalizm Instytutem Wolność i Rozwój, oraz zasiada w dyrekcjach i radach nadzorczych kilku dużych, znanych chilijskich firm.

0

Bielinsky nie żyje

Nie tak dawno radziłem, aby miłośnicy kina latynoamerykańskiego z uwagą śledzili karierę argentyńskiego reżysera Fabiána Bielinsky’ego. Byłem wówczas pod olbrzymim wrażeniem jego najnowszego filmu: „El Aura”. Zresztą najwyraźniej nie tylko ja…

W miniony poniedziałek w Buenos Aires argentyńscy krytycy filmowi rozdali swe coroczne nagrody „Cóndor de Plata”. Bielinsky i „El Aura” otrzymali aż sześć z nich: za najlepszy film, za najlepszą reżyserię, za najlepszy scenariusz, za najlepszą rolę męską (Ricardo Darín), za najlepsze zdjęcia (Checo Varese) i najlepszy dźwięk. Pełen tryumf więc.

Fabian Bielinsky

Fabián Bielinsky (po środku) na poniedziałkowej ceremonii rozdania nagród argentyńskich krytyków filmowych. Towarzyszą mu aktorzy, którzy w „El Aura” zagrali główne role: Dolores Fonzi i Ricardo Darín. (fot: La Nación).

Fabián Bielinsky nagrody odebrał osobiście i – korzystając z okazji – wygłosił dość dramatyczną przemowę w obronie kina argentyńskiego i latynoskiego, które jest coraz bardziej spychane przez holywoodzkie superprodukcje do coraz mniejszych sal kinowych. Także w Ameryce Łacińskiej.

Planowałem, że w najbliższych dniach napiszą coś więcej o całej ceremonii „Cóndor de Plata”. Nie napiszę.

W czwartek rano w hotelu Marriott w brazylijskim São Paulo znaleziono bowiem… ciało Fabiána Bielinsky’ego.

Zmarł w swoim pokoju, w łóżku, wszystko wskazuje że na zawał serca. Miał 47 lat.

Argentyńczyk pojechał do Brazylii aby przeprowadzić casting do filmu reklamowego, który miał wkrótce kręcić. A także aby wziąć udział w rozpoczynającym się wkrótce w tym mieście I Festiwalu Filmu Latynoamerykańskiego.

Jego śmierć wprawiła w Argentyńczyków w osłupienie, zupełnie zaskoczeni byli także najbliźsi współpracownicy reżysera i jego rodzina. Bielinsky miał wprawdzie kłopoty z nadciśnieniem, ale nie narzekał na żadne poważniejsze kłopoty ze zdrowiem. „Odszedł w najlepszym momencie swej kariery” – napisała argentyńska agencja prasowa DyN. A stołeczny dziennik La Nación stwierdził wręcz: „Był on największą nadzieją argentyńskiego kina. I nie ma na horyzoncie nikogo, kto mógłby go zastąpić”.

I niestety La Nación ma chyba rację…

1

El aura

Fabián Bielinsky. Miłośnicy latynoskiego kina, jeśli jeszcze nie znają, to na pewno powinni zapamiętać to nazwisko. Bo to zdolna bestia! Obejrzałem właśnie drugi pełnometrażowy film jaki nakręcił ten 47-letni argentyński reżyser. I podobnie jak jego debiut – znany chyba z polskich ekranów kinowych „Nueve reinas” (Dziewięć królowych) – jest także naprawdę bardzo dobry.

elauraEl aura”, bo o ten film właśnie chodzi, to opowieść o zmagającym się z epilepsją i dość zmęczonym życiem wypychaczem zwierząt (à propos – czy istnieje jakieś polski fachowy odpowiednik hiszpańskiego, angielskiego, francuskiego słowa „taxidermist(a)(e)”?), którego skrytym hobby jest… wymyślanie perfekcyjnych scenariuszy napadów i kradzieży.

Oczywiście nigdy ich nie realizuje, brzydząc się głupotą prawdziwych złodziei i policjantów, których brak inteligencji – uważa – jest podstawowym powodem tego, że większość napadów się nie udaje, bądź kończy tragicznie. Któregoś dnia jednak, mimo że jest przeciwnikiem zabijania zwierząt, daje się namówić na weekendowe polowanie w okolicach Bariloche. Te kilka dni z dala od Buenos Aires obfitować będzie w cały szereg niespodzianek. Bohater, poniekąd wbrew swej woli, z teoretyka stanie się praktykiem…

Jeśli lubicie mroczne, powolne klimaty w stylu Davida Lyncha to na pewno film ten jest dla Was. Jest też on okazją do podziwiania pięknych argentyńskich pejzaży. Nie próbujcie ich jednak później odszukiwać – filmowy Lauquen, tak naprawdę nie istnieje. „El aura” kręcony był w górzystych okolicach Bariloche i w rejonach – znajdującego się po drugiej stronie kraju, na atlantyckim wybrzeżu – kurortu Pinamar.

Główną rolę w filmie gra, znany także ze wspomnianych już „Nueve reinas”, świetny Argentyńczyk Ricardo Darín. A tylułowa „El aura” to… aura – zwany tak samo w języku polskim moment poprzedzający niektóre ataki epilepsji: „chwila prawdziwego spokoju, gdy wszystko się oddala, traci swe znaczenie” – jak w którymś momencie tłumaczy bohater filmu.

1
Notatka na marginesie

Symbolika flagi i godła Wenezueli

Jeden z czytelników tierralatina.pl poprosił niedawno, przy okazji zmiany narodwych insygniów Wenezueli, o wytłumacznie symboliki kolorów znajdujących się na wenezuelskiej fladze, oraz elementów godła tego kraju.

Zacznę od rzeczy bardziej prostej, czyli flagi:

banderanew1

  • Żółty symbolizuje bogactwo Wenezueli
  • Niebieski morze dzielące to państwo od Hiszpanii
  • Czerwony to, oczywiście, krew przelana podczas walki o niepodległość.

Z godłem sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, bowiem składa się ono z bardzo wielu elementów. Ale po kolei:

  • W lewej, górnej, czerwonej kwarcie znajduje się snop zboża, symbolizujący jedność kraju. Do czasu niedawnej reformy symboli narodowych liczył on 20 kłosów, obecnie jest ich 24 – tyle ile stanów liczy Wenezuela.
  • W prawej, górnej, żółtej kwarcie są dwie skrzyżowane wenezuelskie flagi oraz broń, jako symbol walki o niepodległość. Hugo Chávez do dzidy i szpady dodał ostatnio maczetę, łuk i strzałę – jako symbol trydycyjnej broni używanej przez Indian, rolników i potomków afrykańskich niewolników.
  • W dolnej, niebieskiej, połowie godła jest biały koń, znany w heraldyce jako reprezentacja wolności i niezależności. Aktualny prezydent nadał mu dodatkowe znaczenie – obracając go o 180 stopni, w taki sposób, że obecnie galopuje w lewą stronę – uznał że koń jest także symbolem kierunku politycznego jaki, pod jego rządami, obrał ten kraj.

escudonuevoGodło zwieńczone jest dwoma skrzyżowanymi rogami obfitości. Podczas ostatniej reformy Chávez zatknął w nie narodowe owoce i kwiaty, m.in. orchideę i kakao.

Po bokach godła są dwie gałęzie – palmowa i oliwna. Ich symboliki niestety nie znam.

Pod herbem znajduje się wstęga w narodowych kolorach, na której widnieją zapisane złotymi literami najważniejsze daty z historii Wenezueli oraz oficjalna nazwa kraju:

  • po lewej stronie – 19 de abril 1810, Independencia
  • po prawej stronie – 20 de febrero 1859, Federación
  • i na dole: República Bolivariana de Venezuela

I to chyba wszystko.

2

Z samolotu do kolejki linowej?

Być może taka właśnie przesiadka – z samolotu do kolejki linowej – już wkrótce będzie możliwa w stolicy Wenezueli, Caracas. Propozycję wybudowania takiego połączenia między Międzynarodowym Portem Lotniczym Simón Bolívar, a centrum miasta (a dokładniej stacją Propatria lokalnego metra) zgłosili kilka dni temu Austriacy. I twierdzą, że ich znana z konstrukcji tego typu urządzeń firma Dopplemayr może zbudować takie połączenie w 5-6 miesięcy.

Wenezuelczycy są wstępnie zainteresowani. Prawdę powiedziawszy nie mają wyjścia, bo sytuacja ich znajdującego się w Maiquetía pod Caracas międzynarodowego lotniska jest co najmniej kryzysowa. 5 stycznia zamknięto bowiem jedyną łączącą port lotniczy ze stolicą 22-kilometrową autostradę, bo… zawalił się jeden z mostów na tej trasie! I obecnie ruch między 5 milionową metropolią, a jej lotniczym oknem na świat odbywa się maleńkimi, będącymi w bardzo złym stanie, lokalnymi drogami…

Podróż, która jeszcze niedawno trwała 20 minut, wydłużyła się do minimum 2-3 godzin, bo tyle średnio trwa zalecany objazd przez Carayaca. W godzinach największego szczytu przejazd ten trwac może jednak nawet i ponad 6 godzin! Jest wprawdzie też trochę krótsza droga, przez slumsy w La Guaira, ale to podróż tylko dla śmiałków – wielokrotnie już samochody jadące tą trasą były napadane.

Austriacy zapewniają, że proponowane przez nich rozwiązanie umożliwiłoby transport do 3 tysięcy osób na godzinę w każdym z kierunków, co aż nadto spełnia aktualne potrzeby lotniska. Świadomi niechęci wenezuelskich władz do zagranicznych, prywatnych koncernów zaproponowali, że Dopplemayr wykona jedynie projekt, dostarczy niezbędnych technologii, lecz samą budowę powierzy lokalnym firmom.

Taki układ sprawdził się już kilka lat temu przy odbudowie turystycznej kolejki linowej, która łączy wenezuelską stolicę ze szczytem Pico El Avila, znajdującym się w Parku Narodowym o tej samej nazwie. I skoro już o tym szczycie mowa… Na samym jego wierzchołku od lat straszy wieżowiec-widmo, jeden z symboli dezorganizacji Wenezueli.

To Hotel Humboldt, kiedyś najbardziej ekskluzywne miejsce wenezuelskiej stolicy, z widokiem na całą metropolię z jednej strony i na ocean z drugiej, z basenem i… sztucznym lodowiskiem, co jak na tropikalne miasto jest ewenementem. Niestety polityczne zawirowania sprawiły, że w latach 70-tych po raz pierwszy, i potem w połowie lat 80-tych po raz drugi, hotel zamknięto, zrabowano i zniszczono…

Rząd Chaveza obiecuje, że przywróci Humboldtowi dawną świetność. Inwestycja się jednak ślimaczy, jak każde tego typu inwestycje w krajach znanych z wszechobecnej korupcji. Wenezuelczycy żartują, że renowacja hotelu tak na dobre ruszy dopiero gdy wszyscy odpowiedzielni za nią dyrektorowie wyremontują i rozbudują swe własne wille… Skąd my to znamy

Ale, żeby oddać papieżowi co papieskie, a Chavezowi to co chavezkie, przyznać trzeba, że coś się powolutku rusza. W 2001 roku ponownie ruszyła zmodernizowana właśnie pod kierownictwem Austriaków kolejka linowa. Ruszyło też lodowisko. A hotel… można obecnie zwiedzać w grupach z przewodnikiem! Wjazd na górę kosztuje ok. 13 dolarów co dla przeciętnego Wenezuelczyka jest ceną zaporową, ale co tam – elita i turyści mogą się zabawić!

Wracając do lotniska i proponowanej przez Austriaków kolejki. Mer Caracas, Juan Barreto, już oświadczył, że pomysł bardzo mu się podoba. Decyzję o jego realizacji podjąć musi jednak rząd centralny…

0

Miny i kłamstwa Augusto Pinocheta

W ostatnich miesiącach nie było chyba tygodnia w którym Chilijczycy nie poznawaliby kolejnych kłamstw byłego dyktatora Augusto Pinocheta.

Pamiętam, gdy pierwszy raz – w 2002 roku – odwiedziłem Chile, kraj ten był wyraźnie podzielony na dwa niemal tej samej wielkości obozy: przeciwników i zwolenników generała. Wiele od tego czasu się jednak zmieniło. Tych ostatnich jest teraz znacznie mniej…

Nawet najbardziej radykalni prawicowi chilijscy politycy jak ognia obecnie unikają jakichkolwiek odwołań do pinochetowskiego rodowodu. I paradoksalnie nie chodzi tu o wstyd, czy żal wobec zbrodni wojskowego reżimu. Wielu nadal uważa, że było to „zło konieczne” w obliczu zagrożenia „lewacka rewolucją” w 1973 roku.

Trudno jednak znaleźć im wytłumaczenie w jaki sposób ten, którego uważali za narodowego bohatera i który zawsze powtarzał, że poświęcił wiele lat swego życia dla dobra kraju, zgromadził na zagranicznych kontach dziesiątki milionów dolarów. I na dodatek przez lata, wraz z całą swoją rodziną i współpracownikami nie płacił żadnych podatków…

Paradoksalny efekt tego jest taki, że Pinochet być może uniknie procesów związanych z ponad 5 tysiącami zabitych i zaginionych podczas jego rządów, ale raczej nie ucieknie przed karą za liczne przestępstwa podatkowo-skarbowe…

Jedyne co może go przed nią uratować to śmierć. Stan jego zdrowia jest bowiem taki, że dziadek Augusto może nawet nie doczekać swych 90-tych urodzin, 25 listopada. Znajomy Chilijczyk, gdy świętowaliśmy rozpoczęcie Nowego Roku w Santiago ostrzegał mnie: „Zobaczysz, w najbliższych miesiącach umrze niestety i Papież i Pinochet”. Pierwsza część jego przepowiedni już się sprawdziła. A znajomy wcale nie jest pinochetystą. Jak wielu jego rodaków obawia się jedynie, że śmierć sprawi, że nie będzie miał satysfakcji zobaczenia generała na ławie oskarżonych.

Perspektywa śmierci Pinocheta spędza też sen z oczu aktualnemu rządowi. Bo organizacja jego pogrzebu będzie nie lada problemem. Generał, jako były prezydent i dożywotni senator ma bowiem pełne prawo do honorowego pochówku. Ale jak zorganizować taką ceremonię wiedząc, że dziesiątki tysięcy osób będą na pewno protestować przeciw oddawaniu hołdu byłemu dyktatorowi?

I – przede wszystkim – gdzie go pochować?

Pinochetowie mają wprawdzie swój okazały, rodzinny grobowiec na Cemeterio General w Santiago, lecz jest raczej mało prawdopodobne aby spoczęło w nim ciało generała. Jest bowiem niemal pewne, że szybko doszłoby do jego zbeszczeszczenia. Nienawiść niektórych ludzi do generała jest bowiem większa od szacunku dla tej pięknej nekropolii, na której spoczywają w dodatku dziesiątki znanych ofiar pinochetowskich rządów. Nawet grób Salvadora Allende – lewicowego prezydenta obalonego przez Pinocheta, znajduje się w bardzo niewielkiej odległości od jego rodzinnego grobowca. A pomnik generała Carlosa Pratsa, byłego głównodowodzącego chilijskiej armii, który sprzeciwił się planowi przewrotu wojskowego i zmuszony został do ucieczki do Argentyny, gdzie i tak później został wraz z żoną zamordowany przez agentów tajnej chilijskiej policji politycznej DINA, jest zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego…

Oficjalnie wciąż więc nie wiadomo jaki jest pomysł władz na pochowanie Augusto Pinocheta i uniknięcie skandalu ze niechybnym zniszczeniem jego grobu. Postawienie przed nim gwardii raczej nie wchodzi w rachubę, bo przecież odebrane zostałoby jako bezprecedensowy honor i tylko prowokowałoby antypinochetowskich ekstremistów.

Swego czasu przebąkiwano o możliwości wybudowanie nowego grobowca na terenie siedziby Fundacji Pinocheta. Plan spalił jednak na panewce, gdyż właściciel terenu nie tylko nie zgodził się na to aby Fundacja go od niego odkupiła, ale wręcz wymówił na początku tego roku umowę o najem.

Jak później przyznał nawet taki, czysto handlowy, związek z Pinochetem – a raczej tylko jego imieniem – szkodził mu w interesach… Jak widać definitywnie skończyły się czasy, gdy związki z rodziną generała były w Chile kluczem do sukcesu…

Nieoficjalnie mówi się teraz, że być może generał po prostu pochowany zostanie na terenie jednej ze swych wielu dobrze chronionych posesji… Zobaczymy.

Waracając do kłamstw i kłamstewek Pinocheta…

Jednym z ostatnich ujawnionych jest sprawa pól minowych na chilijskich granicach. Generał bowiem nie tylko trzymał w cuglach cały swój kraj, ale też pokłócił się ze wszystkimi jego sąsiadami, udzielając np. logistycznej pomocy Wielkiej Brytanii w wojnie z Argentyną o Falklandy/Malwiny. Pinochet groził też swego czasu wojną Boliwii, z którą Chile, z powodu ponad wiekowego konfliktu o dostęp do morza, do dziś dzień nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych. Do wojny oczywiście nie doszlo, skończyło się na zaminowaniu znacznych obszarów strefy przygranicznej z tym krajem. Reżim Pinocheta nie robił z tego tajemnicy.

Oficjalnie widomo było, że na rozkaz generała, głównie wzdłuż drogi łączącej Arica z La Paz, zakopano 22 tysiące 988 min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych. Czasy się na szczęście zmieniły i od ubiegłego roku miny te ostrożnie są usuwane. W ubiegłym tygodniu chilijski minister obrony Jaime Ravinet, wraz ze swym boliwijskim odpowiednikiem Gonzalo Mendezem, wspólnie celebrowali zakończenie pierwszego etapu deminażu, czyli zniszczenia 4 tys. 400 odkopanych śmiertelnych pułapek.

Uroczystość ta, celebrowana na 25-stopniowym mrozie, który o tej porze roku jest na andyjskim Altipiano czymś zupełnie normalnym na pewno nie była ostatnią w swym rodzaju. Ravinet ujawnił bowiem, że liczby podawane przez Pinocheta nie były prawdziwe. Z dokumentów odnalezionych niedawno w archiwach chilijskiej armii wynika bowiem, że na polach minowych wzdłuż granicy z Boliwią znajduje się co najmniej… 196 tys. 727 ładunków wybuchowych!

Chilijscy eksperci szacują, że usuwanie ich trwać będzie przynajmniej 30 najbliższych lat. A inne pola minowe, na szczęście dużo mniejsze, są też w pobliżu niektórych części granicy z Peru i Argentyną. To militarne szaleństwo Pinocheta pociągnęło już niestety za sobą wiele ofiar. Oficjalne statystyki mówią, że na granicznych polach minowych od 1997 roku, kiedy to oficjalnie je pozakładano, zginęły do tej pory 123 osoby – 75 chilijskich żołnierzy i 48 cywilów (27 Chilijczyków, 15 Peruwiańczyków i 6 Boliwijczyków). Ofiary cywilne to głównie mieszkający w strefie przygranicznej pasterze…

I pewnie na tym się nie skończy. 30 lat to kupa czasu…

2

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.