Tag Archives | podróże

Czas wrócić do Środka

On the road again…

Jutro ruszam do Ameryki Środkowej. W nieco ponad 2 tygodnie przez Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Honduras i Gwatemalę. Program intensywny i ciekawy. Program, bo tym razem nie dla przyjemności, ale „za chlebem”, z wycieczką. A właściwie, tak szczerze mówiąc, i za chlebem i z przyjemnością. Bo taka praca to naprawdę wielka frajda.

Jadę z niewielką grupą, jako przewodnik. Czasu na aktualizację bloga „z trasy” raczej na pewno nie będzie, ale postaram się na bieżąco publikować jakieś zdjęcia na moim instagramie.  Zapraszam!

A póki co sumaryczna mapka, tego co się tym razem znalazło w środkowoamerykańskim menu. Są tam m.in. ruiny majańskich miast w Copán i Tikal, garifuńskie wybrzeże Gwatemali i magiczna Granada nad brzegami jeziora Cocibolca – wszystko są to miejsca, w które za każdym razem wracam z wielką przyjemnością i z których zawsze wyjeżdżam z poczuciem niedosytu. I tak z pewnością będzie i tym razem…

A Wy, drodzy czytelnicy, macie jakieś swoje ulubione miejsca w tych krajach? Zdradzicie jakie?

0
Notatka na marginesie

Bostonka prosto z Polski!

Bostonka. Zwana też chorobą dłoni, stóp i ust (hands, foot and mouth disease). A fachowo, enterowirusową gorączką wysypkową. W praktyce wygląda to tak:

Przywiozłem to właśnie z Polski. A w prezencie dostałem od mojej kuzynki Ewingi. A właściwie od jej małych córek, które właśnie na to chorowały. –Nie martw się, one już nie zarażają.– mówiła gdy te małe nicponie mnie obsiadły, tarmosiły i obcałowywały. Więc się nie martwiłem…

Kłopoty zaczęły się podczas kilkugodzinnej przesiadki w Dallas. Poczułem jak błyskwicznie rośnie mi temperatura, opadam z sił i zaczyna boleć gardło. Gdy wylądowałem w Caracas podejrzewałem już co się święci – na dłoniach pojawiły sią bowiem pierwsze, zaczerwienione, trochę swędzące pęcherzyki. Potem już tylko ich przybywało. Gorączka też nie odpuszczała.

Czyli właśnie bostonka, wypisz, wymaluj.

Pierwsze 24 godziny na wenezuelskiej ziemi spędziłem głównie śpiąc. I nie był to bynajmniej jetlag. Potem siły wróciły, ale bąbelków na stopach i dłoniach było coraz więcej. I w gardle też z bólem jak przy ostrej anginie. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są stopy…

Bo choć na rękach i nogach te plamki-grudki-pęcherzyki, same w sobiem, raczej nic nie bolą, to jednak przy nacisku już tak. Więc zwykłe przywrócenie się do pionu jest wyzwaniem, a każdy krok wymaga dość silnego zaciśnięcia zębów.

Na szczęście, jak to z tego typu chorobami bywa, po tygodniu problem ma zacząć ustępować. Zostały mi więc jeszcze 2 dni i – rzeczywiście – nowe plamki już się chyba nie tworzą…

Poza chorobą z Polski nic nie przywiozłem. Nawet wrażeń mało. Bo na Ojczyzny łonie spędziłem zaledwie 3 dni. Czyli mniej niż podróż tam i z powrotem. Bo tym razem leciałem Caracas-Dallas-Chicago-Frankfurt-Gdańsk, Gdańsk-Monachium-Frankfurt-Nowy Jork-Dallas-Caracas.

Dość to skomplikowane, przyznaję, ale alternatywy nie miałem. O zagraniczne bilety lotnicze, za które można zapłacić w boliwarach, w Wenezueli jest ostatnio coraz trudniej. Zresztą gdy kupowałem ten mój, na zaledwie 2 dni przed wylotem, pani z biura United Airlines ostrzegła mnie, że lada dzień zupełnie się to skończy. Co, w sumie, dziwne nie jest, bo różnica między oficjalnym kursem dolara (który muszą stosować zagraniczne linie lotnicze), a tym czarnorynkowym, staje się coraz większa, w efekcie czego ceny biletów dla osób posiadających amerykańską walutę są po prostu śmieszne. Ja za swój bilet, na tej całej długiej trasie, zapłaciłem niespełna 500 dolarów.

I to w dodatku w klasie business, gdyż miejsc w ekonomicznej już nie było…

0

Mój (wiecznie niepoznany) Świat

Zainspirowany mapką która pojawiła się niedawno na blogu Chihiro, a zwłaszcza dyskusją którą ona wywołała, postanowiłem też zrobić i pokazać mapkę Mojego Świata, czyli państw które udało mi się do tej pory odwiedzić. Oto ona:

jest tu zaznaczonych 58 państw. Niespełna 26 proc. ogółu.

jest tu zaznaczonych 58 państw. Niespełna 26 proc. ogółu.

Dla niektórych pewnie będzie imponująca, dla mnie – choć jestem z niej bardzo zadowolony – wciąż niewystarczająca. Wciąż zbyt wiele jest na niej szarości. Nie ukrywam, że chciałbym aby zaczerwieniła się jak najbardziej, cała jeśli to możliwe. Ale i nawet to byłoby zbyt mało…

Bo przecież bynajmniej nie chodzi o „zaliczanie” kolejnych państw, czy kolekcjonowanie stempli w paszporcie. Zresztą ta ostatnia kolekcja nie jest u mnie specjalnie atrakcyjna, zważywszy na regularność z jaką mi kradną dokumenty…

Chodzi o zaspokojenie wiecznego głodu świata, ciekawości innych kultur, ludzi, zawyczajów, pejzaży. O nowe smaki, zapachy, uśmiechy, spotkania.

Nie ma kraju do którego nie chciałbym pojechać, tak samo jak nie ma miejsca, w które nie chciałbym wrócić. Nawet jeśli ostatnia wizyta w danym miejscu nie pozostawiła po sobie miłych wspomnień. Bo miejsca też się zmieniają, a poza tym nawet w najbrzydszym mieście można spotkać wspaniałych ludzi, czegoś się nauczyć, coś zrozumieć.

Podróże wcale przy tym nie muszą być dalekie. Czasem tuż za rogiem czai się inne, ciekawe, czy egzotyczne.

Poza tym, czy można powiedzieć, że jakiś kraj poznało się wystarczająco? Nawet własny? Wątpię. Przecież zawsze jest coś nowego, ukrytego, coś co się zmieniło, coś co wcześniej przeoczyliśmy, coś na co nie mieliśmy czasu, jakaś historia której nie słyszeliśmy…

Mówi się, że głód rośnie w miarę jedzenia. Co zresztą nie jest prawdą. Bo choć jeść lubię, to wielokrotnie doprowadziłem się przy stole do takiego stanu, że czułem się naprawdę źle. Z przejedzenia. Powiedzenie to jednak, w moim przypadku, świetnie pasuje do podróżowania. Nim nie mogę się nasycić. I choć czasami trudy drogi mogą zmęczyć, to jednak nigdy nie mam dosyć. Zawsze mnie intryguje co jest za kolejną górą, co kryje się za kolejnym zakrętem.

Są ludzie, którzy podróżują tylko w zorganizowanych grupach, są inni którzy w drogę ruszają ze znajomymi, czy z ukochaną/ukochanym. Ja najchętniej odkrywam nowe miejsca sam. Odnoszę wrażenie, że tylko samotny podróżnik, może całkowicie otworzyć się na otaczający go świat, chłonąć go do woli i w swoim rytmie. Może obserwować w ciszy, wracać, zmieniać plany, czekać z aparatem na odpowiednie światło.

Podróżowanie samemu nie wyklucza oczywiście wynajęcia czasem przewodnika, wysłuchania mieszkańca jakiegoś miejsca, czy pokonania fragmentu trasy z napotkanymi osobami. Wręcz przeciwnie. Z kimś także można być samemu.

Co więcej, powyższe nie oznacza też wcale, że jestem samotnikiem i najlepiej czuję się tylko z sobą. Skądże. Uwielbiam podróżować z bliskimi, konfrontować impresje i spostrzeżenia, organizować znajomym i mniej znajomym wyprawy, zadarza mi się też pracować jako pilot-przewodnik. Jednak dotyczy to miejsc, które już znam, do których wracam. Odkrywać, poznawać nowe, wolę zdecydowanie sam.

A Wy jak lubicie podróżować?

Gdy patrzę na powyższą mapkę bardzo trudno mi powiedzieć co przede wszystkim chciałbym jeszcze zobaczyć. Tak jak już napisałem – wszystko. Trudno w tym „wszystko” o określenie jakichś priorytetów. Najwięcej szarych plam mam w Afryce i Azji i – teoretycznie – tam właśnie powinno mnie najbardziej ciągnąć. I ciągnie.

Ale równocześnie wciąż i coraz bardziej pasjonuje mnie ten najbardziej czewrony region tej mapki – Ameryka Łacińska. Choć znam ją najlepiej ze wszystkich kontynentów, choć w niej w ubiegłym roku zamieszkałem, to lista miejsc które chciałbym jeszcze tu zobaczyć (pierwszy lub kolejny raz), rzeczy które chciałbym tu zrobić, nieustannie się wydłuża. Apetyt i fascynacja nieustannie rosną.

Czasem mam wrażenie, że to takie błędne koło – im więcej poznaje, tym bardziej sobie zdaję sprawę o jak wielu rzeczach nie mam pojęcia, jak wiele pozostało zagadek do odgadnięcia. Ale wcale nie mam ochoty z tego koła się wyrwać. Niech się kręci coraz szybciej.

Jeśli jednak musiałbym ułożyć teraz listę życzeń z państw w których nigdy nie byłem, to znalazłyby się na niej na pewno Etiopia, Mali, Madagaskar, Indie, Laos, Bhutan, Palau i Japonia. Oraz Kanada zimą.

I jeszcze jednak uwaga. Takie mapki są oczywiście bardzo mylące. Bo czy np. pobyt w stolicy jakiegoś państwa rzeczywiście uprawnia do twierdzenia, że było się w jakimś państwie? Być się było, ale raczej na pewno się go nie poznało. No chyba, że tym państwem jest Monaco, a stolicą Monte Carlo.

Np. na mojej powyższej mapce ślicznie wyglądają zaczerwienione Stany Zjednoczone. To duża, robiąca wrażenie, czerwona plama. Ale kryjący się za tą amerykańskim szkarłatem stan faktyczny jest o wiele bardziej skromny. Bo USA nie znam prawie wcale. Tej czerwieni, tak naprawdę, powinno być tam maksymalnie tyle:

tylko 6 stanów...

tylko 6 stanów…

To samo dotyczy np. Rosji, z której znam (i to też słowo mocno na wyrost) tylko Moskwę. Czyli nic.

A jak jest u Was? Podzielcie się, proszę, swymi podróżniczymi marzeniami i preferencjami. A może przeciwnie, wcale Was nie ciągnie w świat? Bo ponoć tacy ludzie także są…

 

37

Wystawa w Sopocie

Dzisiaj propozycja dla czytelników z Trójmiasta… W sopockim Café Sanatorium trwa właśnie wystawa zdjęć młodych artystów Łukasza „Gucia” Gordona i Julii Michalczewskiej. Są to zdjęcia z ich tegorocznej wyprawy dookoła świata.

ulotka

Dlaczego o tym piszę? Bo znaczna część tych zdjęć, jeśli wręcz nie większość, pochodzi właśnie z Ameryki Południowej: Chile, Boliwii, Argentyny, Brazylii i Peru. A ja sam pomagałem im w organizacji niektórych fragmentów latynoamerykańskiej części ich podróży. Wreszcie, last but not least, Gucio to mój brat…

Zdjęcia są naprawdę świetne. I można będzie je kupić.

Moim faworytem są kaktusy na śnieżnobiałym salarze Uyuni… I kolorowe Indianki z Peru… Zresztą, jeśli macie możliwość, zobaczczcie sami. Wystawa otwarta jest (chyba) do końca stycznia.

2

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.