Tag Archives | Chile

Cytat

Historia kołem się toczy…

Venezuela me dio lo que yo no tenía, lo que no habría podido tener en Chile nunca, que fue una manera sensual de ver el mundo. Y eso, una vez que lo incorporé, me sirvió para la vida, para la literatura. Yo no habría podido escribir La Casa de los Espíritus si me hubiera quedado en Chile. Ese libro es cierto que responde a la nostalgia por Chile, pero tiene todo el color y el sabor de haber vivido en Venezuela. Yo más nunca volví a vivir en Chile. La dictadura duró 17 años, y en ese tiempo tus hijos crecen en otro país. No te los vas a llevar de vuelta. Me costaron mucho los dos primeros años en Caracas, porque no entendía las reglas del juego, que eran tan distintas a las chilenas. No entendía o no aceptaba, la alegría venezolana, la exuberancia, la abundancia, las ganas de parranda. Chile es un país muy sobrio, y venía de una dictadura brutal. Yo venía de un invierno cerrado, severo, y caigo en esta Venezuela hedonista, entonces me costó habituarme. Pero una vez que la acepté, la amé. Venezuela siempre fue un país que recogió gente, que acogía a los que venían de otros países escapando de la violencia, la miseria, y de las dictaduras. Venezuela era el país que tenía las puertas abiertas siempre, y ahora les toca a ellos irse...
Isabel Allende
0
Film

Rower w mieście?

Rower w mieście? Osobiście wielkim fanem nie jestem. Wolę komunikację miejską. Wzglednie samochód. A w sumie najchętniej chodzę. Bardzo lubię łazić po miastach bez celu, gubić się, kluczyć, obserwować.

Niemniej to co powyżej robi na mnie olbrzymie wrażenie. To nagranie z ubiegłotygodniowego Cerro Abajo, dorocznej imprezy organizowanej w chilijskim Valparaiso i uchodzącej za najtrudniejsze na świecie zawody w dyscyplinie zwanej urban downhill.

Tutaj kamera zamontowana była na kasku Kolumbijczyka, Marcela Gutierreza. Wygrał. A na mecie powiedział: –To była walka ze strachem. Bałem się potwornie.

Ja też. Oglądając. 😉

0

Chinchineros – chilijska specjalność

Pamiętam jak podczas mojej pierwszej podróży do Chile, która była też mym absolutnie pierwszym kontaktem z Ameryką Łacińską, zobaczyłem na Plaza de Armas w Santiago wirującego faceta, wybijającego szaleńczy rytm na wielkim bębnie niesionym jak plecak. Tłumy przechodziły obok praktycznie nie zwracając na niego uwagi, a ja stałem z rozdziwioną gębą i nie mogłem od niego oderwać wzroku. Ta fascynacja nie ustąpiła nawet gdy skończył – po wykręceniu tylu piruetów normalny człowiek runąłby na ziemie, a on spoklojnie chodził z kapeluszem w ręku. No więc oddałem mu wszystko co miałem w kieszeni. Nie było to oszałamiająco dużo, ale na pewno kilkanaście razy więcej niż tradycyjne wynagrodzenie dla ulicznego artysty. Był więc zdziwiony nie mniej niż ja. Coś do mnie powiedział, ale ja wówczas po hiszpańsku nie umiałem nawet liczyć do dziesięciu. Nie specjalnie sobie więc pogadaliśmy i w sumie skończyło się na wzajemnych uśmiechach…

Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że w taki oto sposób poznałem chinchinero. Wówczas myślałem, że to po prostu odizolowany artysta z wymyślonym przez siebie instrumetem. Tymczasem chinchineros to chyba najbardziej charakterystyczni przedstawiciele chilijskiego folkloru. Nie tego indiańskiego, lecz wielkomiejskiego. Tak jak Warszawa miała przed wojną swe chodzące od podwórka do podwórka kapele, tak jak Buenos Aires ma tango, tak Santiago ma swych chinchineros.

Tradycja ta nie jest jakoś przesadnie długa. Historycy uważają, że pierwsi chinchineros pojawili się na ulicach Valparaiso na początku minionego wieku. To właśnie to portowe miasto jest ich historyczną kolebką. Paradoksalnie wynalazcą instrumentu używanego przez chinchineros i jego pierwszą konstruktorką była mieszkająca w Valparaiso kobieta. Paradoksalnie, bo bycie chinchinero to zajęcie stricte męskie. Grają mali chłopcy, młodzieńcy, mężczyźni, czasem nawet staruszkowie, ale nigdy nie kobiety.

Instrument jest w sumie bardzo prosty – to noszony na plecach duży bęben (un bombo) z przymocowanym do niego u góry hi-hatem, czyli dwoma talerzami perkusyjnymi (platillos) poruszanymi za pośrednictwem linki łączącej je z butem chinchinero.

Ale tak jak konstrukcja instrumentu jest prosta, tak granie na nim jest skomplikowane i wymaga bardzo długiego treningu. Chinchinero uderza w bęben i perkusję specjalnymi długimi pałkami, czasem wiklinowymi bądź metalowymi witkami. Perkusyjny rytm wybijać też może odpowiednimi ruchami nogą. Wyczucie rytmu i wyjątkowa koordynacja są niezbędne. Zwłaszcza, że dobry chinchinero nie ogranicza się do grania. On gra tańcząc, wirując, podskakując, przekładając nogę za nogę… Niesamowite widowisko.

Ten akurat spektakl chinchineros nakręciłem aparatem fotograficznym, który z definicji kamerą nie jest, więc wybaczcie mierną jakość. Zwłaszcza, że to nocny występ:

Tradycyjnie chinchineros byli akompaniatorami kataryniarzy. Jednak obecnie kataryniarze są już, nawet w Chile, wymierającym gatunkiem, więc chinchineros widuje się przede wszystkim solo. A dokładniej w duetach. Granie i to szaleńcze tańczenie jest fizycznie wyczerpujące więc występ w parze występ trwać może po prostu dłużej.

Z uwagi na znaczną długość nauki sztuki chinchinerowania, jest to zajęcie, które przechodzi bardzo często z ojca na syna. Zresztą nierzadko widuje się muzyków z kilku, kilkunasto-letnimi pociechami. I bywają już wśród nich wirtuozi:

Przez długie lata chinchineros byli w Chile przez znaczną część społeczeństwa pogardzani. Marszałek Dorn powiedziałby pewnie o tej części „wykształciuchy”… Dla bogatych mieszczan chinchineros byli bowiem tylko żebrzącymi przedstawicielami biednych, robotniczych dzielnic i niczym więcej, na pewno nie sztuką. Za Pinocheta, który folklor traktował z pogardą, grający tancerze byli wręcz przepędzani z centr miast przez carabiñeros.

Teraz się to jednak zmienia. Chinchineros mają swoje branżowe stowarzyszenie, podpisują kontrakty z ministerstwem kultury, uczestniczą w promowaniu Chile za granicą i często są zapraszani na międzynarodowe festiwale folklorystyczne.

A Wam jak się podobają?

10
Odnośnik

Jak uzdrowiłem Chile?

O reformach gospodarczych jakie przeprowadzono w Chile podczas reżimu Pinocheta napisano już bardzo wiele. I nikt rozsądny chyba nie zaprzecza, że rzeczywiście chilijska gospodarka bardzo się w owym czasie rozwinęła. Mówiąc o tym nie można, oczywiście, zapominać o towarzyszącym ówczesnym reformom zamordyźmie, o zbrodniach reżimu, a także o przepaści między biednymi i bogatymi, która podczas wojskowej dyktatury bardzo się pogłębiła. Nie powinno się także przesadnie gloryfikować tych gospodarczych osiągnięć, bowiem wiele eksperymentów nie zdało, na dłuższą metę, egzaminu.

Wszystkich tych, których interesuje historia przekształceń gospodarczych w pinochetowskim Chile czeka pasjonująca lektura. Hernán Büchi Buc, minister finasów w końcowym okresie rządów Pinocheta, opublikował właśnie na stronach słynnej konserwatywnej amerykańskiej fundacji Heritage artykuł, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Jak uzdrowiłem Chile”.

Z Büchi Bucem można się nie zgadzać, zwłaszcza że jego tekst z założenia nie jest obiektywny, jednak przeczytać go zdecydowanie warto. Nawet tylko po to, aby później skrytykować…

Dla tych, którzy w zawiłościach chilijskiej historii nie do końca się orientują dodam, że Hernán Büchi Buc nie należał do słynnych Chicago Boys, którzy w latach 70-tych wcielali w życie w Chile ultraliberalne recepty Miltona Friedmana. On raczej naprawiał szkody przez nich wyrządzone. To on wciągnął Chile z gospodarczej zapaści początku lat 80-tych, uważając że państwo musi mieć jednak pewną kontrolę nad wolnym rynkiem. Ża nie można wszystkiego puścić „na żywioł”, jak uważali jego poprzednicy…

Hernán Büchi Buc był także, w 1989 roku – podczas pierwszych demokratycznych wyborów zamykających dyktaturę Pinocheta, kandydatem centroprawicowej koalicji Renovación Nacional na fotel prezydenta Chile. Otrzymał jednak niespełna 30 proc. głosów, podczas gdy opozycyjnego kandydata Patricio Alywina poparło aż ponad 55 proc. wyborców. W chwili obecnej były minister kieruje jednym z prywatnych uniwersytetów w Santiago, założonym przez siebie i promującym neoliberalizm Instytutem Wolność i Rozwój, oraz zasiada w dyrekcjach i radach nadzorczych kilku dużych, znanych chilijskich firm.

0

Miny i kłamstwa Augusto Pinocheta

W ostatnich miesiącach nie było chyba tygodnia w którym Chilijczycy nie poznawaliby kolejnych kłamstw byłego dyktatora Augusto Pinocheta.

Pamiętam, gdy pierwszy raz – w 2002 roku – odwiedziłem Chile, kraj ten był wyraźnie podzielony na dwa niemal tej samej wielkości obozy: przeciwników i zwolenników generała. Wiele od tego czasu się jednak zmieniło. Tych ostatnich jest teraz znacznie mniej…

Nawet najbardziej radykalni prawicowi chilijscy politycy jak ognia obecnie unikają jakichkolwiek odwołań do pinochetowskiego rodowodu. I paradoksalnie nie chodzi tu o wstyd, czy żal wobec zbrodni wojskowego reżimu. Wielu nadal uważa, że było to „zło konieczne” w obliczu zagrożenia „lewacka rewolucją” w 1973 roku.

Trudno jednak znaleźć im wytłumaczenie w jaki sposób ten, którego uważali za narodowego bohatera i który zawsze powtarzał, że poświęcił wiele lat swego życia dla dobra kraju, zgromadził na zagranicznych kontach dziesiątki milionów dolarów. I na dodatek przez lata, wraz z całą swoją rodziną i współpracownikami nie płacił żadnych podatków…

Paradoksalny efekt tego jest taki, że Pinochet być może uniknie procesów związanych z ponad 5 tysiącami zabitych i zaginionych podczas jego rządów, ale raczej nie ucieknie przed karą za liczne przestępstwa podatkowo-skarbowe…

Jedyne co może go przed nią uratować to śmierć. Stan jego zdrowia jest bowiem taki, że dziadek Augusto może nawet nie doczekać swych 90-tych urodzin, 25 listopada. Znajomy Chilijczyk, gdy świętowaliśmy rozpoczęcie Nowego Roku w Santiago ostrzegał mnie: „Zobaczysz, w najbliższych miesiącach umrze niestety i Papież i Pinochet”. Pierwsza część jego przepowiedni już się sprawdziła. A znajomy wcale nie jest pinochetystą. Jak wielu jego rodaków obawia się jedynie, że śmierć sprawi, że nie będzie miał satysfakcji zobaczenia generała na ławie oskarżonych.

Perspektywa śmierci Pinocheta spędza też sen z oczu aktualnemu rządowi. Bo organizacja jego pogrzebu będzie nie lada problemem. Generał, jako były prezydent i dożywotni senator ma bowiem pełne prawo do honorowego pochówku. Ale jak zorganizować taką ceremonię wiedząc, że dziesiątki tysięcy osób będą na pewno protestować przeciw oddawaniu hołdu byłemu dyktatorowi?

I – przede wszystkim – gdzie go pochować?

Pinochetowie mają wprawdzie swój okazały, rodzinny grobowiec na Cemeterio General w Santiago, lecz jest raczej mało prawdopodobne aby spoczęło w nim ciało generała. Jest bowiem niemal pewne, że szybko doszłoby do jego zbeszczeszczenia. Nienawiść niektórych ludzi do generała jest bowiem większa od szacunku dla tej pięknej nekropolii, na której spoczywają w dodatku dziesiątki znanych ofiar pinochetowskich rządów. Nawet grób Salvadora Allende – lewicowego prezydenta obalonego przez Pinocheta, znajduje się w bardzo niewielkiej odległości od jego rodzinnego grobowca. A pomnik generała Carlosa Pratsa, byłego głównodowodzącego chilijskiej armii, który sprzeciwił się planowi przewrotu wojskowego i zmuszony został do ucieczki do Argentyny, gdzie i tak później został wraz z żoną zamordowany przez agentów tajnej chilijskiej policji politycznej DINA, jest zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego…

Oficjalnie wciąż więc nie wiadomo jaki jest pomysł władz na pochowanie Augusto Pinocheta i uniknięcie skandalu ze niechybnym zniszczeniem jego grobu. Postawienie przed nim gwardii raczej nie wchodzi w rachubę, bo przecież odebrane zostałoby jako bezprecedensowy honor i tylko prowokowałoby antypinochetowskich ekstremistów.

Swego czasu przebąkiwano o możliwości wybudowanie nowego grobowca na terenie siedziby Fundacji Pinocheta. Plan spalił jednak na panewce, gdyż właściciel terenu nie tylko nie zgodził się na to aby Fundacja go od niego odkupiła, ale wręcz wymówił na początku tego roku umowę o najem.

Jak później przyznał nawet taki, czysto handlowy, związek z Pinochetem – a raczej tylko jego imieniem – szkodził mu w interesach… Jak widać definitywnie skończyły się czasy, gdy związki z rodziną generała były w Chile kluczem do sukcesu…

Nieoficjalnie mówi się teraz, że być może generał po prostu pochowany zostanie na terenie jednej ze swych wielu dobrze chronionych posesji… Zobaczymy.

Waracając do kłamstw i kłamstewek Pinocheta…

Jednym z ostatnich ujawnionych jest sprawa pól minowych na chilijskich granicach. Generał bowiem nie tylko trzymał w cuglach cały swój kraj, ale też pokłócił się ze wszystkimi jego sąsiadami, udzielając np. logistycznej pomocy Wielkiej Brytanii w wojnie z Argentyną o Falklandy/Malwiny. Pinochet groził też swego czasu wojną Boliwii, z którą Chile, z powodu ponad wiekowego konfliktu o dostęp do morza, do dziś dzień nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych. Do wojny oczywiście nie doszlo, skończyło się na zaminowaniu znacznych obszarów strefy przygranicznej z tym krajem. Reżim Pinocheta nie robił z tego tajemnicy.

Oficjalnie widomo było, że na rozkaz generała, głównie wzdłuż drogi łączącej Arica z La Paz, zakopano 22 tysiące 988 min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych. Czasy się na szczęście zmieniły i od ubiegłego roku miny te ostrożnie są usuwane. W ubiegłym tygodniu chilijski minister obrony Jaime Ravinet, wraz ze swym boliwijskim odpowiednikiem Gonzalo Mendezem, wspólnie celebrowali zakończenie pierwszego etapu deminażu, czyli zniszczenia 4 tys. 400 odkopanych śmiertelnych pułapek.

Uroczystość ta, celebrowana na 25-stopniowym mrozie, który o tej porze roku jest na andyjskim Altipiano czymś zupełnie normalnym na pewno nie była ostatnią w swym rodzaju. Ravinet ujawnił bowiem, że liczby podawane przez Pinocheta nie były prawdziwe. Z dokumentów odnalezionych niedawno w archiwach chilijskiej armii wynika bowiem, że na polach minowych wzdłuż granicy z Boliwią znajduje się co najmniej… 196 tys. 727 ładunków wybuchowych!

Chilijscy eksperci szacują, że usuwanie ich trwać będzie przynajmniej 30 najbliższych lat. A inne pola minowe, na szczęście dużo mniejsze, są też w pobliżu niektórych części granicy z Peru i Argentyną. To militarne szaleństwo Pinocheta pociągnęło już niestety za sobą wiele ofiar. Oficjalne statystyki mówią, że na granicznych polach minowych od 1997 roku, kiedy to oficjalnie je pozakładano, zginęły do tej pory 123 osoby – 75 chilijskich żołnierzy i 48 cywilów (27 Chilijczyków, 15 Peruwiańczyków i 6 Boliwijczyków). Ofiary cywilne to głównie mieszkający w strefie przygranicznej pasterze…

I pewnie na tym się nie skończy. 30 lat to kupa czasu…

2

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.