Tag Archives | turystyka

Napadnięci turyści, czyli bezpieczeństwo w Wenezueli

21 osób plus pilot. Tyle liczyła grupa polskich turystów napadnięta, wczoraj przed świtem, w centrum Caracas. Autobus, którym jechali z hotelu na lotnisko, został zatrzymany przez uzbrojonych napastników, którzy następnie – metodycznie – okradli każdego ze wszystkiego co cenne. Napastników najbardziej interesowały pieniądze, a ponieważ zorganizowana przez Rainbow Tours wycieczka dopiero co się zaczynała, to każdy z Polaków miał ich sporo.

W sumie, z tego co się dowiedziałem, łupem bandytów padło blisko 30 tys. dolarów i kilka tysięcy euro. Złodzieje zabrali też aparaty fotograficzne, kamery, telefony komórkowe, tablety, a niektórym także zegarki. Na szczęście, jeśli nie liczyć kilku uderzeń, to – poza stratami materialnymi – nikomu nic się nie stało. Co nie zmienia oczywiście faktu, że ci turyści wymarzonych wakacji w Wenezueli raczej miło nie będą wspominać. Niektórzy chcieli wręcz, natychmiast po napadzie, wracać do Polski – i w sumie nic dziwnego.

Wenezuela to fajny kierunek! – tak brzmi aktualnie oficjalne hasło promocyjne wenezuelskiego Ministerstwa Władzy Ludowej ds. Turystyki. Zasugerowałem dzisiaj na Twitterze, że może powinni zmienić na „Wenezuela nie do zapomnienia!”. Bo napadnięci rodacy na pewno swych wenezuelskich wakacji długo nie zapomną…

Ministerstwo, zazwyczaj skore do dyskusji w społecznościowych sieciach, tym razem nie zareagowało…

Przyznam jednak szczerze – informacja o napadzie na polskich turystów, choć był on chyba pierwszym na taką skalę w wenezuelskiej stolicy, ani trochę mnie nie zaskoczyła. Spodziewałem się, że wcześniej czy później to nastąpi. Zwłaszcza, że były już w Wenezueli napady na międzymiastowe autokary, na busy i taksówki łączące lotnisko w Caracas z centrum miasta, na całe hotele na Margaricie…

Autobus pełen turystów, którzy z definicji przyjeżdżają po to aby w czasie urlopu wydawać pieniądze, to łakomy i stosunkowo łatwy kąsek. Zwłaszcza, że specyfiką turystyki w Wenezueli – związaną z gigantyczną różnicą między oficjalnym a czarnorynkowym kursem dolara – jest to, że przyjeżdża się tu zawsze z gotówką, a nie kartami bankowymi.

W sumie jedyna rzecz jaka mnie w tej niemiłej przygodzie polskiej grupy zadziwiła, to informacja o tym, gdzie Rainbow Tours umieścił swoich klientów. Okazuje się, że nocowali oni w Hotelu Ávila, niegdyś bardzo prestiżowym, obecnie wciąż dość przyzwoitym (choć zdecydowanie niegodnym swych czterech gwiazdek), lecz położonym w sercu San Bernardino – dzielnicy, która od kilku lat ma bardzo złą i coraz gorszą reputację.

Choć sam poruszam się po Caracas dosyć pewnie i bez wahania wchodzę/wjeżdżam w dzielnice i miejsca gdzie wielu moich wenezuelskich znajomych ze strachu nogi by nie postawiło, to akurat tam między zmierzchem a  świtem nie odważyłbym się poruszać. Ani, tym bardziej, wozić jakichś gości, czy turystów.

San Bernardino od kilku lat się wyludnia, coraz więcej w niej slumsów, opuszczonych budynków, a przestępczość rośnie. Lokalni bandyci stają się coraz bardziej zuchwali – napady, porwania i strzelaniny zdarzają się tam regularnie, nawet w ciągu dnia. Np. nie dalej jak w maju ubiegłego roku, w samo południe, uzbrojona banda napadła i obrabowała położone niespełna 500 metrów od wspomnianego hotelu, prywatne liceum Santa Teresa.

Umieszczanie w Hotelu Avila grupy turystów, zwłaszcza wiedząc że mają oni hotel opuścić przed świtem, to jednak było trochę igranie z ogniem. Bo choć Caracas jest generalnie niebezpiecznym miastem, to są w nim dzielnice znacznie bardziej „pewne” niż ta, którą na nocleg wybrało Rainbow Tours. I, nie bez powodu, to właśnie w nich znajduje się większość turystycznych hoteli.

****

Wczorajszy napad prawdopodobnie spowoduje kolejną lawinę pytań o bezpieństwo w Wenezueli: czy warto tu przyjeżdżać? Jak podróżować?

I w sumie bardzo dobrze! Bo wydaje mi się, że zawsze, bez względu na wakacyjny kierunek, należy zastanowić się nad swym wyborem. I nie kierować się tylko ceną i lukrowanymi zdjęciami w katalogach biur podróży. Rzeczywistość zbyt często bywa bowiem znacznie bardziej skomplikowana niż znajdujące się w turystycznych folderach opisy. Zwłaszcza w przypadku „egzotyki”. Nagłe zderzenie z tą rzeczywistością może być bolesne.

Wenezuela – Karaibska Księżniczka Ameryki” – tak kraj ten zachwala w swych materiałach promocyjnych Rainbow Tours. Ładnie to brzmi, to prawda. Niemniej wybierając się do Wenezueli warto też chyba wiedzieć m.in., że to obecnie głęboko dysfunkcyjne państwo. Że są kłopoty z zaopatrzeniem i coraz częściej, nawet w niektórych hotelach, nie ma mleka do kawy, masła, czy papieru toaletowego. Że bywają przerwy w dostawach prądu, a coraz częstsze manifestacje i zamieszki sprawiają, że dojazd do zaplanowanego miejsca noclegowego w dużych miastach może być utrudniony. Że wyraźnie wzrosła tu ostatnio zachorowalność na dengę i malarię. I wresznie, przede wszystkim, trzeba pamiętać, że Wenezuela już od kilku lat jest krajem o najwyższych wskaźnikach przestępczości na kontynencie.

Wg. nieoficjalnych danych, w ubiegłym roku zamordowano tutaj blisko 25 tys. osób. To więcejm niż np. zginęło w tym samym czasie w  Iraku. I choć turyści, na szczęście, zazwyczaj nie są celem wenezuelskich morderców, to jednak regularnie zdarza się, że są napadani i obrabowywani. Np. w ubiegłym roku zbrojne komando weszło w nocy do jednego z hoteli na tak popularnej wśród turystów Margaricie. I w ciągu kilku godzin okradli wszystkich jego lokatorów, pokój po pokoju.

Pokusa jest wielka – 1000 dolarów, czyli suma z którą bardzo często turysta przyjeżdża do Wenezueli, to obecnie, licząc po czarnorynkowym kursie, równowartość ponad 25 minimalnych miesięcznych pensji. To tak jakby w Polsce każdy zagraniczny gość nosił przy sobie ponad 40 tys. złotych w gotówce. Też pewnie nie brakowałoby chętnych, aby mu te pieniądze zabrać.

Nie piszę tego wszystkiego po to, aby odstręczyć kogokolwiek od przyjazdu do Wenezueli. Nie taka jest moja intencja. Tym bardziej, że zdarza się iż sam takie wyjazdy organizuję i pilotuję. Nie jest więc w moim interesie, aby kogokolwiek straszyć. Chodzi mi tylko o to, aby ludzie byli świadomi tego, gdzie przyjeżdżają. I znali są potencjalne zagrożenia. Wiedzieli, że ta Karaibska Księżniczka bywa też wredną ździrą. A następnie zastanowili się np., czy warto zabierać ze sobą najnowszą lustrzankę z kompletem obiektywów? Albo, czy decydować się na przyjazd tu z małym dzieckiem?

Każdy na takie pytania musi odpowiedzieć sobie sam. Każdy ma przecież swój własny, bardzo subiektywny, próg tolerancji na zagrożenia. I inną skłonność do podejmowania ryzyka. Dla jednego ewentualna strata sprzętu fotograficznego nie będzie wielkim zmartwieniem, są też jednak tacy, którzy na swój wymarzony aparat odkładali pieniądze przez wiele miesięcy…

Jest ciemność, jest też światło. O tym też trzeba pamiętać i brać to pod uwagę. Wenezuela, właśnie dzięki pogłębiającej się przepaści między dolarem oficjalnym i czarnorynkowym, jest obecnie – dla turysty przyjeżdżającego z zielonymi banknotami – jednym z najtańszych (jeśli nie najtańszym) państw w regionie. Wspaniały obiad w wykwintnej restauracji zjeść tu można za równowartość 20 dolarów, zanurkować za kilkanaście, bilet na samolot z jednego końca kraju na drugi kupić za dychę, a przyzwoity pokój w hotelu dostać za piątkę.

No i ostatnia rzecz, też nie bez znaczenia. Wenezuelska przestępczość skupia się wokół wielkich miast. I na Margaricie. Na głębokiej prowincji, w większości Parków Narodowych, jest zazwyczaj spokojnie. I bezpiecznie. A to właśnie dla nich, dla takich spotkań i widoków, nie dla metropolii, przyjeżdża się przecież do Wenezueli.

Pewnie dlatego zdecydowana większość turystów wyjeżdża z Wenezueli zachwycona. Mimo wszystko.

P.S. Podróżowaniu po Wenezueli, temu co trzeba zobaczyć, a czego unikać, poświęcony jest jeden z najbardziej aktywnych działów latynoamerykańskiego forum dyskusyjnego serwisu tierralatina.pl. Szczerze polecam!

14

Koncert życzeń na Los Llanos, czyli mrówkojad x 2

Jeśli chodzi o wenezuelskie Los Llanos to straciłem rachubę. Nie potrafię zliczyć ile razy już tem byłem. Na pewno kilkanaście, może i więcej? I zawsze chętnie tam wracam. Zawsze też, gdy przygotowuje komuś program zwiedzania Wenezueli, staram się Los Llanos do niego włączyć. Choć czasem bywa to trudne. Bo jeśli ktoś o tym regionie nic nie wie, to podstawowe informacje nie brzmią jakoś wyjątkowo zachęcająco: sawannowa nizina, główny teren hodowli bydła w Wenezueli.

-Czyli co, będziemy tam krowy oglądać?– to pytanie pada bardzo często.

I odpowiedź na nie musi być twierdząca. Bo krów na Los Llanos jest rzeczywiście bardzo dużo. Bawołów też. To rzeczywiście i przede wszystkim bezkresne pastwiska. Bardzo podmokłe w okresie deszczowym, który Wenezuelczycy nazywają zimą (maj-listopad), suche w trakcie wenezuelskiego lata (grudzień-kwiecień).

Los Llanos-1-6.jpg

Na szczęście na bydle rogatym atrakcje Los Llanos się nie kończą. Są też np. komary, kleszcze, pająki i skorpiony… A także kapibary – największe gryzonie świata. Jest też dużo żółwi i węże: m.in. boa, anakondy i bardzo jadowite żararaki. Są krokodyle, kajmany, małpy i jaguary. W rzekach i kanałach jest też dużo żarłocznych piranii, a w powietrzu tyle ptactwa, że ożywi się nawet najbardziej zblazowany amator ornitologii.

Los Llanos-1

I cały urok Los Llanos polega na tym, że tego wszystkiego jest naprawdę dużo. Są miejsca, że człowiek się czuje jakby oglądał jakiś program na Discovery Planet. Albo został teleportowany do gigantycznego ogrodu zoologicznego: z jednej strony drogi jaszczurka walczy z wężem, po drugiej kajman zasadza się na młodą kapibarę, a na wszystko łypie okiem siedząca na słupku potężna sowa.

Los Llanos-1-4

Gdy w tym tygodniu, z grupką VIP-turystów z Polski, ponownie odwiedziłem Los Llanos, mój zaufany lokalny przewodnik zapytał się mnie pierwszego dnia: –Tomek, co byś najbardziej chciał tym razem zobaczyć?– „Mrówkojada olbrzymiego!” – odpowiedziałem bez namysłu. Bo to był chyba jedyny duży mieszkaniec tej części Wenezueli, którego dotąd nie miałem nigdy szczęścia na żywo spotkać.

OK. Będzie mrówkojad. Obiecuję!– odpowiedział przewodnik.

Continue Reading →

2

Mój (wiecznie niepoznany) Świat

Zainspirowany mapką która pojawiła się niedawno na blogu Chihiro, a zwłaszcza dyskusją którą ona wywołała, postanowiłem też zrobić i pokazać mapkę Mojego Świata, czyli państw które udało mi się do tej pory odwiedzić. Oto ona:

jest tu zaznaczonych 58 państw. Niespełna 26 proc. ogółu.

jest tu zaznaczonych 58 państw. Niespełna 26 proc. ogółu.

Dla niektórych pewnie będzie imponująca, dla mnie – choć jestem z niej bardzo zadowolony – wciąż niewystarczająca. Wciąż zbyt wiele jest na niej szarości. Nie ukrywam, że chciałbym aby zaczerwieniła się jak najbardziej, cała jeśli to możliwe. Ale i nawet to byłoby zbyt mało…

Bo przecież bynajmniej nie chodzi o „zaliczanie” kolejnych państw, czy kolekcjonowanie stempli w paszporcie. Zresztą ta ostatnia kolekcja nie jest u mnie specjalnie atrakcyjna, zważywszy na regularność z jaką mi kradną dokumenty…

Chodzi o zaspokojenie wiecznego głodu świata, ciekawości innych kultur, ludzi, zawyczajów, pejzaży. O nowe smaki, zapachy, uśmiechy, spotkania.

Nie ma kraju do którego nie chciałbym pojechać, tak samo jak nie ma miejsca, w które nie chciałbym wrócić. Nawet jeśli ostatnia wizyta w danym miejscu nie pozostawiła po sobie miłych wspomnień. Bo miejsca też się zmieniają, a poza tym nawet w najbrzydszym mieście można spotkać wspaniałych ludzi, czegoś się nauczyć, coś zrozumieć.

Podróże wcale przy tym nie muszą być dalekie. Czasem tuż za rogiem czai się inne, ciekawe, czy egzotyczne.

Poza tym, czy można powiedzieć, że jakiś kraj poznało się wystarczająco? Nawet własny? Wątpię. Przecież zawsze jest coś nowego, ukrytego, coś co się zmieniło, coś co wcześniej przeoczyliśmy, coś na co nie mieliśmy czasu, jakaś historia której nie słyszeliśmy…

Mówi się, że głód rośnie w miarę jedzenia. Co zresztą nie jest prawdą. Bo choć jeść lubię, to wielokrotnie doprowadziłem się przy stole do takiego stanu, że czułem się naprawdę źle. Z przejedzenia. Powiedzenie to jednak, w moim przypadku, świetnie pasuje do podróżowania. Nim nie mogę się nasycić. I choć czasami trudy drogi mogą zmęczyć, to jednak nigdy nie mam dosyć. Zawsze mnie intryguje co jest za kolejną górą, co kryje się za kolejnym zakrętem.

Są ludzie, którzy podróżują tylko w zorganizowanych grupach, są inni którzy w drogę ruszają ze znajomymi, czy z ukochaną/ukochanym. Ja najchętniej odkrywam nowe miejsca sam. Odnoszę wrażenie, że tylko samotny podróżnik, może całkowicie otworzyć się na otaczający go świat, chłonąć go do woli i w swoim rytmie. Może obserwować w ciszy, wracać, zmieniać plany, czekać z aparatem na odpowiednie światło.

Podróżowanie samemu nie wyklucza oczywiście wynajęcia czasem przewodnika, wysłuchania mieszkańca jakiegoś miejsca, czy pokonania fragmentu trasy z napotkanymi osobami. Wręcz przeciwnie. Z kimś także można być samemu.

Co więcej, powyższe nie oznacza też wcale, że jestem samotnikiem i najlepiej czuję się tylko z sobą. Skądże. Uwielbiam podróżować z bliskimi, konfrontować impresje i spostrzeżenia, organizować znajomym i mniej znajomym wyprawy, zadarza mi się też pracować jako pilot-przewodnik. Jednak dotyczy to miejsc, które już znam, do których wracam. Odkrywać, poznawać nowe, wolę zdecydowanie sam.

A Wy jak lubicie podróżować?

Gdy patrzę na powyższą mapkę bardzo trudno mi powiedzieć co przede wszystkim chciałbym jeszcze zobaczyć. Tak jak już napisałem – wszystko. Trudno w tym „wszystko” o określenie jakichś priorytetów. Najwięcej szarych plam mam w Afryce i Azji i – teoretycznie – tam właśnie powinno mnie najbardziej ciągnąć. I ciągnie.

Ale równocześnie wciąż i coraz bardziej pasjonuje mnie ten najbardziej czewrony region tej mapki – Ameryka Łacińska. Choć znam ją najlepiej ze wszystkich kontynentów, choć w niej w ubiegłym roku zamieszkałem, to lista miejsc które chciałbym jeszcze tu zobaczyć (pierwszy lub kolejny raz), rzeczy które chciałbym tu zrobić, nieustannie się wydłuża. Apetyt i fascynacja nieustannie rosną.

Czasem mam wrażenie, że to takie błędne koło – im więcej poznaje, tym bardziej sobie zdaję sprawę o jak wielu rzeczach nie mam pojęcia, jak wiele pozostało zagadek do odgadnięcia. Ale wcale nie mam ochoty z tego koła się wyrwać. Niech się kręci coraz szybciej.

Jeśli jednak musiałbym ułożyć teraz listę życzeń z państw w których nigdy nie byłem, to znalazłyby się na niej na pewno Etiopia, Mali, Madagaskar, Indie, Laos, Bhutan, Palau i Japonia. Oraz Kanada zimą.

I jeszcze jednak uwaga. Takie mapki są oczywiście bardzo mylące. Bo czy np. pobyt w stolicy jakiegoś państwa rzeczywiście uprawnia do twierdzenia, że było się w jakimś państwie? Być się było, ale raczej na pewno się go nie poznało. No chyba, że tym państwem jest Monaco, a stolicą Monte Carlo.

Np. na mojej powyższej mapce ślicznie wyglądają zaczerwienione Stany Zjednoczone. To duża, robiąca wrażenie, czerwona plama. Ale kryjący się za tą amerykańskim szkarłatem stan faktyczny jest o wiele bardziej skromny. Bo USA nie znam prawie wcale. Tej czerwieni, tak naprawdę, powinno być tam maksymalnie tyle:

tylko 6 stanów...

tylko 6 stanów…

To samo dotyczy np. Rosji, z której znam (i to też słowo mocno na wyrost) tylko Moskwę. Czyli nic.

A jak jest u Was? Podzielcie się, proszę, swymi podróżniczymi marzeniami i preferencjami. A może przeciwnie, wcale Was nie ciągnie w świat? Bo ponoć tacy ludzie także są…

 

37

Blog korzysta z gościnności serwisu tierralatina.pl.