Tag Archives | nurkowanie

Obrazek

Bo człowiek musi sobie czasem w ciszy pooddychać…

Zwłaszcza gdy przez cały tydzień manifestacje, zamieszki, kolejki, korki…

Nurkowanie to moja joga. Mało jest rzeczy/czynności, które równie mnie relaksują i odprężają. Czuję się tak, jakbym zostawiał na powierzchni wody wszystkie stresy, smutki i zmartwienia. I choć one tam niestety cierpliwie czekają, to jednak – mam wrażenie – że po wynurzeniu jest ich zawsze mniej…

0

Nurkowanie w LODOWATEJ wodzie, czyli o klimacie Wenezueli

W Wenezueli właśnie powoli zaczyna się lato. A to oznacza, że… robi się chłodniej.

Bo zima jest tutaj od lata cieplejsza.

Wiem. Brzmi niedorzecznie. Dlatego też dużo czasu minęło zanim w pełni przyswoiłem koncept wenezuelskiego lata i zimy, oraz różnic między nimi.

Okazało się, że temperatura nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi wyłącznie o opady.

Zima to po prostu pora deszczowa, trwająca – mniej więcej – od maja do listopada. Lato to ta pozostała – bardziej sucha – część roku.

Bo z temperaturami jest w sumie podobnie jak w Polsce – choć Wenezuela leży  w Ameryce Południowej, to jednak w całości wciąż na tej samej co Europa, północnej półkuli. Nad równikiem. Czyli najcieplej jest w lipcu/sierpniu/wrześniu, a najzimniej w grudniu/styczniu/lutym. Z tą różnicą, że w Wenezueli panuje międzyzwrotnikowy klimat tropikalny, sprawiający że między lokalnym ciepłem i „zimnem” wielkiej różnicy nie ma. Przynajmniej nie dla Europejczyka.

W takim Caracas, które w dodatku położone jest w górskiej dolinie, blisko wysokości 1000 m n.p.m., różnice te są wyjątkowo umiarkowane – w najcieplejszym wrześniu średnia temperatura dobowa to 21,6 stopni Celsjusza. W najzimniejszym styczniu, ta średnia to 19,2.

Ale Wenezuelczycy te zmiany czują. I to bardzo! Gdy w grudniu do Caracas przychodzi klimatyczny Pacheco (lokalna odmiana Dziadka Mroza), to wiele osób wyciąga z szaf polary, swetry, a nawet czapki, rękawiczki i puchowe kamizelki. I gdy czasem się zdarzy (a zdarza się to wyłącznie wieczorem/nocą), że temperatura spadnie poniżej – najwyraźniej głównie psychologicznej – bariery 20 stopni, wszyscy ciepło się ubierają i zbiorowo narzekają na ziąb. Są nawet tacy co w polarowe ubranka wbijają swych czworonogich przyjaciół. Bo jeszcze się pies w tych 19 stopniach powyżej zera przeziębi, i co wtedy będzie?

Pewnie dlatego przerwa świąteczno-noworoczna jest tak tu popularna – miasta się wtedy wyludniają i wydawać się może, że większość mieszkańców kraju, stojąc w wielogodzinnych i wielokilometrowych korkach, uderza nad morze. Bo na plażach ciepło jest jednak zawsze.

Powietrze jest ciepłe, ale woda zimna. LODOWATA.

Chichiviriche

Wczorajszy widok na zatokę w Chichiviriche. Wieje chłodem, prawda? 🙂

To właśnie usłyszałem wczoraj od znajomego płetwonurka we wspominanym już tu przeze mnie wielokrotnie Chichiviriche de la Costa. Widząc jak zbieram się do wejścia pod wodę w mojej piance o grubości 3/2 mm ostrzegł mnie, że strasznie zmarznę.

Bo woda jest – jak powiedział – lodowata-.
Ile woda miała gdy rano nurkowałeś?– zapytałem na wszelki wypadek.
Tylko 22 stopnie!– odpowiedział z prawdziwym przejęciem w głosie. –A José i Marwan, mieli wczoraj, na 60 m głębokości, 18 stopni!– dodał z mieszanką przerażenia i admiracji.

Nawet nie chciałem mówić, że gdy – ponad 10 lat temu – zaczynałem przygodę z nurkowaniem we francuskim, alpejskim jeziorze, to poniżej termokliny, czyli już na głębokości ok. 8 metrów, temperatura miała maksymalnie 15 stopni. Ani wspominać o temperaturze w Bałtyku. A już na pewno nie o nurkowaniach podlodowych…

Dla bardzo wielu Wenezuelczyków to totalna, raczej niewyobrażalna, abstrakcja.

No to co? Idziemy marznąć w lodowatej wodzie? ;)

No to co? Idziemy marznąć w lodowatej wodzie? 😉

0
Obrazek

Sylwestrowe skrzydlice, czyli pożegnanie z 2013.

Tak, całkiem niewinnie, wyglądają, będące drapieżną zmorą basenu Morza Karaibskiego, skrzydlice ogniste. Oczywiście już po odcięciu tych ich charakterystycznych, jadowitych kolców.

Zdjęcie zrobiłem dzisiaj wieczorem w Chichiviriche de la Costa – nurkowej Mekce płetwonurków z Caracas: zaledwie 65 km od centrum wenezuelskiej stolicy znajduje się zatoka z ciekawą ścianką, rafą i bardzo bogatą – jak na tę część wenezuelskiego wybrzeża – morską fauną.

Skrzydlic, niestety, też jest dużo.

Te ze zdjęcia zamienione zostały chwile później w pyszne ceviche, czyli charakterystyczną zwłaszcza dla pacyficznego wybrzeża Ameryki Łacińskiej formę marynaty. Przygotowywuje się ją bardzo prosto: ofiletowaną, surową rybę tniemy na mniejsze kawałki, dodajemy cebulę i wszystko zalewamy sokiem z limonki (może być też cytryna, a nawet kwaśne pomarańcze). Doprawiamy do smaku ostrą papryką, często też kolendrą, solą, oraz innym składnikami w zależności od regionu i inwencji przyrządzającego (np. w Meksyku często dodaje się też awokado i korzeń kłębiana). Już po kilku/kilkunastu minutach danie można jeść.

Ryba, oczywiście, musi być bardzo świeża – najlepiej prosto z wody. Można tez użyć owoców morza. Ja np. dam się pokroić za dobre ceviche de camarones i de pulpo. Czyli z krewetek i ośmiornic.

Więcej zdjęć z sylwestrowej plaży na moim Instagramie.

A ponieważ w Polsce już zaczął się 2014, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim czytelnikom, stałym i przypadkowym, aby ten Nowy okazał się lepszy niż odchodzący.

Zdrowia, spełnienia, miłości, życzliwości i uśmiechów wokół, ciekawych spotkań i podróży.

Bo czy czegoś więcej trzeba?

0
Obrazek

Wielkie Polowanie na Skrzydlice

Uwielbiają ją zaawansowani akwaryści, a Morzu Czerwonym jest nurkową atrakcją. Także w Azji i na północnym wybrzeżu Australii. Ryba rzeczywiście jest efektowna, a fakt że posiada kolce jadowe i czasem agresywnie broni swego terytorium, wywołuje u niektórych dodatkowy dreszczyk emocji. Mimo to, w najbliższy weekend, będziemy na nie w Wenezueli masowo polować.

Continue Reading →

3
Obrazek

Kup se Surdel rękawiczki…

Może w końcu je kupie… Rękawiczki nurkowe. Bo tak wygląda moja łapa po spotkaniu, niemal tydzień temu, z tzw. „fire coral”. Choć w sumie i tak dobrze się skończyło…

Byłem na około 25 metrach głębokości, gdy nagle poczułem, że jak korek od szampana zaczynam lecieć w górę. Na szczęście nie spanikowałem, tylko co sił w nogach i płetwach próbowałem utrzymać się przy dnie, chwytając się tego co mi w łapy wpadało: jeden kamień, drugi kamień, jakiś koral, gąbka, roślina… Długi, zbyt długi czas wszystko okazywało się zbyt lekkie, bądź łamało spod dotykiem. Na szczęście dwójka nurkowych towarzyszy, w tym instruktor – Tom, szybko zorientowali się co jest grane i włączyli się do walki o utrzymanie mnie przy dnie.

W końcu udało się – na piaszczystym dnie znaleźliśmy kamień na tyle duży, że nie unosił sie wraz ze mną do góry. Gdy tylko się przy nim ustabilizowałem, Tom ruszył na poszukiwania pasa balastowego, który najwyraźniej, w jakiś niewyjaśniony sposób, zgubiłem. I znalazł go, choć sporo osunął się po opadającym dnie.

Następnego dnia, gdy jadłem śniadanie, Tom przysiadł się na moment: –Chciałbym pogadać o tym co się wczoraj wydarzyło. Bo zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie uratowałem tobie życie? Ale też podziękować ci za opanowanie – bo ty uratowałeś moją instruktorską karierę. A ten cholerny pas już wyrzuciłem.

Ręka nie zaczęła niestety boleć od razu. Swędzące bąble pojawiły się dopiero po 48 godzinach. Zbyt późnio na ocet, czy sikanie. Babrało się to potwornie. W końcu nie wytrzymałem i udałem się po pomoc do apteki. Ognisty koral musi być w wodach wokół Bali dość powszechnym problemem, bo nie zdążyłem ust otworzyć, gdy aptekarz – widząc moją rękę – zapytał się retorycznie: „Diving?” i podał maść z kortyzonem. Pomaga.

Chyba, w końcu, kupię sobie nurkowe rękawiczki…

0

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.