Tag Archives | Karaiby

Notatka na marginesie

Derek Walcott (1930-2017)

Night in the gardens of Port of Spain

Night, the black summer, simplifies her smells
into a village; she assumes the impenetrable

musk of the negro, grows secret as sweat,
her alleys odorous with shucked oyster shells,

coals of gold oranges, braziers of melon.
Commerce and tambourines increase her heat.

Hellfire or the whorehouse: crossing Park Street,
a surf of sailor’s faces crest, is gone

with the sea’s phosphoresence; the boites-de-nuit
tinkle like fireflies in her thick hair.

Blinded by headlamps, deaf to taxi klaxons,
she lifts her face from the cheap, pitch oil flare

toward white stars, like cities, flashing neon,
burning to be the bitch she must become.

As daylight breaks the coolie turns his tumbril
of hacked, beheaded coconuts towards home.

Derek Walcott – poeta Karaibów, laureat literackiego Nobla. Zmarł dzisiaj na swojej ukochanej Saint Lucii.

 

0

Nurkowanie w Zombie Hole

Na nurkowanie na Zombie Hole przypłynąłem łodzią. Ale można też z brzegu. Bo z położonej na przedmieściach Saint Marc piaszczystej i – jak na Haiti – dość czystej plaży Amani Beach do krawędzi tej podwodnej dziury jest 10, góra 15 metrów. Nawet pływać nie trzeba, można dojść brodząc po pachy w wodzie.

Rzucając kotwicę doskonale widziałem zardzewiałe i pokrzywione metalowe krzesła, na których kilkanście dni wcześniej pałaszowałem z Lucasem pyszne langusty.

Tuż przy plaży, a właściwie bezpośrednio na niej, jest niewielki, trzypiętrowy hotelik. Z zewnątrz zadbany, ładnie pomalowany, ale w środku – jeśli nie liczyć leniwie snujących się tam robotników – zupełnie pusty. Coś tam zawsze malują, skrobią, w coś stukają, coś przenoszą, cały czas się krzątają się, ale co tak naprawdę robią, mimo że wielokrotnie ich pracę obserwowałem, nie mam pojęcia.

Odkąd znam to miejsce, czyli od prawie pół roku, prace – remontowe chyba – cały czas trwają, ale zupełnie się nie posuwają. Przynajmniej żadne ich efekty nie są dla zewnętrznego obserwatora widoczne. W hotelu, poza rzadko sprzątaną toaletą i sklepikem monopolowym na parterze, serwującym na szczęście przyzwoicie schłodzone piwo, nie działa nic.

Pękate butelki z nagradzanym na wielu międzynarodowych konkursach haitańskim lagerem Prestige po plaży roznoszą zazwyczaj kilkunastoletnie dziewczynki, ale kasę do ręki bierze tylko gruba Murzynka, która niezmiennie zaskakuje mnie tym, że choć nigdy nic nie notuje, to perfekcyjnie wie ile kto czego wypił i ile jest jej winny. Co więcej, zawsze rachunek jest uczciwy, bez żadnego, najmniejszego nawet oszukiwania, czy naciągania. Co też jest nietypowe, bo na Haiti, w takich miejscach, miejscowi prawie zawsze próbują „blan”, czyli nam, białasom, choć trochę rachunek nadmuchać.

Na Amani Beach płaci się na sam koniec plażowania, przy jedynym wyjściu z długimi, stromymi schodami wiodącymi na szczyt skarpy zwieńczonej parkingiem. A właściwie porośniętą chwastami i rdzewiejącymi wrakami samochodów, ogrodzoną polaną.

Na langustę trzeba tam mieć czas. To nie jest tak, że idziesz i zamawiasz jak w restauracji. Po prostu trzeba usiąść na tych pordzewiałych i pogiętych metalowych krzesłach i cierpliwie czekać. Bo po jakimś czasie, zwykle bliższym godzinie niż kilku minutom, pojawia się – prawie zawsze – młody, niski chłopak o zadziwiającej, jak na Haiti, urodzie – ciemnoliwkowej cerze i zielonych oczach. Mówi po kreolsku, trochę też po francusku, angielsku, całkiem dobrze po hiszpańsku i cały czas się śmieje.

To co dzisiaj zjecie? Mam ośmiornicę, kraby i langusty. Wszystko świeżutkie! – zwykle zachwala. I wtedy najlepiej zamówić od razu wszystko. Bo zielonooki chłopak wówczas znika, bywa że na kolejną godzinę. Ponownie pojawia się mokry, ociekający jeszcze wodą, z wciąż widocznym śladzie po masce nurkowej na twarzy i komunikuje: –Niestety, krabów ani ośmiornicy jednak nie ma. Ale będą langusty!

No chyba, że akurat udało mu się złowić kraby. Wtedy nie ma langust i ośmiornicy. Bo jeszcze nigdy nie trafiłem, aby były dwie, nie wspominając o trzech, rzeczy na raz.

langusta

langusty z Amani Beach

Po potwierdzeniu menu nasz kucharz-rybak ulatnia się ponownie i tuż za zamykającym plażę murem, na garnku postawionym na ognisku, gotuje, w morskiej wodzie, złowione stworzenia. Gdy są gotowe przynosi je w plastikowych pudełkach-tackach, zazwyczaj ze smażonymi bananami i – podanym osobno – bardzo ostrym sosem.

To nie jest to fast-food. Od złożenia zamówienia do otrzymania jedzenia mijają zazwyczaj blisko trzy godziny. Ale jedzenie jest zawsze przednie.

Tak, ale tym razem nie byłem przecież na Amani Beach aby rozkoszować się pikantnymi owocami morza popijanymi zimnym piwem Prestige. Tego dnia przypłynęliśmy odwiedzić podwodnych zombie – no wiecie, te żywe trupy, tak obecne w haitańskim folklorze i wywodzące się z tak popularnej w tym państwie religii voodoo…

Zombie Hole to jedna z największych atrakcji nurkowych Haiti. Podwodna odchłań, znajdująca się właśnie kilkanaście metrów od plaży Amani, na przedmieściach miasta Saint Marc. Wystarczy dać krok i głębokość zmienia się z niecałych dwóch metrów do około 140.

Zombie Hole

Tak wygląda świat z głębokości 50 metrów.

Ale nie jest to jedna ze znanych chociażby z Belize, Bahamów, czy Egiptu blue holes. W Zombie Hole nie nurkuje się w błękit, tu bardzo szybko robi się mroczno. Nie ma też wielu ryb wokół. Jest raczej pusto i tajemniczo. Ściany dziury porastają nieliczne koralowce i gąbki. Była tu też kiedyś największa elephant ear sponge na świecie, ale ponoć podczas trzęsienia ziemi w 2010 r. spadła w odchłań.

lokomotywa Haiti

Czy taka lokomotywa znajduje się na dnie Zombie Hole? Ta została sfotografowana w latach 50. XX wieku w Port-au-Prince. Warto zauważyć, że nie jest opalana węglem, tylko „bagas”, czyli wytłokami trzciny cukrowej

Jest też dużo śmieci zagonionych przez morskie fale w tę dziurę. Jakieś sprzęty, fragmenty mebli, stare sieci rybackie. No i piasek, dużo piasku, nieustannie osuwającego się w tą odchłań. Takie leniwe, podwodne piaskowe wodospady – piaskospady.

Jak to się dzieje, że to tej dziury nie zasypuje, jest zresztą dla mnie wielką tajemnicą…

Tajemnicza jest także historia o pociągu, który ma znajdować się na samym dnie Zombie Hole. Lokomotywa i dwa wagony podobno.  I nie jest to zupełnie nieprawdopodobne, bo tuż obok, praktycznie po plaży, tej samej na której stoi obecnie wiecznie remontowany hotel, przebiegała, działająca do 1962 r., linia kolejowa łącząca Saint Marc ze stolicą, Port-au-Prince.

Wszystko to nadaje temu miejscu wyjątkowego klimatu, takiej postapokaliptycznej, madmaxowej atmosfery i czyni tę nazwę, Zombie Hole, nadzwyczaj adekwatną. Choć to, zdecydowanie, nurkowisko w stylu hate me or love me.

Ale jednak większości się raczej podoba.

Mnie też.

0

Rekin! Wielorybi!

Gdy kilka miesięcy temu zabierałem się za organizację, prawdopodobnie pierwszego w historii, wyjazdu grupki polskich płetwonurków na Haiti, w najśmielszych nawet wyobrażeniach nie przypuszczałem, że będziemy mieli aż takie atrakcje!

Bo oto właśnie w minioną sobotę, w drodze do Zombie Hole, gdy siedziałem na mostku naszej łodzi wysłuchując opowieści lokalnego kapitana o tym do kogo należą okazałe weekendowe posiadłości na haitańskim wybrzeżu, naszą uwagę przyciągnęła chmara skrzeczących mew, wyraźnie nisko krążąca w jednym miejscu i polująca na coś, czego z dala nie mogliśmy dostrzec.

Płyniemy zobaczyć co tam się dzieje?– zapytał się retorycznie Robins, nasz kapitan, kręcąc równocześnie kołem sterowym i zwiększając prędkość łodzi. Po kilku minutach widzieliśmy już, że mewy polują na niewielkie rybki, które – srebrząc się w słońcu – wyskakiwały co rusz, całą ławicą, nad powierzchnię morza.

Robins natychmiast zwolnił obroty zaburtowej yamachy i zaczęliśmy się rozglądać. Takie, na pozór samobójcze, zachowanie ryb świadczyć może bowiem tylko o jednym: gdzieś w pobliżu czai się drapieżnik na tyle groźny, że te one wolą salwować się chwilową ucieczką w powietrze, nie bacząc na mewie dzioby. Wybierają po prostu mniejsze zło.

I rzeczywiście. Najpierw zobaczyliśmy potężny, długością porównywalny do naszej łodzi, podwodny cień. A chwilę potem nad wodą pojawiła się płetwa, jej fragment, ale całkiem potężnych rozmiarów, wystająca nad taflę na co najmniej pół metra!

Rekin? Taki wielki? Tutaj? Dziwne uczucie… Fascynacja, ciekawość, połączone oczywiście z lękiem. Ale zaraz, zaraz? Ta płetwa nie sunie wyłącznie do przodu, lecz także rytmicznie porusza się w prawo i lewo. A to oznacza… Tak! To nie jest płetwa grzbietowa, tylko ogonowa! Czyli to nie żaden groźny rekin, tylko rekin wielorybi – największa ryba świata! Zupełnie dla człowieka niegroźna, bo pozbawiona zębów i żywiąca się tylko planktonem i niewielkimi rybkami. I to dlatego one tak rozpaczliwie uciekały!

Robins coś do mnie zaczął mówić, ale ja już nie słuchałem. Rekin wielorybi! – krzyknąłem do pozostałych równocześnie chwytając za płetwy i maskę. Rekin wielorybi! – krzyknąłem jeszcze raz i skoczyłem do wody z kamerką gopro w ręku.

Oj warto było, warto:

rekin wielorybi

Czy to płetwa rekina? No to skaczemy!

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi może sięgać 18 metrów długości i ważyć ponad 13 ton

Sytuacja ta, tego dnia powtórzyła się wielokrotnie. Bo nie był to jeden rekin, ani dwa. Trudno powiedzieć ile dokładnie ich dokładnie było, ale sporo. W kilku miejscach.

Mam jeszcze taki krótki filmik z tego dnia. Jest on nieco chaotyczny, ale chyba dobrze oddaje naszą ekscytację i radość:

0
Notatka na marginesie

Kuba, perła Pacyfiku?

Kochany czytelniku, miałeś w szkole problemy z geografią? I nie mówię tu o tak „złożonych” zagadnieniach jak np. działy wód, czy długość i szerokość geograficzna, lecz o naprawdę podstawowych rzeczach z programu podstawówki, jak chociażby umiejętność pokazania na mapie świata oceanów i kontynentów!

Jeśli rzeczywiście sprawiało Ci to kłopot, to się zupełnie nie martw!  W sumie najlepiej byłoby gdybyś wciąż był przekonany, że jadąc na wczasy do Cancún „zaliczasz” Amerykę Południową. Możesz też twierdzić, że „boskie Buenos” to stolica Brazylii, oraz marzyć o podpatrywaniu słoni na argentyńskiej pampie.

Powiem więcej – nie wstydź się swojej geograficznej niewiedzy! Bądź z niej dumny! Zrób z niej swoje oręże!  Chwal się nią przy rozmowach o pracę!

Bo ja naprawdę zaczynam podejrzewać, że geograficzne braki są warunkiem koniecznym przy staraniu się o pracę w niektórych biurach podróży, czy u przewoźników lotniczych. Zwłaszcza w ich działach marketingu.

I może to w sumie celowe, może chodzi o zasadę „nieważne jak mówią, ważne że mówią”?

No bo jak inaczej tłumaczyć to, że flysiesta.pl (znowu oni!) w swym ostatnim newsletterze zachęcają do odwiedzenia kubańskiego Varadero, którego plaże obmywają… „przejrzyste fale Pacyfiku”!

Kuba

Kuba. Wyspa na Pacyfiku?

Ten Pacyfik na Karaibach tak mnie rozczulił, że niewiele brakowało, a bym niezauważył że w tej samej publikacji, akapit dalej flysiesta.pl zachwala uroki „przytulnego miasteczka” Trinidad. Wobec ogromu Oceanu Spokojnego jakieś tam ponad 70 tys. mieszkańców tego „miasteczka” to już naprawdę tylko detal…

1

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.