Tag Archives | Ekwador

Owoce trzeba jednak myć!

Okazuje się, że rodzicie (i generalnie starsi) czasem mówią jednak prawdę. Że ich rady bywają słuszne, a młodzi – choć im się prawie zawsze wydaje że są mądrzejsi – często się mylą.

Np. nie mam pojęcia ile razy usłyszałem w dzieciństwie i młodości, że owoce przed zjedzeniem trzeba zawsze myć. Że są brudne, nawożone i Bóg wie co jeszcze… No ale byłem mądrzejszy: ok, myślałem, umyć mogę jabłka, winogrona i inne śliwki, które konsumuje się ze skórką. No ale przecież nie ma sensu mycie pomarańczy, czy np. arbuzów. Jem przecież ich środek, a skóre tak czy inaczej wyrzucam – sobie tłumaczyłem.

Musiało minąć ponad 30 lat mojego życia, zanim zrozumiałem jak bardzo się myliłem. A ile chemii wcześniej pożarłem, wie tylko moja wątroba… 🙂

Obajwienie nadeszło w Ekwadorze, gdy zwiedzałem plantację ananasów – owoców, które bardzo lubię, ale których nigdy nie myłem przed obraniem. Ba, nie przeszło mi nawet przez głowę, że możnaby je umyć. Po jakiego czorta to robić skoro jego łuskowatą skorupę i tak się odcina?

W Ekwadorze zobaczyłem jednak to:

ananasy1

Pracownicy przygotowujący ananasy do wysłania do Europy noszą ochronne okulary, specjalne fartuchy, filtry oddechowe i grube, długie, gumowe rękawice. I to wszystko mimo upału. Na plantacji, która ma wszystkie niezbędne certyfikaty, aby sprzedawać produkowane przez siebie owoce jako pochodzące z ekouprawy.

ananasy2Bo my rzeczywiście używamy niezwykle mało chemii, w porównaniu z niektórymi innymi plantacjami. Chyba mniej się nie da” – tłumaczył mi później Manuel, jeden z szefów produkcji. „Zupełnie bez chemii można uprawiać owoce na rynek lokalny, ale gdy trzeba je wysłać zagranicę, a zwłaszcza na inny kontynent, wtedy konieczne jest użycie różnych konserwantów, oraz produktów antypleśniowych i antygrzybicznych. W przeciwnym razie zgniją, albo zostaną pożarte przez szkodniki w trakcie transportu” – dodał.

Reasumując: owoce te mają na zewnątrz tyle chemii, że obierając je przenosimy ją rękoma lub nożem do środka owocu, a potem zjadamy. I zdrowe to na pewno nie jest. Nawet jeśli ma eko-świadectwo.

banawodaPryskane przed podróżą są niemal wszystkie tropikalne owoce z wyjątkiem bananów, które w dodatku są zawsze przed eksportem bardzo porządnie myte.

Co wcale jednak nie znaczy, że banany są przez to bardziej naturalne. To mycie może bowiem mieć na celu spłukanie… pestycydów, którymi coraz częściej chronione są ich plantacje.

Prawdą jest więc, że podróże kształcą. Mnie np. wizyty na ekwadorskich plantacjach nauczyły myć owoce. Dokładnie. A potem ręce. I dopiero wtedy je obierać i jeść.

A Wy? Zawsze je myjecie?

26

Taaaaka ryba! Czyli łowię merlina w Ekwadorze.

Z Guayaquil jest ciekawa sprawa. Jest to nie tylko najwięlksze miasto Ekwadoru, ale także największy port handlowy tego kraju. To właśnie stąd wyruszają do Stanów Zjednoczonych i Europy ekwadorskie banany. Jednak wbrew temu czego można byłoby się spodziewać, Guayaquil wcale nie leży nad morzem. Port usytuowany jest na brzegach Estero Salado, czyli estuarium rzeki Guayas. Z centrum Guayaquil do brzegu Pacyfiku jest ponad 60 kilometrów. I zresztą jest to odległość tylko teoretyczna, bowiem najbliższe miastu wybrzeże wciąż, na szczęście, pokrywają dzikie lasy mangrowe i jest ono praktycznie niedostępne.

Najbliższą rekreacyjną plażą jest tak na dobrą sprawę Salinas – obrośnięta betonową dżunglą hoteli i apartamentowców i położona ok. 140 kilometrów od portowej metropolii. Kilka dni temu, za namową znajomych, właśnie się tam – wraz z nimi – wybrałem. Oficjalnym celem naszej wycieczki była chęć podejrzenia humbaków – dość widowiskowych wielorybów, które znane są ze spektakularnych wyskoków ponad powierzchnię wody. Co roku dziesiątki, a czasem nawet setki tych morskich ssaków spływają się do zatoki w Salinas, aby… rodzić małe, a także – prawdopodobnie – pracować nad kolejnym potomstwem.

Pracownicy Pescatours, lokalnej agencji która organizuje morskie wycieczki i podglądania wielorybów, lojalnie z góry nas uprzedzili, że trochę się spóźniliśmy. Humbaki w okolicach Salinas gromadzą się od lipca do września, po czym wracają w stronę chłodniejszych wód Północy i Południa. W połowie października w zatoce jest już generalnie pusto. „Zostały tu jeszcze ze dwa trzy ostatnie humbaki, ale tego czy uda się je spotkać nie możemy zagwarantować” – uczciwie uprzedzono nas podczas rozmowy telefonicznej. Zdecydowaliśmy, że zaryzykujemy. A ja osobiście miałem nadzieję, że uda mi się przy okazji przetestować jakiś lokalny klub nurkowy. Ponoć w regionie jest kilka ciekawych wraków…

Do Salinas dotarliśmy w dość pochmurny dzień. Ocean na szczęście wydawał się być relatywnie spokojny. W biurze Pescatours pracownicy byli jednak jeszcze mniej optymistyczni niż przez telefon. Nikt ponoć od kilku dni nie widział żadnego humbaka… No ale delfiny ponoć są zawsze i często bawią się płynąc i wyskakując ponad wodę tuż obok łodzi. No to ruszamy – zdecydowaliśmy!

Szybko okazało się, że Pacyfik wcale nie był taki spokojny na jaki wyglądał z brzegu. Za falochronem portu w Salinas nasza grupka mocno się przerzedziła. Niektórzy, blado-zieloni, padli na koje i starali się oszukać samych siebie, że śpią. Na pokład nie wybawiły ich nawet nasze radosne okrzyki, gdy tuż obok burty pojawiły się ciemne delfinie grzbiety. Także wyśmienite homary (jak on to skubaniec ugotował przy tej huśtawce?) podane przez pokładowego kucharza spotkały się ze zdecydowanym brakiem entuzjazmu z ich strony. I, co najciekawsze, najbardziej chorzy byli ci, którzy najbardziej na ten wyjazd byli napaleni…

Ballena, ballena(wieloryb, wieloryb) – okrzyk naszego kapitana obudziłby nawet martwego. Wszyscy z mniej lub bardziej cienkimi minami pojawili się na górnym pokładzie i zaczęli wytrzeszczać oczy w kierunku wskazywanym przez szefa naszej jednostki. Poza grzywami fal nic tam jednak nie było. Kapitan nie dawał jednak za wygraną: „Ballena, ballena”…

Ci chorzy zaczęli patrzeć na niego jak na wariata i sadystę. On jednak nadal wpatrzony był w jakiś, tylko jemu znany, punkt oceanu. Daleko? Zapytałem się. „Nie daleko, blisko, jakieś 150 metrów przed nami”… Chorzy już chcieli wracać do pozycji horyzontalnej, gdy rzeczywiście coś się w tej wodzie przed nami poruszyło. Coś jakby cień, jakby jakaś nienaturalna dodatkowa fala… Nieeee! To złudzenie… Aż tu nagle…

To było jakby ktoś nagle włączył telewizyjny kanał National Geographic – najpierw, wyraźnie na kilka metrów ponad fale, wytrysnęła fontanna wody. I chwilę potem z wzburzonej toni wyskoczyło w powietrze cielsko prawdopodobnie większe niż nasza, niemała przecież jednostka. Humbaki osiągają długość do 18 metrów i ważyć mogą sporo ponad 50 ton. Mimo szumu wiatru, hałasu maszyn i chlupotu fal, huk jaki ten olbrzym wywołał opadając w morską toń zaskoczył nas wszystkich. „Jak armatni wystrzał.” – opisywał mi kiedyś ten dźwięk chilijski naukowiec, który badaniu wielorybów poświęcił całe swoje życie. Miał rację. Humbak na pożegnanie pokazał nam jeszcze swą tylnią, olbrzymią płetwę. I już więcej go nie widzieliśmy…

I choć cały ten spektakl trwał mniej niż minutę naprawdę warto było dla niego przyjechać do Salinas i wytrzęść się ponad dwie godziny na łodzi! Potwierdzili to nawet chorzy!

Do Salinas trzeba było jednak jeszcze wrócić. Załoga zaproponowała nam abyśmy w drodze powrotnej spróbowali szczęścia z wędką. I choć wędkarzem nie jestem to jednak pomyślałem natychmiast o „Starym człowieku i morzu” Hemingwaya i przede wszystkim o moim nieżyjącym już dziadku, który ryby łowić uwielbiał. I z którym, wiele lat temu, spędziłem sporo czasu nad brzegami jeziora Raduńskiego łowiąc płoty, okonie, a nawet liny. Dziadek przepuszczenia takiej okazji by mi nie podarował – pomyślałem i przystałem na propozycję załogi. Moi znajomi, znawcy Salinas, spojrzeli jendak na mnie jak na naiwnego gringo. Ponoć nie była to ani pogoda, ani godzina, ani nawet miejsce na jakąkolwiek „grubą rybę”…

I rzeczywiście długo nic się nie działo. Siedziałem na rufie lekko otumaniony spalinami i wpatrzony gdzieś gdzie, wydawało mi się, żyłka (a raczej żyła) mojej wędki stykała się z wodą. Na jej końcu był potężny hak ze zdechłą rybą większą od największej płoci jaką kiedykolwiek udało mi się złowić z moim dziadkiem… Nagle poczułem mocne szarpnięcie i usłyszałem przeraźliwe wycie mojego kołowrotka, który z jakąś dziką prędkością wypluwał z siebie dzesiątki metrów żyłki.

Ten charakterystyczny dźwięk natychmiast wyrwał z otępienia załogę. W ciągu dosłownie kilku sekund zostałem posadzony na znajdującym się na rufie specjalnym obrotowym fotelu, przypięty do niego potężnym skórzanym pasem, a wędka połączona została z burtą zabezpieczającą stalową linką. Kapitan zwonił obroty maszyn. Blokuj kołowrotek i kręć, kręć, kręć… ktoś do mnie krzyczał. Czyżby na końcu była ryba? Bo ja w pierwszej chwili naprawdę pomyślałem, że po prostu ciągnięta przeze mnie przynęta o coś zahaczyła.

Szybko jednak poczułem, że to coś znajdujące się na końcu żyłki się rusza, ciągnie, walczy. Że stara się wyrwać mi wędkę, albo – najlepiej – zerwać mnie z pokładu pociągnąć gdzieś w głębiny. Ja byłem z nim jednak scalony solidnym pasem, a wędka zaklinowana w specjalnym otworze mojego siedziska. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko kręcić, kręcić, kręcić i… popuszczać gdy czułem, że żyłka jest bliska pęknięcia. A także liczyć na zdolności kapitana, który w takiej sytuacji musi przez cały czas tak manewrować łodzią, aby łowiona ryba pozostawała zawsze w tyle za nią. Bo ryba głupie nie jest – cały czas próbowała podpłynąć pod jednostkę, jakby doskonale wiedziała, że ewentualne wkręcenie żyłki w śrubę byłoby jej zbawieniem!

Mimo wszystko udało się! Po ponad 20 minutach walki, gdy już mi się wydawało, że odpadnie mi ręka, przy rufie pojawił się niebieski grzbiet z charakterystyczną płetwą – na końcu żyłki miałem błękitnego merlina! Jeszcze pięć minut i przy pomocy załogantów i harpuna stwór był na pokładzie. Naprawdę imponująca. Już w porcie dokładnie ją zważyliśmy – 108 funtów, czyli prawie 50 kilogramów.

Dziadek byłby ze mnie dumny!

Chyba niezła ryba jak na morsko-wędkarski debiut?

Chyba niezła ryba jak na morsko-wędkarski debiut?

18

Quichua w hiszpańskim

Jedną z bardzo mnie fascynujących w Ekwadorze spraw, jest bogactwo używanego tutaj języka hiszpańskiego. Ponieważ jest to kraj o jednej z największych w Ameryce hiszpańskojęzycznej proporcji mieszkańców autochtonicznych, jest w nim sporo słów, wyrażeń i zwrotów zapożyczonych z języka kiczua.

Indianie w Ekwadorze nigdy bowiem nie mówili w keczua. Panowanie Inków trwało tu niespełna 40 lat. Narzucili oni w tym czasie podbitym plemionom swój język, ale ekwadorscy Indianie nie zdążyli m.in. nabyć zdolności wymawiania samogłoski „e”dlatego też ich język nazywa się kiczua (kichwa w kiczua, quichua po hiszpańsku), a nie keczua. I do tej pory używa go na codzień w Ekwadorze około 2,5 miliona osób. Pozostali używają natomiast pochodzących z kiczua zwrotów. Często nie zdając sobie z tego nawet sprawy!

Najpopularnieszym chyba słowem jest guagua, czyli małe dziecko – bobas. Słowo to zna każdy chyba Ekwadorczyk, bo Guagua Pichincha (czyli Mała Pichincha) jest jednym z wulkanów górujących nad stolicą – Quito. Tuż obok znajduje się Rucu Pichincha, czyli Stara Pichincha – rucu, jak łatwo się domyśleć to „stary”. Słowo guagua w odniesieniu do bobasa powszechnie używane jest także w Chile, Peru, Boliwii i części Argentyny. Ale uwaga – to samo słowo w części Ameryki środkowej i na Karaibach (chociażby na Dominikanie) oznacza… miejski autobus (na który to – nawiasem mówiąc – Chilijczycy mówią una micro).

Wracając do Ekwadoru – bardzo popularne są tu także cztery pochodzące z kiczua wyrażenia, które na dobrą sprawę nie są słowami, lecz swego rodzaju onomatopejami:

  • achachai używa się do wyrażenia poczucia zimna, coś jak polskie brrrrr…
  • arrarrai jest przeciwieństwem, używa się w momencie gdy się oparzymy (tu brakuje mi polskiego odpowiednika, ja osobiście używam w takiej sytuacji słowa zaczynającego się na „k” i powszechnie uzanego za niecenzuralne)
  • atatay to polskie bleeee, czyli reakcja na coś obrzydliwego.
  • ayayay to z kolei rekacja na ból, czyli nasze auuu…

Do listy kiczuanismów dodać jeszcze można el taita, czyli tata, ojciec (tayta w keczua), una guambra, czyli dziecko – starsze niż wspomniana już guagua. A także una mucha, czyli un beso – całus, pocałunek.

Ważnym, często używanym słowem jest także chuchaqui. Estoy chuchaqui, to w Ekwadorze to samo co w Chile: estoy con caña. I w obu przypadkach Hiszpan nie będzie wiedział o co chodzi. On powie w takim przypadku tengo resaca. Tyle róznych słów, a chodzi o… banalnego kaca!

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.