Tag Archives | nurkowanie

Obrazek

Prezent od PADI

Proszę, taki oto świąteczny prezent dostałem od PADI – największego na świecie stowarzyszenia instruktorów i szkół nurkowania. Prezent, bo – co by tu nie mówić – to jednak miło, gdy ktoś gdzieś dostrzega twoje zdjęcie i je poleca innym.

Podziękowania należą się też oczywiście Sergio, mojemu serdecznemu przyjacielowi i uczniowi, którego wyszkoliłem właśnie na divemastera. Zdjęcie to zrobiłem, gdy wpólnie świętowaliśmy koniec divemasterskiego kursu.

Sergio nie był zresztą jedyny – divemasterską klasę miałem trzyosobową i na tyle vipowską, że na weekendowe zajęcia na plaży nieopodal Port-au-Prince na Haiti, przyjeżdżali opancerzoną toyotą z trójką uzbrojonych ochroniarzy.

Na szczęście ochroniarze zostawali na lądzie…

P.S. Więcej zdjęć na moim instagramowym koncie.

0

Nurkowanie w Zombie Hole

Na nurkowanie na Zombie Hole przypłynąłem łodzią. Ale można też z brzegu. Bo z położonej na przedmieściach Saint Marc piaszczystej i – jak na Haiti – dość czystej plaży Amani Beach do krawędzi tej podwodnej dziury jest 10, góra 15 metrów. Nawet pływać nie trzeba, można dojść brodząc po pachy w wodzie.

Rzucając kotwicę doskonale widziałem zardzewiałe i pokrzywione metalowe krzesła, na których kilkanście dni wcześniej pałaszowałem z Lucasem pyszne langusty.

Tuż przy plaży, a właściwie bezpośrednio na niej, jest niewielki, trzypiętrowy hotelik. Z zewnątrz zadbany, ładnie pomalowany, ale w środku – jeśli nie liczyć leniwie snujących się tam robotników – zupełnie pusty. Coś tam zawsze malują, skrobią, w coś stukają, coś przenoszą, cały czas się krzątają się, ale co tak naprawdę robią, mimo że wielokrotnie ich pracę obserwowałem, nie mam pojęcia.

Odkąd znam to miejsce, czyli od prawie pół roku, prace – remontowe chyba – cały czas trwają, ale zupełnie się nie posuwają. Przynajmniej żadne ich efekty nie są dla zewnętrznego obserwatora widoczne. W hotelu, poza rzadko sprzątaną toaletą i sklepikem monopolowym na parterze, serwującym na szczęście przyzwoicie schłodzone piwo, nie działa nic.

Pękate butelki z nagradzanym na wielu międzynarodowych konkursach haitańskim lagerem Prestige po plaży roznoszą zazwyczaj kilkunastoletnie dziewczynki, ale kasę do ręki bierze tylko gruba Murzynka, która niezmiennie zaskakuje mnie tym, że choć nigdy nic nie notuje, to perfekcyjnie wie ile kto czego wypił i ile jest jej winny. Co więcej, zawsze rachunek jest uczciwy, bez żadnego, najmniejszego nawet oszukiwania, czy naciągania. Co też jest nietypowe, bo na Haiti, w takich miejscach, miejscowi prawie zawsze próbują „blan”, czyli nam, białasom, choć trochę rachunek nadmuchać.

Na Amani Beach płaci się na sam koniec plażowania, przy jedynym wyjściu z długimi, stromymi schodami wiodącymi na szczyt skarpy zwieńczonej parkingiem. A właściwie porośniętą chwastami i rdzewiejącymi wrakami samochodów, ogrodzoną polaną.

Na langustę trzeba tam mieć czas. To nie jest tak, że idziesz i zamawiasz jak w restauracji. Po prostu trzeba usiąść na tych pordzewiałych i pogiętych metalowych krzesłach i cierpliwie czekać. Bo po jakimś czasie, zwykle bliższym godzinie niż kilku minutom, pojawia się – prawie zawsze – młody, niski chłopak o zadziwiającej, jak na Haiti, urodzie – ciemnoliwkowej cerze i zielonych oczach. Mówi po kreolsku, trochę też po francusku, angielsku, całkiem dobrze po hiszpańsku i cały czas się śmieje.

To co dzisiaj zjecie? Mam ośmiornicę, kraby i langusty. Wszystko świeżutkie! – zwykle zachwala. I wtedy najlepiej zamówić od razu wszystko. Bo zielonooki chłopak wówczas znika, bywa że na kolejną godzinę. Ponownie pojawia się mokry, ociekający jeszcze wodą, z wciąż widocznym śladzie po masce nurkowej na twarzy i komunikuje: –Niestety, krabów ani ośmiornicy jednak nie ma. Ale będą langusty!

No chyba, że akurat udało mu się złowić kraby. Wtedy nie ma langust i ośmiornicy. Bo jeszcze nigdy nie trafiłem, aby były dwie, nie wspominając o trzech, rzeczy na raz.

langusta

langusty z Amani Beach

Po potwierdzeniu menu nasz kucharz-rybak ulatnia się ponownie i tuż za zamykającym plażę murem, na garnku postawionym na ognisku, gotuje, w morskiej wodzie, złowione stworzenia. Gdy są gotowe przynosi je w plastikowych pudełkach-tackach, zazwyczaj ze smażonymi bananami i – podanym osobno – bardzo ostrym sosem.

To nie jest to fast-food. Od złożenia zamówienia do otrzymania jedzenia mijają zazwyczaj blisko trzy godziny. Ale jedzenie jest zawsze przednie.

Tak, ale tym razem nie byłem przecież na Amani Beach aby rozkoszować się pikantnymi owocami morza popijanymi zimnym piwem Prestige. Tego dnia przypłynęliśmy odwiedzić podwodnych zombie – no wiecie, te żywe trupy, tak obecne w haitańskim folklorze i wywodzące się z tak popularnej w tym państwie religii voodoo…

Zombie Hole to jedna z największych atrakcji nurkowych Haiti. Podwodna odchłań, znajdująca się właśnie kilkanaście metrów od plaży Amani, na przedmieściach miasta Saint Marc. Wystarczy dać krok i głębokość zmienia się z niecałych dwóch metrów do około 140.

Zombie Hole

Tak wygląda świat z głębokości 50 metrów.

Ale nie jest to jedna ze znanych chociażby z Belize, Bahamów, czy Egiptu blue holes. W Zombie Hole nie nurkuje się w błękit, tu bardzo szybko robi się mroczno. Nie ma też wielu ryb wokół. Jest raczej pusto i tajemniczo. Ściany dziury porastają nieliczne koralowce i gąbki. Była tu też kiedyś największa elephant ear sponge na świecie, ale ponoć podczas trzęsienia ziemi w 2010 r. spadła w odchłań.

lokomotywa Haiti

Czy taka lokomotywa znajduje się na dnie Zombie Hole? Ta została sfotografowana w latach 50. XX wieku w Port-au-Prince. Warto zauważyć, że nie jest opalana węglem, tylko „bagas”, czyli wytłokami trzciny cukrowej

Jest też dużo śmieci zagonionych przez morskie fale w tę dziurę. Jakieś sprzęty, fragmenty mebli, stare sieci rybackie. No i piasek, dużo piasku, nieustannie osuwającego się w tą odchłań. Takie leniwe, podwodne piaskowe wodospady – piaskospady.

Jak to się dzieje, że to tej dziury nie zasypuje, jest zresztą dla mnie wielką tajemnicą…

Tajemnicza jest także historia o pociągu, który ma znajdować się na samym dnie Zombie Hole. Lokomotywa i dwa wagony podobno.  I nie jest to zupełnie nieprawdopodobne, bo tuż obok, praktycznie po plaży, tej samej na której stoi obecnie wiecznie remontowany hotel, przebiegała, działająca do 1962 r., linia kolejowa łącząca Saint Marc ze stolicą, Port-au-Prince.

Wszystko to nadaje temu miejscu wyjątkowego klimatu, takiej postapokaliptycznej, madmaxowej atmosfery i czyni tę nazwę, Zombie Hole, nadzwyczaj adekwatną. Choć to, zdecydowanie, nurkowisko w stylu hate me or love me.

Ale jednak większości się raczej podoba.

Mnie też.

0

Rekin! Wielorybi!

Gdy kilka miesięcy temu zabierałem się za organizację, prawdopodobnie pierwszego w historii, wyjazdu grupki polskich płetwonurków na Haiti, w najśmielszych nawet wyobrażeniach nie przypuszczałem, że będziemy mieli aż takie atrakcje!

Bo oto właśnie w minioną sobotę, w drodze do Zombie Hole, gdy siedziałem na mostku naszej łodzi wysłuchując opowieści lokalnego kapitana o tym do kogo należą okazałe weekendowe posiadłości na haitańskim wybrzeżu, naszą uwagę przyciągnęła chmara skrzeczących mew, wyraźnie nisko krążąca w jednym miejscu i polująca na coś, czego z dala nie mogliśmy dostrzec.

Płyniemy zobaczyć co tam się dzieje?– zapytał się retorycznie Robins, nasz kapitan, kręcąc równocześnie kołem sterowym i zwiększając prędkość łodzi. Po kilku minutach widzieliśmy już, że mewy polują na niewielkie rybki, które – srebrząc się w słońcu – wyskakiwały co rusz, całą ławicą, nad powierzchnię morza.

Robins natychmiast zwolnił obroty zaburtowej yamachy i zaczęliśmy się rozglądać. Takie, na pozór samobójcze, zachowanie ryb świadczyć może bowiem tylko o jednym: gdzieś w pobliżu czai się drapieżnik na tyle groźny, że te one wolą salwować się chwilową ucieczką w powietrze, nie bacząc na mewie dzioby. Wybierają po prostu mniejsze zło.

I rzeczywiście. Najpierw zobaczyliśmy potężny, długością porównywalny do naszej łodzi, podwodny cień. A chwilę potem nad wodą pojawiła się płetwa, jej fragment, ale całkiem potężnych rozmiarów, wystająca nad taflę na co najmniej pół metra!

Rekin? Taki wielki? Tutaj? Dziwne uczucie… Fascynacja, ciekawość, połączone oczywiście z lękiem. Ale zaraz, zaraz? Ta płetwa nie sunie wyłącznie do przodu, lecz także rytmicznie porusza się w prawo i lewo. A to oznacza… Tak! To nie jest płetwa grzbietowa, tylko ogonowa! Czyli to nie żaden groźny rekin, tylko rekin wielorybi – największa ryba świata! Zupełnie dla człowieka niegroźna, bo pozbawiona zębów i żywiąca się tylko planktonem i niewielkimi rybkami. I to dlatego one tak rozpaczliwie uciekały!

Robins coś do mnie zaczął mówić, ale ja już nie słuchałem. Rekin wielorybi! – krzyknąłem do pozostałych równocześnie chwytając za płetwy i maskę. Rekin wielorybi! – krzyknąłem jeszcze raz i skoczyłem do wody z kamerką gopro w ręku.

Oj warto było, warto:

rekin wielorybi

Czy to płetwa rekina? No to skaczemy!

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi

rekin wielorybi może sięgać 18 metrów długości i ważyć ponad 13 ton

Sytuacja ta, tego dnia powtórzyła się wielokrotnie. Bo nie był to jeden rekin, ani dwa. Trudno powiedzieć ile dokładnie ich dokładnie było, ale sporo. W kilku miejscach.

Mam jeszcze taki krótki filmik z tego dnia. Jest on nieco chaotyczny, ale chyba dobrze oddaje naszą ekscytację i radość:

0

Nurkowanie na Los Testigos

Choć od naszej nurkowej wyprawy eksploracyjnej na wenezuelski archipelag Los Testigos minął juz prawie rok, nadarzyła się właśnie okazja aby ją przypomnieć. Bo oto mój współnur, fotograf Alexis Golding, przygotował w końcu krótki wspomnieniowy filmik.

Zapraszam więc, wraz z nim, na podwodny lot przez wyspy Los Testigos…

„Lot”, bo prawie wszystkie nurkowania na tym wenezuelskim archipelagu odbywają się w silnych, czy wręcz bardzo silnych prądach. Zresztą sami zobaczcie:

 

Filmik powstał przede wszystkim z myślą o nas samych – uczestnikach ubiegłorocznej ekspedycji. Dlatego dużo w nim płetwonurków, a mało w sumie podwodnych atrakcji archipelagu. Ale, w zalinkowanym powyżej ubiegłorocznym wpisie, znajdziecie – jeśli jeszcze jej nie widzieliście – galerię zdjęć z owego wyjazdu, zarówno tych z lądu, jak i spod wody.

Los Testigos – obok wysp Los Roques – to, zdecydowanie, jedno z najciekawszych, nurkowo, miejsc w Wenezueli. A że w różnych wodach tego kraju wykonałem już prawie 500 nurów, to – że się tak nieskromnie wyrażę – jako takie rozeznanie o nurkowaniu w Wenezueli chyba mam. 😉

1

XDEEP, czyli moja wersja patriotyzmu

Powiem szczerze, i pewnie kilku osobom się tym narażę: futbolowe sukcesy biało-czerwonych ani mnie ziębią, ani grzeją. Z ich porażkami jest zresztą tak samo.

W najmniejszym stopniu nie potrafię się zidentyfikować z naszą reprezentacją, a tym bardziej ze stadionowymi emanacjami patriotyzmu. Na te wszystkie biało-czerwone szaliki, flagi, śpiewy, koszulki z orzełkiem i generalnie emocje jakie towarzyszyły chociażby niedawnemu turniejowi we Francji, patrzę zazwyczaj z mieszanką zaciekawienia i zdziwienia, ale czasem też i zażenowania.

Myślę, że wynika to, przede wszystkim, z braku zainteresowania futbolem. Absolutnego. Piłka nożna nigdy mnie nie porwała – nie miałem ani ulubionego klubu, ani zawodnika, a z tych kilku meczów na które trafiłem, czy to jako dziennikarz, czy też wyciągnięty przez znajomych, wychodziłem zawsze znudzony.

OK. Przyznaję, że fajnie byłoby gdybyśmy zostali mistrzem Europy. I jeszcze fajniej gdyby udało się nam kiedyś wygrać piłkarski Mundial. A także Eurowizję. Przydałaby się też kolejna Polka jako Miss World!

Wszystko to budzi we mnie mniej więcej taki sam poziom emocji. Niski dosyć.

Ale czy to robi ze mnie gorszego Polaka? Mam nadzieję, że nie, choć już kiedyś od kogoś usłyszałem, że skoro nie wiem kto to jest Szczęsny, to nie zasługuję na paszport z orzełkiem…

Tymczasem naprawdę bywam dumny z polskich sukcesów. I to bardzo. Ale po prostu inne sukcesy do mnie przemawiają. Zawsze np. bardzo się cieszę gdy w jakiejś zagranicznej księgarni wypatrzę wyeksponowaną książkę polskiego autora (ostatnio, w Caracas, „Una oración para la lluvia” Wojtka Jagielskiego), gdy polski film trafi na południowamerykańskie ekrany, albo gdy w jakimś egzotycznym miejscu wystawia, bądź występuje artysta z naszego kraju. Ba, nawet polski topiony serek w wenezuelskim spożywczym raduje mnie znacznie bardziej niż 8 goli strzelonych Gibraltarowi, czy jeden przeciw Irlandii Północnej. Puszę się też jak paw, gdy odkrywam że jeden z najbogatszych Wenezuelczyków kupił sobie luksusowy katamaran, wybudowany na jego zamówienie w gdańskiej stoczni.

Dumny też jestem i to dumny właśnie jako Polak, gdy spotykam na Facebooku takie oto zdjęcie:

zdeep

 

Wykonano je w miniony weekend w największej w Wenezueli bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa. Oto 6 lokalnych nurków wyposażonych w uprzęże do bocznego mocowania butli (tzw. sidemount). I wszyscy oni wybrali nie model, który najłatwiej w Wenezueli dostać (Dive Rite), nie taki który najintensywniej się w tym kraju reklamuje (Hollis),  ale właśnie zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce XDEEP. Wybrali, gdyż uważają go za najlepszy!

Duma ma jest tym większa, że aż 5 z 6 widocznych na zdjęciu egzemplarzy sprowadziłem z Polski do Wenezueli właśnie ja.

W ogóle nurkowa branża jest dość sporym, jak na nasz kraj, ewenementem, dającym powody do patriotycznego zadowolenia. Nie wiem bowiem, czy poza nią jest jeszcze jakaś inna, choćby równie niszowa, w której młode polskie firmy weszły takim przebojem do naprawdę ścisłej światowej czołówki. Poza XDEEP mamy przecież też Santi, Ammonite i jeszcze kilka innych, których nie będę wymieniać, aby kogoś nie pominąć.

A Wy? Czym jest dla Wam patriotyzm? Jak się on objawia? Co sprawia, że jesteście dumni z Polski? Mazurek Dąbrowskiego, czy coś innego? Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami. Zwłaszcza, jeśli żyjecie z dala od Ojczyzny.

3

Zapomniany szampon, czyli rozmiar kryzysu w Wenezueli…

W miniony weekend nurkowaliśmy w Morrocoy. To przepiękny fragment wenezuelskiego wybrzeża i zarazem Park Narodowy położony mniej więcej 150 km na zachód od Caracas. Namorzyny, urokliwe wysepki z pięknymi plażami, otoczone rafą koralową. Kiedyś był to turystyczny raj, teraz jest to – po prostu – część Wenezueli, ze wszystkimi jej bolączkami i ułomnościami. W tym m.in. nieszczejącą, niedoinwestowaną infrastrukturą turystyczną i poważnym problem z bezpieczeństwem. XXI-wieczni piraci są uzbrojeni, mają szybkie motorówki i coraz zuchwalej napadają na plażowiczów, czy inne łodzie.

Przygotowanie nurkowania to więc przede wszystkim logistyka bezpieczeństwa. Ile łodzi, kto zostanie na powierzchni, czy kotwiczyć, czy może cały czas w ruchu? Jak zminimalizować ryzyko, bo – oczywiście – gwarancji nigdy nie ma.

Nam się udało. Nurkowaliśmy w sobotę i niedzielę na, kolejno: Cayo Sur, Cayo Norte i Cayo Medio. Wysepki zdecydowanie nie dla plażowiczów, ale z najlepiej zachowaną, najbardziej zróżnicowaną rafą wokół. I ciekawą fauną. Dla nurków idealne – uchodzące za najciekawsze na całym archipelagu.

nurkowanie w Wenezueli

taką to fotkę strzelił nam, nawet nie wiem w którym momencie, mój nurkowy kompan Alberto.

Mimo kiepskiej, pochmurnej pogody wszystkie nurkowania były w sumie bardzo udane. Polowania też, bo – oczywiście, jak to w Wenezueli jest już w dobrym nurkowym zwyczaju – staraliśmy się zabić jak najwięcej skrzydlic. W sumie, w trakcie 4 zanurzeń, mając do dyspozycji tylko jedną tzw. procę hawajską, ubiliśmy ponad 6 kg. tego inwazora. Ceviche i fishburgery z niego były wieczorami naprawdę wyśmienite!

nurkowanie w Wenezueli

powrót do Tucacas, będącego nurkową bazą wypadową na wyspy Morrocoy

Ale, w sumie, to nie nurkowaniu w Wenezueli miał być poświęcony ten wpis. Chciałem tylko przytoczyć pewną anegdotkę związaną z tym wyjazdem, który – moim zdaniem – dobrze oddaje rozmiar aktualnego kryzysu gospodarczego w tym kraju.

Otóż w niedzielę wieczorem, gdy już wykąpani, z wymytym sprzętem siedzieliśmy w samochodach i pędziliśmy w stronę Caracas, ja czułem taki, znany pewnie wielu, wewnętrzny niepokój, gdy wydaje się nam że czegoś zapomnieliśmy. Siedziałem na tylnim siedzeniu i przeprowadzałem w głowie inwentaryzację swych dóbr.

Plecak z komputerem jest, komputer nurkowy wciąż na ręku, okularów przeciwsłonecznych nie miałem, czapkę od słońca pakowałem, ręcznik wziąłem, automat nurkowy, płetwy, maskę i BCD też. Nawet torbę z ołowianym balastem wymacałem wciskając rękę za siedzenie. Więc co?

Cholera jasna! – nagle mnie olśniło.
Czyżbyś czegoś zapomniał? – zapytał się, z zaniepokojeniem w głosie, siedzący z przodu Humberto, a prowadzący samochód Jorge natychmiast sciszył radio.
Nosz ku**a mać! Zostawiłem pod prysznicem szampon! – zakląłem wściekły, widząc dokładnie oczami wyobraźni ten moment, w którym odkładam zieloną butelkę na dość wysoko położoną metalową półkę.
Naprawdę? Ten Garniera, co z Europy przywiozłeś? – dopytywał się Humberto, który nie raz, podczas nurkowych wyjazdów szampon ten ode mnie pożyczał.
Dokładnie ten. Fructis! Szlag by to trafił. I mydło też tam zostawiłem! Do jasnej cholery!
Chcesz żebyśmy wrócili? – odezwał się Jorge, mimo że mieliśmy już za sobą jakies pół godziny drogi.
No bez przesady… Niemniej jestem na siebie wkurzony!
Jeśli bardzo chcesz, to naprawdę można po niego wrócić. – upewniał się.
Na pewno. Zresztą i tak już się powoli kończył. Było go już tylko jakieś ćwierć butelki. – uspokajałem, nie wiem czy bardziej moich towarzyszy, czy siebie.
A masz jakiś szampon w domu? Bo jak nie to może spróbujemy zadzwonić do hotelu, niech ktoś go przy okazji do Caracas przywiezie. – dopytywał się Humberto.
Spokojnie. Mam jeszcze jakieś zapasy. Ostatnio z Polski przywiozłem sobie dwie butelki. I jeszcze mam resztkę takiego, który mi znajomy przywiózł z Nowego Jorku. – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. – A poza tym, naprawdę myślicie, że ktoś powiedziałby, że go znalazł? – wątpiłem.
Może i masz rację. Rzeczywiście szkoda… – przyznał, strapionym głosem, Humberto.

Potem gadaliśmy jeszcze przez kilkanaście minut o zgubionych kosmetykach, o tym że ostatnio wszyscy używaliśmy przeterminowanego spreju z filtrem antysłonecznym, oraz że nigdzie nie można kupić repelentów na komary, a tymczasem pora deszczowa zbliża się coraz większymi krokami, a wraz z nią wysyp moskitów…

Opowiedziałem też towarzyszom podróży, że w bazie nurkowej w Chichiviriche de la Costa, gdzie spędzamy większość naszych weekendów już kilkakrotnie kradziono mi szampony i repelenty. Tzn. zostawiałem je np. pod prysznicen i gdy po chwili po nie wracałem, nie było już po nich ani śladu. Przy czym, zdarzyło mi się też już wielokrotnie zostawić tam warty dobrych kilkaset dolarów komputer nurkowy i zawsze go odnajdywałem. Albo zastawałem go w tym samym miejscu, albo ktoś odnosił go do recepcji.

Na koniec tej, toczonej w ściśle męskim gronie, rozmowy o pachnidłach i środkach myjących, zacząłem się śmiać. Bo zdałem sobie nagle sprawę z absurdu tej całej sytuacji. –Zobaczcie w jakim stanie jest ta wasza Wenezuela, że my tu debatujemy o zostawionej w hotelu, kończącej się butelce szamponu? Przecież w normalnym kraju to w hotelu dostaje się szampon. A tutaj coraz częściej do hoteli trzeba jeździć nie tylko z własnym mydłem, ale też i papierem toaletowym, czy ręcznikami!
Masz całkowitą rację… – Humberto też się zaczął smiać. –Choć, szczerze mówiąc, chyba nie powinno to nas śmieszyć.– dodał po chwili poważniejszym głosem.

Prawda jest taka, że szampon już od ponad roku jest na liście towarów w Wenezueli mocno deficytowych. Ostatni raz udało mi się go kupić w wenezuelskim sklepie gdzieś w okolicach czerwca ubiegłego roku. Później kilka razy widywałem jeszcze długaśnie kolejki po szampon, ale w nich nie stawałem.

Tomasz Surdel

Tak, tak. To ja… W marinie w Morrocoy.

Generalnie staram się nie stawać, gdyż zazwyczaj stać mnie na zakup tych deficytowych towarów na czarnym rynku, za wielokrotność (zazwyczaj kilkunastokrotność) ich oficjalnej ceny. Ale Wenezuelczyk na normalnej wenezuelskiej pensji takiego luksusu niestety nie ma. Miesięczny zarobek znajomego lekarza z publicznego szpitala (ok. 25 dolarów) wystarczyłby mu na zakup z drugiej ręki ok. 10 butelek szamponu…

A szampon to nie wszystko, co trzeba szukać na czarnym rynku. Ostatnio koleżanka zamieściła na facebooku dramatyczny apel mniej więcej takiej treści: „Kochani, czy ktoś nie mógłby mi sprzedać dezodorantu? Jakiegokolwiek, może być nawet męski. Bo coraz częściej nie jestem już w stanie znieść swojego zapachu. Błagam, pomóżcie!”

Brzmi wręcz kabaretowo. Ale wyobraźcie sobie całą sytuację – koleżanka mieszka w Macuto, na wybrzeżu, w pobliżu lotniska obsługującego Caracas. Kto tam lądował, to zna dobrze panującą tam prawie zawsze lepką, wilgotną duchotę. Tymczasem koleżanka pracuje w biurze, w którym już od wielu miesięcy niesprawna jest centralna klimatyzacja. I nawet umyć się porządnie nie może, bo w związku z suszą, woda, tam gdzie mieszka, jest – jak w prawie całej Wenezueli – jest racjonowana. 45 minut rano, 45 minut w południe i 45 minut wieczorem. –Tylko że ja, żeby zdążyć do pracy, muszę wyjść zanim zacznie się poranna dystrybucja wody. I wracam do domu zazwyczaj gdy skończyła się da wieczorna. Więc jedyne co mogę zrobić, to w południe podmyć sie trochę w umywalce w pracy. Ale konkurencja jest duża, bo nie ja jedyna jestem w takiej sytuacji.– opowiada Karen.

Dobrze, że przynajmniej ta pora deszczowa jest już za pasem. Będzie woda w kranie. I w sedesie, bo tam jej brak bywa nawet bardziej dramatyczny. Choć wtedy pojawią się nowe, inne kłopoty – np. komary, a wraz z nimi denga i zika. Bo repelentów nie ma. Lekarstw też zresztą nie.

Wracając jeszcze do nurkowania w Morrocoy… PRAKTYCZNIE… Gdyby ktoś z Was trafił do Tucacas i chciałby dać nura na rafach otaczających pobliskie Cayos, to szczerze polecam, choć zrzeszony w kontrowersyjnym SNSI, Frogman Dive Center. Konkurencyjny Nautilus, choć nowszy i lepiej wyposażony, jest niestety koncentratem wenezuelskiej bylejakości i jakośtobędzizmu. A to przy nurkowaniu nie jest fajne.

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.