Tag Archives | inflacja

Inflacja w Wenezueli

O inflacji w Wenezueli pisałem już tu wielokrotnie. Więc, tym razem, wielu słów nie będzie. Zastąpie je obrazkiem. O takim o:

Inflacja w Wenezueli

czarnorynkowy kurs dolara w Wenezueli. Rok temu i teraz.

To cena dolara i euro na wenezuelskim czarnym rynku. Wczoraj i dokładnie rok wcześniej. Czyli 365 dni i ponad 1700% w górę. Albo w dół, w zależności z której strony się patrzy.

Tak czy inaczej wygląda na to, że tym razem naprawdę zaczęła się inflacyjna jazda bez trzymanki. Bo tak jak wczoraj za dolara płacono 17980, to dzisiaj jest już tak:

dolar w Wenezueli

Jak tak dalej pójdzie to, wprowadzone na początku tego roku, w potwornych bólach, nowe wenezuelskie banknoty (a właściwie, tak naprawdę, stare banknoty o nowych nominałach) staną się ponownie bezwartościową makulaturą. Bo niewiele już brakuje do sytuacji, w której najwyższy dostępny nominał warty będzie zaledwie dolara.

Tymczasem wenezuelska pensja minimalna, czyli ta którą dostaje większość niewykwalifikowanych pracowników (i emeryci), to – po majowej 60-procentowej podwyżce, 65 tysięcy boliwarów. Czyli niespełna 3,5 dolara. Na miesiąc.

No. Ale Prostytuanta ma ponoć wszystko zmienić. Na lepsze oczywiście. Prezydent Maduro przecież to obiecał…

1

Czy to już?

Hiperinflacja – bardzo wysoka inflacja powodowana zwykle przez całkowite załamanie systemu finansowego kraju (i utratę zaufania do waluty krajowej) oraz ogromny deficyt budżetowy finansowany przez dodruk pieniędzy.

Tak brzmi wiki-definicja. A ja się zastanawiam, czy to już? Czy w Wenenezueli inflacja jeszcze tylko galopuje, czy nuże stała się hiper?

Ceny rosną tu w tempie coraz bardziej oszałamiającym. Boliwary wydaje się wręcz na wyścigi. Bo zdarza się, że cena – z dnia na dzień – rośnie o 100 proc. Albo i więcej.

W tej sytuacji, coraz częściej, choć w Wenezueli to teoretycznie przestępstwo, ceny podawane są w dolarach. Zwłaszcza w niewielkich sklepach, handlujących wyłącznie importowanymi towarami, nie będącymi produktami pierwszej potrzeby.

Zdażyło mi się już nawet, że w takim miejscu powiedzieli, że zapłaty w boliwarach nie przyjmą. Że tylko dolary…

Nic więc w sumie dziwnego, że czarnorynkowy kurs amerykańskiej waluty też rekordowo szybuje. Leci coraz szybciej i wyżej, i nikt już chyba nie odważa się przewidywać co będzie z za miesiąc, lub dwa. Ba, nawet zgadywanie tego co wydarzy się w następnym tygodniu wydaje się wyjątkowo ryzykowne.

Zresztą spójrzcie sami, oto jak kształtował się czarnorynkowy kurs dolara na przestrzeni ostatnich trzech lat:

20/08/2012 – 10 VEF
26/09/2014 – 100 VEF
01/01/2015 – 174 VEF
25/02/2015 – 200 VEF
13/05/2015 – 300 VEF
21/05/2015 – 400 VEF
03/07/2015 – 500 VEF
09/07/2015 – 600 VEF

Narodowy Bank Wenezueli przyznał w lutym tego ubiegłego roku, że inflacja w 2014 przekroczyła 68 proc. Przyznał i… przestał wtedy publikować comiesięczne inflacyjne wskaźniki, mimo że obliguje go do tego tutejsze prawo. Prezes banku, Nelson Merentes, zapytany niedawno przez dziennikarzy o powód tego informacyjnego blackoutu stwierdził enigmatycznie, że brak indeksu inflacyjnego to efekt „występujących różnic metodologicznych między bankiem centralnym i Narodowym Instytutem Statystyki„.

Tymczasem niezależni ekonomiści twierdzą, że skumulowana inflacja w Wenezueli przekroczyła już, w ciągu ostatnich 12 miesięcy, 700 proc.

4
Notatka na marginesie

Śpieszmy się wydawać pieniądze

W Turcji ponoć kiedyś tak było, że pracownicy po wypłacie brali torbę z pieniędzmi i dosłownie biegli je wydawać. Inflacja była taka, że ceny zmieniały się nawet kilka razy dziennie.

W Wenezueli tak źle jeszcze nie jest, ale i tak z wydawaniem boliwarów trzeba się już spieszyć. Bo ceny zmieniają się bardzo (coraz bardziej) dynamicznie.

Przykład z autopsji – we wrześniu rozważałem wymianę zderzaka w samochodzie. Z fabrycznego na off-roadowy. Produkowany lokalnie. Kosztował wtedy 37950 VEF, co mnie – w owym momencie – finansowo trochę przerastało.

Do tematu wróciłem jednak w tym tygodniu. Skontaktowałem się z producentem prosząc o nowy cennik. Bo co do tego, że cena wzrosła, nie miałem wątpliwości. Pytanie, o ile?

Stawiałem na jakieś 30-40 proc., bo w końcu minęły zaledwie dwa miesiące. Myliłem się. Zderzak kosztuje teraz 66300 boliwarów…

I miła pani po drugiej stronie linii telefonicznej lojalnie ostrzegła: –Proszę decydować się szybko, bo w grudniu prawdopodobnie będziemy zmuszeni ponownie podnieść cenę. Wie pan co się dzieje z dolarem? A my stal i farbę musimy sprowadzać z Kolumbii, bo na lokalnym rynku jest nie do dostania.

No rzeczywiście, wiem.

1
Notatka na marginesie

Wenezuelskie łamigłówki, czyli lokalne „Panie Premierze, jak żyć?”

Wg. Centrum Dokumentacji i Analizy Społecznej Wenezuelskiego Związku Nauczycieli (CENDAS) koszyk podstawowych towarów i usług dla 4-osobowej rodziny kosztował w minionym październiku 14446 boliwarów. Oznacza to, że aby zapewnić rodzinie minimum sprawiające, aby statystycy nie uznali jej za żyjącą w ubóstwie, należy wydać równowartość 5,3 pensji minimalnych.

Sam podstawowy koszyk żywnościowy dla dwójki dorosłych i dwójki dzieci kosztował w minionym miesiącu 7636 boliwary. To 2,6 minimalnych pensji.

0
Obrazek

Pizza, czyli inflacja w Argentynie

Prawdziwa wielkość inflacji w Argentynie stała się chyba jedną z najpilniej strzeżonych w tym kraju tajemnic państwowych. Bo nikt już chyba nie wierzy we wskaźniki publikowane przez oficjalnych rządowych statystyków z INDEC, wg. których w ubiegłym roku wyniosła ona 10,8 proc.

Są – oczywiście – prywatne instytuty, jednostki naukowe, uniwersytety, także publiczne, które samemu mierzą wzrost cen w Argentynie i najczęściej dochodzą do zupełnie innych wniosków, ale rząd zabronił im publikowania swych obliczeń. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby ich wyniki podali do wiadomości publicznej chronieni immunitetem parlamentarzyści opozycji.

W Argentynie jest więc inflacja „rządowa” i „kongresowa”, ta druga będąca średnią badań niezależnych, i która w minionym roku wyniosła 25,6 proc.

Ale jak to wszystko ma się do życia?

Ugi’s to najtańsza chyba sieciówka z pizzami w Buenos Aires. Jej lokale otwarte są najczęściej całą dobę i serwują głównie muzzę, czyli najprostszą wariację tego dania – cienki placek, trochę sosu pomidorowego i ser. Od niedawna jest też bardziej wypasiona wersja z cebulą, ale my pozostańmy przy tej podstawowej.

Pizza w Ugi’s nie jest żadnycm kulinarnym arcydziełem, ale swą rolę zapychacza spełnia doskonale. Je się ją najczęściej w pośpiechu, na stojąco, popijając jakimś gazowanym napojem. Niewątpliwie jej największą zaletą jest to, że jest tania. W Buenos Aires trudno „na ulicy” wypchać żołądek za mniejsze pieniądze – zwłaszcza, że jedną taka pizzą najeść się mogą nawet dwie osoby.

No właśnie, ile ona kosztuje?

Do Buenos Aires przeprowadziłem się w czerwcu 2009 r. Pamiętam to jak dziś, pizza w Ugi’s kosztowała wówczas 12 pesos. Znajomi Argentyńczycy narzekali, że drogo, bo ponoć jeszcze rok wcześniej była po 9. Dzisiaj, 4 lata później, ta sama pizza kosztuje… 29 pesos.

Wygląda więc na to, że to kongresowy indeks inflacyjny jest jednak bardziej zbliżony do rzeczywistości niż ten rządowy. A to stawia Argentynę wśród krajów o największej inflacji na świecie. Towarzystwo w tej czołówce jest doborowe: Wenezuela, Iran, Białoruś, Syria, Sudan, Etiopia i Malawi.

0

Wenezuela – korupcja i gospodarcze rekordy

Za każdym razem gdy przyjeżdżam do Wenezueli zaskakuje mnie jak wiele w tym kraju się zmienia. Niestety, generalnie na gorsze. Jak tak dalej pójdzie to pułkownikowi Chávezowi uda się to, czego nawet PRL-owi za czasów mej młodości się nie udało – do cna wyplenić we mnie jakiekolwiek lewicowe sympatie…

Choć jedno muszę przyznać – socjalizm w wydaniu wenezuelskim niesamowicie uczy obywateli przedsiębiorczości. Wszystko się tu da załatwić, wszystko kupić, zrobić każdy interes, wiedzieć trzeba tylko z kim, gdzie i za ile. Kombinuje niemal każdy.

Nie dziwię się, że Chávez ma wciąż znaczne poparcie – taki permisywizm można lubić. „Tu nie ma żadnych zasad, tu wszystko jest możliwe!” – powtarza z entuzjazmem znajomy Polak mieszkający w Caracas od prawie 20 lat.

Oczywiście, jak w każdym kraju Ameryki Łacińskiej, także w Wenezueli kasty uprzywilejowane zawsze istniały. Teraz jednak cwaniacy kręcą lody na każdym szczeblu społecznej drabiny. Od ministrów, po drobnych bandytów. Korupcja i przestępczość – to dwa chyba najbardziej spektakularnie rozwijące się w Wenezueli zjawiska.

Ta pierwsza jak taki gigantyczny bluszcz ogarnia wszystko i wszystkich, dociera niemal wszędzie.

Mały przykład – jak na centralnie sterowaną gospodarkę przystało, obrót dewizami jest w Wenezueli od 2003 roku reglamentowany i kontrolowany. Oficjalnie jeden dolar to 2,15 nowych, tzw. „silnych” boliwarów. A euro to 3,41. Oczywiście kurs ten to ekonomiczna fikcja i czarny rynek, mimo teoretycznych wysokich kar pieniężnych a nawet więzienia, ma się świetnie.

Np. na lotnisku w Caracas, tuż po przylocie, gdy nie miałem żadnych boliwarów niezbędnych na dojazd do miasta, miałem w zwyczaju wymieniać 50 dolarów lub euro, oczywiście nie w kantorze oferującym oficjalny kurs, ale u… policjanta. A dokładniej u funkcjonariuszy Guardia Nacional, tej ponoć elitarnej formacji. Zawsze miło i… bezpiecznie, bo przecież są silnie uzbrojeni.

Przyznaję się, że podczas pierwszej mej wizyty w Wenezueli,  w 2006 roku, miałem lekkiego cykora, gdy to mundurowy zaproponował mi wymianę. –A może to prowokacja? – przemknęło mi przez głowę. Ale funkcjonariusz zamiast kajdanek wyciągnął z bocznej kieszeni swego moro potężny plik banknotów i w kilkadziesiąt sekund interes był ubity.

Z czasem wymianą na lotnisku zaczęło się trudnić coraz więcej osób. Boliwary proponują przyjezdnym bagażowi przy taśmach na których wyjeżdżają walizki, taksówkarze, personel w sklepach wolnocłowych (bo w Caracas mała wolnocłówka jest także na przylocie), sprzątacze, a nawet agenci służb antanarkotykowych. W sumie myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. A jednak!

Kilka dni temu, gdy ponownie zameldowałem się w Caracas, wypełniłem kartę emigracyjną i odstałem swoje w kolejce do kontroli paszportowej, opadła mi szczęka… Bo oto funkcjonariuszka służby granicznie ONIDEX, bezmyślnie kartkując mój paszport w tę i we w tę, nie podnosząc znad niego nawet głowy, zapytała się nagle: –Nie masz dolarów do sprzedania?– Naprawdę mnie zatkało i w pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem. Ale ona powtórzyła: –Nie masz dolarów do sprzedania?– Za mną gigantyczna kolejka, na ścianie hasło „Socialismo o muerte”, a ona chce handlować dolarami? –Nie nie mam-, wydusiłem z siebie zaskoczony. –Mam tylko euro– dodałem zgodnie z prawdą. A ona na to: –Nie ma sprawy, euro też kupuje-.

I w sumie prawie już sięgałem do portfela i to nie dlatego, że potrzebne mi były boliwary, bo te akurat miałem, ale po prostu z ciekawości, jak, przy tylu świadkach, transakcja zostanie przeprowadzona. Coś mnie jednak tknęło i się zapytałem jaka jest jej cena. Ona na to, że 4,5 boliwara za euro. –To znacznie lepiej niż kurs oficjalny– zapewniła mnie.

Gdyby nie fakt, że od tej cinkciary zależało, czy zostanę wpuszczony do Wenezueli, czy też nie, powiedziałbym co o niej myślę… A tak tylko ugryzłem się w język i wycedziłem, że dziękuję. Bo złodziejka, chciała okraść nie tylko swoją socjalistyczną ojczyznę, ale też i mnie!

Dlaczego okraść? Bo następnego dnia, w strzeżonym przez policję lokalu w centrum Caracas, gdzie swe „biura” ma kilkunastu cinkciarzy wymieniałem jedno euro na sześć „bolos”.

I tak jest ze wszystkim. Non stop trzeba uważać i mieć się na baczności, bo każdy próbuje zrobić mniej lub bardziej lewy interes.

Całkiem niedawnom w biurze Conviasa, wenezuelskich państwowych linii lotniczych: –Bilet do Maracaibo, na jutro, dostanę?– pytam się. Babka z kilogramem makijażu na twaryz, szlifuje sobie pilniczkiem paznokcie i nie zerkając nawet na komputer odpowiada znudzonym głosem: –Nie ma-. –A na pojutrze?– nie daję za wygraną. –Pojutrze też nie ma– nawet na mnie biurwa nie spojrzała. -No to może to pomoże?– Przesuwam w jej kierunku 10 eurasów. Tym razem patrzy mi już prosto w oczy i z uśmiechem pyta: –To na kiedy ten bilet? Na jutro, czy na pojutrze?– Bilet powrotny kosztuje mnie 380 VEF, czyli razem z prezentem dla pani urzędniczki niecałe 70 euro.

Nie trzeba być ekonomistą, aby zorientować się, że system w którym wszyscy kręcą, kradną i kombinują nie jest w stanie długo funkcjonować. W końcu musi się załamać, nawet jeśli, tak jak w Wenezueli, jest zasilany wartkim strumieniem petrodolarów.

Pierwsze symptomy już widać, chociażby „przejściowe” braki w zaopatrzeniu w niektóre towary. Nie jakieś luksusy, ale np. mleko. A, według najnowszych prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma być jeszcze gorzej. IMF przepowiada na ten rok inflację w Wenezueli w wysokości 25,7 proc. Rząd twierdzi wprawdzie, że będzie 19,5 proc., ale to i tak najwięcej na całym kontynencie. I to mimo, że wspomniana kontrola dewiz ma właśnie, oficjalnie, zapobiegać inflacji.

Walce z nią pomóc miała także niedawna denominacja… Ale nie pomaga. IMF prognozuje, że rok 2009 będzie jeszcze „lepszy” i wenezuelska inflacja sięgnie 31 proc.

Ale w sumie Chavéz ma powody do dumy. Bo Wenezuela dostała się do ścisłej światowej czołówki. W inflacji właśnie. W tym roku wyprzedzi m.in. Azerbejdżan, Erytreę, Birmę i Etiopię, które jeszcze rok temu w tempie utraty wartości narodowej waluty były od Wenezueli lepsze. Teraz na czele rankingu pozostał przed Republiką Boliwariańską już tylko jedno państwo. Ale chodzi tu o Zimbabwe, które – trzeba to przyznać – jest poza wszelką konkurencją. Zimbabweńska inflacja w ubiegłym roku sięgnęła 108 tysięcy procent!

Wszystko jednak przed Chávezem. Mugabe rządzi swym krajem od ponad 20 lat, więc ma znacznie większe doświadczenie od Wenezuelczyka, który na swym prezydenckim stołku siedzi zaledwie 9 lat. Pułkownik Hugo nie kryje, że chciałby jeszcze długo porządzić, więc kto wie? Może rekord Zimbabwe zostanie z czasem pobity?

Póki co, zdaniem IMF, wenezuelska gospodarka hamuje i hamować będzie coraz ostrzej. Podczas gdy w ostatnich 4 latach wenezuelskie PNB rosło średnio o ok. 11 proc., tak na ten rok IMF przepowiada zaledwie 2 proc. wzrost. I nie można tu winić światowej koniunktury, bowiem cały kontynent ma mieć średnią ponad dwukrotnie wyższą, czyli 4,5 proc.

No ale Wenezuelczycy mogą się pocieszyć, że gospodarcze ekperymenty ich rządu w kość dają nie tylko im. Okazuje się, że podobnie jest w innych krajach próbujących zaszczepić wenezuelskie reformy. Inflacja w bratniej Boliwii przekroczy w tym roku, zdaniem IMF, 15 proc., czyli będzie największa od 17 lat. A w równie zaprzyjaźnionej Nicaragui spodziewać się można 13,8 proc. Też rekord dziesięciolecia.

8

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.